Nie ta panna młoda. Valerek, rozchwytywany konferansjer z Gdańska, od lat prowadził wesela, jubileusze i studniówki — zyskał sławę dzięki poleceniom „poczty pantoflowej”, choć nigdy nie reklamował się w mediach. Zaczęło się przypadkiem, kiedy jako student „Logosu”, teatru amatorskiego i uczestnik studenckiego kabaretu „Spring”, uratował wesele przyjaciela: zamówiony wodzirej nie dotarł. Naturalny talent i doświadczenie sceniczne sprawiły, że już na sali bankietowej dostał kolejne zlecenia. Po studiach pracował w Instytucie Polskiej Akademii Nauk, tamtymi pieniędzmi nie dorabiałby się jednak nigdy. Szybko odkrył, że z eventów zarabia dziesięć razy więcej, więc po roku zrezygnował z etatowej pracy, założył działalność, kupił nagłośnienie i sprzęt karaoke, a do tego zaczął brać lekcje śpiewu. Ich efekty zaprowadziły go aż na scenę restauracji w Sopocie, gdzie jako śpiewający wodzirej podbijał serca gości. Jako trzydziestolatek cieszył się już uznaniem, był wolny i nie narzekał na powodzenie. Mógł mieć każdą dziewczynę, jak twierdzili koledzy. Tyle że Valerkę kusiło coś więcej niż przelotny romans — marzył o trwałej relacji, żonie „na całe życie”. Śmiał się, że najlepsza żona to taka „wychowana pod siebie” — żartował nawet, że trzeba by poznać maturzystkę i czekać, aż dorośnie. Zaczął nawet prowadzić szkolne studniówki z cichą nadzieją, że właśnie tam spotka tę jedyną. Dzisiejsze dziewczyny rozczarowywały: zbyt nowoczesne, zbyt rozpędzone, nie takie, jak sobie wyobrażał. Mimo to nie tracił nadziei, szukał uważnie, jak mówił „polował na białego kruka”. Aż wreszcie los postanowił się z Valerkiem zabawić. Zadzwoniła elegancka kobieta, przedstawiła się jako Ksenia, potrzebowała prowadzącego na ślub. Podczas spotkania Valerek zrozumiał, czym naprawdę jest powiedzenie „nogi się uginają” — kobieta olśniewała urodą, inteligencją i urokiem osobistym. Wydawała się niewiele starsza od niego, jednak mimo to wspomniała o Komitecie Centralnym, co oznaczało, że mogła mieć nawet około czterdziestki. Podpisali umowę, choć Ksenia twierdziła, że „wystarczy jej słowo”. Gdy pod restaurację podjechał narzeczony, Valerek oniemiał — młody, przystojny chłopak, dużo młodszy niż on sam. Valerek czuł, jak ogarnia go zazdrość. Odtąd każda próba kontaktu z Ksenią, każda wymówka, by zadzwonić, stawała się ulubionym tematem dnia. Wreszcie dzień przed ślubem Ksenia przyszła do Valerka do domu „dopieszczać scenariusz”. Były śmiechy, żarty, konspiracja, szampan. Wszystko zakończyło się gorącym pocałunkiem – a potem… długą, niezapomnianą nocą. Rano Ksenia zniknęła — tylko zapach perfum dowodził, że to nie sen. Valerek, rozdarty i zdezorientowany, zastanawiał się, jak poprowadzi wesele kobiety, którą pokochał, kobiety, która za kilka godzin wyjdzie za mąż za innego. Ale na sali wydarzyła się niespodzianka — Ksenia przybiegła po rejestracji, cała w skowronkach. Okazało się, że to nie ona była panną młodą, tylko jej córka Ksycha, która właśnie wróciła z Warszawy po studiach, a narzeczony, Robert, był kolegą jej córki! Sama Ksenia od lat była wolna. Valerek bez wahania poprosił ją o rękę. Ślub Ksychy i Roberta poprowadził jak zawodowiec, a krótką wieczorną uroczystość zakończył radosnym przyjęciem zaręczyn swoich i Kseni. Wiadomość o ślubie Valerka z dziewięć lat starszą kobietą rozniosła się po rodzinie szerokim echem, ale już nikt nie miał wątpliwości: do takiej kobiety nie sposób się nie zakochać. Ksenia i jej córka powiększyły rodzinę niemal jednocześnie — zostały mamą i babcią w tym samym miesiącu. Nie ta panna młoda — historia o poszukiwaniu miłości w najmniej spodziewanym miejscu!

