Ojczym nigdy ich nie krzywdził. Przynajmniej nie wypominał kromki chleba, nie narzekał na szkołę, czasem tylko wybuchał, gdy Zosia wracała później niż ustalone.
Obiecałem twojej mamie, że będę nad tobą czuwał! krzyczał, gdy Zosia próbowała nieśmiało tłumaczyć, że przecież ma już osiemnaście lat. Ja wiem najlepiej, co ci wolno, a czego nie! Myślisz, że jak masz świadectwo, to można wszystko? Najpierw znajdź porządną pracę, a dopiero potem dorastaj!
Gdy emocje opadały, mówił już spokojniej:
Zostawi cię ten chłopak, zobaczysz, przecież widziałem, kto cię odbiera. Auto za dziesiątki tysięcy złotych, gładka buzia, a po co mu taka zwykła dziewczyna jak ty, Zosiu? Będziesz płakać, pamiętaj moje słowa.
Zosia nie wierzyła ojczymowi. Fakt, Adam był przystojny i studiował na trzecim roku, płacił za studia, niby luksus, ale ona też by nie miała nic przeciwko studiowaniu za pieniądze. Do konkursu nie przeszła, technikum jej nie odpowiadało, teraz roznosiła ulotki i gazety, a głównie szykowała się do egzaminów na przyszły rok. Z Adamem poznała się właśnie przy rozdawaniu ulotek. Podała mu jedną, potem drugą. Zagadnął:
Dziewczyno, może tak zabiorę od ciebie wszystkie ulotki, a ty pójdziesz z nami na kawę?
Nie wiedzieć czemu, zgodziła się. Może to był impuls. Z ulotkami się nie wygłupiała, upchnęła je w plecak i wyrzuciła potem do zsypu, gdy wracała z kawiarni.
W kawiarni Adam przedstawił ją swoim kolegom, częstował pizzą i lodami. Takich smakołyków z siostrą, Majką, jadły tylko na urodziny pieniędzy nie miały, a ojczym nie pozwalał wydawać rentę, tłumaczył, że trzeba odkładać na czarną godzinę, jeśli coś mu się stanie.
Prawdę powiedziawszy, nie zarabiał źle, ale połowę wydawał na swój samochód, który ciągle się psuł, drugą przegrywał. Zosia nie narzekała i tak dobrze, że ich z Majką nie wyrzucił, bo mieszkanie jego, mama sprzedała swoje jak zachorowała. Chciało się czekolady, pizzy, słodkiej oranżady, ale jeśli już coś dostała, oddawała wszystko Majce. W kawiarni pytała Adama, czy może zabrać kawałek pizzy dla siostry. Patrzył na nią zaskoczony, ale kupił jej całą pizzę na wynos i dużą czekoladę z orzechami.
Ojczym mylił się Adam był dobry. Przy nim Zosia jeszcze boleśniej czuła własną przeciętność, jeszcze bardziej przećwiczała testy, znalazła prawdziwą pracę w Biedronce przy kasie. Płacili dobrze, więc mogła kupić sobie porządne dżinsy i wyczesać włosy w profesjonalnym salonie chciała, by Adam był z niej dumny.
Kiedy zaprosił ją na działkę pod Kielcami, od razu zrozumiała, co się tam wydarzy, ale się nie bała nie była dzieckiem. Kochali się przecież. Po pierwsze obawiała się, czy ojczym pozwoli jej wyjść, ale ten zaczął wracać późno, a bywało, że w ogóle nie przychodził. Wtedy już wiedziała, gdzie nocuje u cioci Kazi, pielęgniarki z ich osiedla, której od dawna się uśmiechał. Kazia, choć po rozwodzie, nie kwapiła się do układania sobie życia z facetem po przejściach, z córkami z pierwszego małżeństwa, ale w końcu uległa jego niezdarnym zalotom.
To Zosi było na rękę, choć Majka płakała, gdy dowiedziała się, że będzie spać sama. Kupiła jej wtedy czekoladę, chipsy i oranżadę, Majka się uspokoiła.
O tym, że zaszła w ciążę, Zosia dowiedziała się za późno. Miała zawsze nieregularny cykl, nigdy się tym nie przejmowała, nikt jej tego nie tłumaczył. Dopiero druga kasjerka, Wanda, rzuciła:
Ale ci się twarz rozjaśniła, nie ciąża czasem?
Śmiały się razem, ale jeszcze tego wieczoru Zosia kupiła test. Dwie kreski. Szok. Nie mogła uwierzyć.