Obca narzeczona

Nigdy nie musiałem się reklamować w gazetach czy telewizji. Moje imię i numer telefonu rozchodziły się pocztą pantoflową, od znajomego do znajomego, aż w końcu w całym Poznaniu nie było osoby, która nie znałaby Bartka Latochy. Koncerty? Nie ma sprawy! Poprowadzić jubileusz, komunię, wesele? Żaden problem! Nawet w przedszkolu prowadziłem kiedyś zakończenie roku i zdobyłem sympatię nie tylko dzieci, ale również ich mam.

A zaczęło się bardzo zwyczajnie. Mój bliski kolega brał ślub, a zamówiony wodzirej po prostu nie dotarł później okazało się, że znalazł sobie towarzystwo z wysokoprocentowym trunkiem. Czasu na szukanie kogoś innego nie było, więc porwałem mikrofon i zrobiłem show.

Jeszcze w szkole udzielałem się w kółku teatralnym i byłem stale związany ze studenckim teatrem Logos, a na Uniwersytecie Adama Mickiewicza nie opuszczałem żadnej Wiosny Studenckiej czy kabaretów. Tamten występ wyszedł wyśmienicie, bo już podczas balu dwie osoby zapytały, czy nie poprowadzę także ich wesela.

Po skończeniu studiów zatrudniłem się w jednym z instytutów naukowych za śmieszne pieniądze. Ale pierwsze honoraria za prowadzenie imprez otworzyły mi oczy nie tylko miałem z tego sporo do portfela, ale też masę radości. Wkrótce te dodatkowe dochody dziesięciokrotnie przewyższyły pensję młodszego pracownika naukowego.

Po roku zdecydowałem się: rzuciłem etat, kupiłem za oszczędności profesjonalny sprzęt, założyłem działalność gospodarczą i na dobre wszedłem w świat eventów. Równocześnie brałem lekcje śpiewu głos i słuch miałem od dziecka i trzy razy w tygodniu dorabiałem jako śpiewający DJ w jednej z restauracji w centrum.

Minęło parę lat. Skończyłem trzydziestkę, byłem całkiem przystojny, nieźle sytuowany, a w środowisku doceniano mnie jako dobrego wokalistę, DJ-a i niezawodnego konferansjera. Nie byłem żonaty i w sumie nie czułem potrzeby dziewczyny same się przyklejały. Każda gotowa była na wszystko, wystarczyło pomachać palcem. Ale moi przyjaciele brali śluby, zakładali rodziny i coraz częściej łapałem się na tym, że też byłem ciekawy, jak to jest być szczęśliwym po cichu, przy jednym stole z żoną i dziećmi. Tylko z kim? Przygody mnie już nudziły, chciałem czegoś na zawsze, a nie na chwilę.

Trzeba by poznać jakąś licealistkę, od razu ją poukładać pod siebie, a jak skończy osiemnaście lat żenić się. Wtedy będziesz miał idealną żonę! żartowałem przy piwie z kumplami.

Zacząłem łapać zlecenia na bale maturalne, mając nadzieję, że któraś mnie olśni. Ale współczesne dziewczyny były jakieś inne, nie takie jak sobie wyobrażałem. Nie poddawałem się jednak, przyglądałem się młodym, jak sam to określałem: na polowaniu, szukając białego kruka. I wtedy los postanowił sobie ze mnie zażartować.

Na początku nic nie wskazywało na zmianę. Zadzwoniła kobieta, powołała się na wspólnych znajomych:

Potrzebujemy prowadzącego na wesele. Czy 17 czerwca ma pan wolny termin? Super! Może się spotkamy?