Adam wcale się nie ucieszył. Pokiwał głową, rzucił gotówką na lekarza i zniknął. Płakała całą noc. Poszła do lekarza, ale było za późno szesnaście tygodni. Wszystko wydarzyło się na działce, myślała, że za pierwszym razem to niemożliwe.
Ukrywała ciążę przed ojczymem, ale brzuch rósł jak szalony. Musiała się przyznać.
Jak on krzyczał!
Gdzie ten twój Adam? Zamierza ci się ożenić?
Zosia spuściła wzrok. Adama nie widziała już od miesiąca, odkąd dowiedział się, że musi zatrzymać dziecko, zniknął bez śladu.
Tak myślałem powiedział ojczym. Ostrzegałem cię, Zosiu
Decyzję podjął po rozmowie z Kazią.
Stało się, trudno rodź. Ale dziecko musisz zostawić w szpitalu, nie będę utrzymywać kolejnej buzi. Tak się składa… Żenię się, Kazia też jest w ciąży. Bliźniaki! Rozumiesz, trzy niemowlęta w jednym mieszkaniu to szaleństwo.
Ale ona tu zamieszka? spytała Zosia.
No oczywiście, gdzie ma mieszkać? Przecież będzie moją żoną.
Brzmiało to jak żart ale nie żartował. Powtarzał codziennie, grożąc eksmisją obu dziewczynom, jeśli Zosia przyjdzie z dzieckiem. Zrozumiała, że papuguje słowa Kazi. Ale co z tego, nie potrafiła zostawić swojego dziecka.
Nie martw się powiedziała Kazia. Takie niemowlęta rozchodzą się od ręki, szybko znajdą kochających rodziców.
Zosia płakała, dzwoniła do Adama, szukała wyjścia, gdzie żyć z siostrą i niemowlęciem, ale nic nie wymyśliła. Wtedy, któregoś dnia, Wanda wskazała parę w sklepie:
Tyle lat minęło, a oni nadal w czerni chodzą. Całe życie w żałobie, nie rozumiem… Odchowaliby kolejne dziecko. Albo adoptowali.
Tę parę Zosia widywała regularnie razem i oddzielnie. Sympatyczni, uprzejmi, tylko twarze smutne. Nie wiedziała, skąd ich tragedia.
W ich córce była kiedyś głośna sprawa autobus z dziećmi wpadł w wypadek. Wycieczka do Poznania, kierowca usnął, zginął i córka tej rodziny. Tacy dobrzy ludzie on lekarz, ona anglistka. Mieszkałam kiedyś po sąsiedzku. Po tragedii wszyscy przychodzili przynosili jej figurki aniołków. Córka kupiła jednego na wycieczce, trzymała go w ręku do końca. Udało się odzyskać. Potem ludzie zaczęli przynosić jej coraz więcej aniołków. Bałam się, że to ją dobije, ale chyba jej pomagało.
Zosia kiedyś widziała w filmie, jak dziewczyna oddaje swoje dziecko parze, która nie może mieć dzieci. Ta rodzina teoretycznie mogłaby mieć dziecko, ale pewnie nie chcieli… A jednak Zosia nie mogła o nich przestać myśleć. Była już w ósmym miesiącu ciąży, wciąż pracowała, nie chciała stracić pracy. Wtedy właśnie para stała w jej kasie, a mężczyzna powiedział:
Młoda damo, może już czas na urlop macierzyński? Jeszcze tu urodzisz przy kasie.
Miłe słowo ją poruszyło. Chociaż nikt nie pytał, jak się czuje tylko lekarka na osiedlu, ale to nie to samo. Spina bolała, nogi puchły, ogarniało ją zmęczenie do łez.
Dwa dni później, wracając po pracy z zakupami, ten sam mężczyzna dogonił ją i pomógł nieść siatki. Była skrępowana, ale wdzięczna. Pomyślała, że to dobry człowiek.
Na przecenie w sklepie zobaczyła figurkę aniołka. Kupiła ją, zdobyła od Wandy adres i ruszyła.
Gdy zadzwoniła do drzwi, przestraszyła się, że to nie na miejscu, że przebrzmiało. Chyba już nikt nie przynosi aniołków.
Drzwi otworzyła kobieta. Wyglądało na to, że od razu rozpoznała Zosię podniosła zaskoczone brwi. Zosia szybko wręczyła figurkę aniołka, ścisnęła głowę w ramionach, przekonana, że kobieta zaraz zatrzaśnie drzwi albo na nią nakrzyczy.
Nic takiego się nie stało. Wzięła aniołka, uśmiechnęła się i zaprosiła ją do środka.
Napijesz się herbaty?