Spotkaliśmy się. I wtedy pierwszy raz w życiu zrozumiałem, co to znaczy nogi się pode mną ugięły. Przedstawiła się jako Kinga. Była olśniewająca jak z okładki Twojego Stylu, nigdy nie widziałem podobnej kobiety na żywo. Mówiła rzeczowo, konkretnie: trzeba to, tamto i tamto. Patrzyłem na nią oczarowany komuś się naprawdę poszczęściło piękna i najwyraźniej mądra. Rzadkie połączenie! Na oko dałbym jej 25 lat, może trochę więcej, ale gdy wspomniała, że była harcerką jeszcze w PRL-u, uświadomiła mi, że ma przynajmniej czterdzieści!

Ustaliliśmy wszystkie szczegóły, podpisaliśmy umowę, choć Kinga się wzbraniała:

Po co umowa? Wierzę panu, mamy świetne opinie na pana temat.

Ale ja zawsze trzymałem się formalności. To gwarancja spokoju nie tylko dla mnie, ale i zamawiających.

Wszystko w papierach musi się zgadzać tłumaczyłem, nie chcę mieć problemów z urzędem skarbowym.

Tak naprawdę, sam siebie przekonywałem, że to dowód, iż to nie sen i Kinga naprawdę istnieje.

Wreszcie, jej telefon zabrzęczał od SMS-a:

O, to już mój narzeczony po mnie przyjechał. Podwieźć pana?

Odparłem, że nie trzeba, ale wyszedłem ją pożegnać. Rzadko mi się to zdarzało, chyba że młodzi przychodzili osobno wtedy mogłem zerknąć, jak wygląda ich relacja. Teraz jednak czułem po prostu zawiść i ukłucie zazdrości.

Kiedy zobaczyłem narzeczonego, byłem mocno zaskoczony. Spodziewałem się równolatka Kingi, a tu z samochodu wyskoczył chłopak młodszy ode mnie:

Kinga, wszystko w porządku? rzucił.

Kinga uśmiechnęła się ciepło, a chłopak zwrócił się do mnie:

To pan będzie prowadził nasze wesele? Super, słyszałem od Sławka, że nie ma lepszego! Przepraszam, nie przedstawiłem się, bo Kinga mi zaraz uszy urwie. Jestem Robert, pan młody.

Najchętniej rozerwałbym Roberta na strzępy, żeby zetrzeć mu ten uśmiech, ale uścisnąłem mu tylko dłoń.

Bartek, miło mi.

Od tego dnia nie mogłem spać. Najchętniej wymyśliłbym byle pretekst, by do Kingi zadzwonić, usłyszeć jej głos, spotkać się z nią. Ślub zbliżał się nieubłaganie, a ja czułem, że popadam w obłęd. Powiedziałem wszystko mojemu najlepszemu koledze, a on rzucił ze śmiechem:

A te twoje licealistki? Gdzie się podziała twoja koncepcja na doskonałą żonę?

Machnąłem ręką:

Licealistki, co mi po nich Kinga jest dla mnie ideałem! Nikogo więcej nie chcę.

To powiedz jej o swoich uczuciach doradzał kumpel.

Oszalałeś? Ona wychodzi za mąż, to znaczy, że kocha. Po co miałbym jeszcze wszystko komplikować?

Czasem spotykałem szczęśliwego Roberta, który wpadał z uśmiechem:

Kinga prosiła, żeby to przekazać…

W takich chwilach nienawidziłem go serdecznie, musiałem gryźć się w język. Myślałem nawet, żeby zrezygnować z prowadzenia tego wesela niech szlag trafi reputację! Ale przecież wtedy już nigdy nie zobaczyłbym Kingi. I zawsze w końcu ustępowałem.

Dwa dni przed weselem Kinga znowu do mnie przeszła, jak sama powiedziała przegładzić scenariusz. Biuro akurat było w remoncie, więc spotkaliśmy się w moim mieszkaniu. Rozmawialiśmy długo o wszystkim i o niczym, dużo się śmialiśmy. Atmosfera była lekka, oboje tryskaliśmy energią. Ustaliliśmy ostatnie szczegóły i zaproponowałem kieliszek szampana:

Za idealny ślub!

Z wielką przyjemnością odpowiedziała.

Wyglądała w tych chwilach jeszcze piękniej. Szampan dodał mi odwagi pocałowałem ją. Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu, odpowiedziała. Oboje straciliśmy dla siebie głowy.

Obudziłem się nad ranem, poskręcany w pościeli. Rozejrzałem się. Czy to był tylko sen, czy rzeczywiście przeżyłem najpiękniejszą noc w swoim życiu? Po Kindze nie było śladu, ale jej poduszka nadal pachniała perfumami. No więc to jednak się stało? Dręczony niepewnością, wstałem i zrozumiałem, że nie śniłem. Ale co dalej? Czy ślub się odbędzie? Wybrałem numer Kingi.

Cześć…

Ona odebrała jakby nic się nie stało:

Cześć! Jak się masz? Wybacz, że wyszłam po angielsku, ale mieliśmy tyle spraw na głowie, a ślub już jutro!

Więc ślub będzie? zapytałem cicho.

Oczywiście! Dlaczego miałby się nie odbyć? Wszystko w najlepszym porządku!

Czy wszystkie kobiety bywają takie cyniczne? Jak tak można? Przecież jutro stanie z nim na ślubnym kobiercu, patrząc mu w oczy… Przez całą noc nie mogłem znaleźć sobie miejsca, nie wiedziałem, czy nie powinienem Storpedować tej ceremonii. Ale czy naprawdę chciałbym taką cyniczną kobietę? Prawdę mówiąc tak, bardzo bym chciał. Każdą wersję.

Na drugi dzień pojawiłem się w restauracji wcześniej. Dekoratorki kończyły jeszcze strojenie sali i rzucały we mnie zalotne spojrzenia. Nagle…

Nie uwierzyłem własnym oczom. Przyszła Kinga.

Cześć! Uciekłam zaraz po ceremonii cywilnej, bardzo chciałam cię zobaczyć uśmiechnęła się promiennie. Ale co z tobą, Bartek?

Nic nie rozumiem… Była ceremonia? I potem uciekłaś?

No jasne, głuptasie. Po co mam jeździć z młodymi po mieście, wolę być z tobą. Chyba się cieszysz?

Ale z młodymi? Przecież to ty brałaś ślub, tak?

Kinga przez dłuższą chwilę patrzyła na mnie zdziwiona, po czym wybuchła śmiechem. Miała tak szczery i dźwięczny śmiech, że i mnie buzia sama się roześmiała.

Oczywiście, że nie! To moja córka, Ksenia! Studiuje w Gdańsku, właśnie wczoraj przyleciała. W jednej chwili poważniejąc, spojrzała na mnie: Serio myślałeś, że to ja jestem panną młodą?

I że dwa dni przed ślubem spałabym z kimś innym? Miłe masz wyobrażenia o mnie…

Dopiero wtedy zrozumiałem, jak głupio wyszło. Kinga ani razu nie powiedziała ja lub my, zawsze panna młoda i pan młody. Robert również zawsze zwracał się do niej per Kinga i na pani. Jak mogłem tego nie zauważyć? To było wręcz śmieszne! Wreszcie zapytałem najważniejsze:

A ty? Jesteś wolna? Gdy przytaknęła, wypaliłem od razu: Wyjdź za mnie, proszę…

Wesele było przepiękne, a prowadzenie imprezy pierwsza klasa. Goście byli zachwyceni. Młoda para podeszła do mnie na koniec:

Dziękujemy panu! Nie wiemy, jak możemy się odwdzięczyć za cudowny wieczór.

Ja już go doceniłam pojawiła się Kinga. Lećcie, wasza limuzyna już czeka. Tutaj wszystkim się zajmę.

Wiadomość, że Bartek Latocha żeni się z kobietą o dziewięć lat starszą, szybko rozeszła się po rodzinie. Początkowo podchodzono do tego z dystansem, ale gdy poznali Kingę, wszyscy powtarzali to samo:

Jak w takiej się nie zakochać?

Kinga i Ksenia urodziły dzieci w odstępie dwóch tygodni.

Rate article
Fajna Tajna
Nie ta panna młoda. Valerek, rozchwytywany konferansjer z Gdańska, od lat prowadził wesela, jubileusze i studniówki — zyskał sławę dzięki poleceniom „poczty pantoflowej”, choć nigdy nie reklamował się w mediach. Zaczęło się przypadkiem, kiedy jako student „Logosu”, teatru amatorskiego i uczestnik studenckiego kabaretu „Spring”, uratował wesele przyjaciela: zamówiony wodzirej nie dotarł. Naturalny talent i doświadczenie sceniczne sprawiły, że już na sali bankietowej dostał kolejne zlecenia. Po studiach pracował w Instytucie Polskiej Akademii Nauk, tamtymi pieniędzmi nie dorabiałby się jednak nigdy. Szybko odkrył, że z eventów zarabia dziesięć razy więcej, więc po roku zrezygnował z etatowej pracy, założył działalność, kupił nagłośnienie i sprzęt karaoke, a do tego zaczął brać lekcje śpiewu. Ich efekty zaprowadziły go aż na scenę restauracji w Sopocie, gdzie jako śpiewający wodzirej podbijał serca gości. Jako trzydziestolatek cieszył się już uznaniem, był wolny i nie narzekał na powodzenie. Mógł mieć każdą dziewczynę, jak twierdzili koledzy. Tyle że Valerkę kusiło coś więcej niż przelotny romans — marzył o trwałej relacji, żonie „na całe życie”. Śmiał się, że najlepsza żona to taka „wychowana pod siebie” — żartował nawet, że trzeba by poznać maturzystkę i czekać, aż dorośnie. Zaczął nawet prowadzić szkolne studniówki z cichą nadzieją, że właśnie tam spotka tę jedyną. Dzisiejsze dziewczyny rozczarowywały: zbyt nowoczesne, zbyt rozpędzone, nie takie, jak sobie wyobrażał. Mimo to nie tracił nadziei, szukał uważnie, jak mówił „polował na białego kruka”. Aż wreszcie los postanowił się z Valerkiem zabawić. Zadzwoniła elegancka kobieta, przedstawiła się jako Ksenia, potrzebowała prowadzącego na ślub. Podczas spotkania Valerek zrozumiał, czym naprawdę jest powiedzenie „nogi się uginają” — kobieta olśniewała urodą, inteligencją i urokiem osobistym. Wydawała się niewiele starsza od niego, jednak mimo to wspomniała o Komitecie Centralnym, co oznaczało, że mogła mieć nawet około czterdziestki. Podpisali umowę, choć Ksenia twierdziła, że „wystarczy jej słowo”. Gdy pod restaurację podjechał narzeczony, Valerek oniemiał — młody, przystojny chłopak, dużo młodszy niż on sam. Valerek czuł, jak ogarnia go zazdrość. Odtąd każda próba kontaktu z Ksenią, każda wymówka, by zadzwonić, stawała się ulubionym tematem dnia. Wreszcie dzień przed ślubem Ksenia przyszła do Valerka do domu „dopieszczać scenariusz”. Były śmiechy, żarty, konspiracja, szampan. Wszystko zakończyło się gorącym pocałunkiem – a potem… długą, niezapomnianą nocą. Rano Ksenia zniknęła — tylko zapach perfum dowodził, że to nie sen. Valerek, rozdarty i zdezorientowany, zastanawiał się, jak poprowadzi wesele kobiety, którą pokochał, kobiety, która za kilka godzin wyjdzie za mąż za innego. Ale na sali wydarzyła się niespodzianka — Ksenia przybiegła po rejestracji, cała w skowronkach. Okazało się, że to nie ona była panną młodą, tylko jej córka Ksycha, która właśnie wróciła z Warszawy po studiach, a narzeczony, Robert, był kolegą jej córki! Sama Ksenia od lat była wolna. Valerek bez wahania poprosił ją o rękę. Ślub Ksychy i Roberta poprowadził jak zawodowiec, a krótką wieczorną uroczystość zakończył radosnym przyjęciem zaręczyn swoich i Kseni. Wiadomość o ślubie Valerka z dziewięć lat starszą kobietą rozniosła się po rodzinie szerokim echem, ale już nikt nie miał wątpliwości: do takiej kobiety nie sposób się nie zakochać. Ksenia i jej córka powiększyły rodzinę niemal jednocześnie — zostały mamą i babcią w tym samym miesiącu. Nie ta panna młoda — historia o poszukiwaniu miłości w najmniej spodziewanym miejscu!