Przy herbacie opowiedziała Zosi swoją historię taką, jaką słyszała od Wandy, tylko boleśniej i szczerzej.
Dlaczego nie spróbowała pani mieć jeszcze jednego dziecka? spytała Zosia prawie szeptem.
Miałam ciężki poród. Musieli usunąć mi macicę. Nie mogę już rodzić.
Zosia się speszyła co ona ma prawo wchodzić w cudze życie? Bardzo chciała zapytać o adopcję, ale zabrakło jej odwagi.
Myśleliśmy o adopcji kobieta jakby czytała jej myśli. Przeszliśmy nawet kurs dla rodziców adopcyjnych. Ale w ostatniej chwili Nie dałam rady. Prosiłam córkę o znak. Ale nic się nie wydarzyło, zupełnie nic.
W tym momencie rozległ się brzęk szkła. Między kuchnią a pokojem, jakby szklanka spadła na podłogę i się rozbiła. Kobieta zadrżała, Zosia spojrzała przestraszona.
Obie poszły do pokoju. Zosia bała się, że zobaczy swego rodzaju kaplicę ciemno, świeczki, zdjęcia. Ale było jasno, tylko jedno zdjęcie córki i aniołki na półce. Jedna figurka leżała rozbita na podłodze. Kobieta podniosła kawałki porcelany, długo oglądała, po czym powiedziała dziwnym głosem:
To właśnie ta figurka. Jej.
Policzki Zosi spłonęły. Co to, jeśli nie znak?
Córeczkę Zosia urodziła w terminie. W tym czasie Kazia dawno już mieszkała u nich, też urodziła przedwcześnie. Dzieci jeszcze były w szpitalu, ale niedługo mieli je wypisać już czekały nowe białe łóżeczka z kokosowymi materacami. Dla dziecka Zosi nic nie szykowano, miała zostawić je w szpitalu. Majka wieczorami pytała szeptem:
Może da się ją gdzieś ukryć? Żeby nie wiedzieli, że to twoja córeczka. Pomogę ci.
Z tych słów chciało się Zosi płakać, ale przy siostrze powstrzymywała się.
Treść listu Zosia przygotowała wcześniej. Napisała, że nie może zatrzymać dziecka, że jest zdrowe i nie muszą się martwić. Wspomniała o znaku rozbitej figurce. Do listu włożyła wszystkie oszczędności renty. To powinno wystarczyć, przecież to dobrzy ludzie.
Ze szpitala wypisała się rano, ale strach podpowiadał, by zostawić dziecko nie w biały dzień. Cały dzień przesiedziała w Galerii Krakowskiej, choć było ciężko, kręciło jej się w głowie. Najważniejsza była jednak córeczka musiała znaleźć dla niej kochających rodziców.
Gdy galeria zamknęła się, jeszcze godzinę próbowała zebrać się na odwagę, dobrze, że noc była ciepła. W końcu, gdy na miasto zapadł zmrok, weszła do klatki schodowej, przemknęła gdy pies wychodził z panem na spacer.
Córeczkę przyniosła w nosidełku, kupionym za własne pieniądze; Wanda pomogła jej załatwić nosidełko na wypis. Nie zadawała zbędnych pytań. Zosia ustawiła nosidełko tak, by nie zablokować drzwi, wsunęła pod koc list i pieniądze, już miała zadzwonić i uciekać, gdy nagle drzwi się otworzyły. W progu stanął mężczyzna, ojciec zmarłej dziewczynki.
Co ty tu robisz?
Zosia podskoczyła ze strachu.
On zobaczył nosidełko.
Co to jest?
Łzy popłynęły same. Zosia opowiedziała wszystko o Adamie, który ją zostawił, o ojczymie, który utrzymywał ją i siostrę przez siedem lat, a teraz ożenił się i czekają go bliźniaki, o Kazi, która kazała jej zostawić dziecko w szpitalu.
Słuchał uważnie, potem powiedział:
Galina już śpi, nie chcę jej budzić. Porozmawiamy rano. Chodź, pościelę ci w salonie.
Spanie w pokoju pełnym aniołków wydawało się dziwne, ale zasnęła szybko, mocno przyciskając córkę do siebie.
Obudziła się, bo poczuła pustkę. Córeczki nie było. I wtedy zrozumiała, że nie potrafi jej zostawić. Nigdy. Chciała biec, szukać, zabrać ją
Podniosła się, gdy do pokoju weszła Galina. Trzymała córeczkę.
Trzymaj uśmiechnęła się. Nakarm ją, chciałam cię dać się wyspać, ale na długo to się nie uda.
Gdy Zosia karmiła córkę, nie umiała spojrzeć Galinie w oczy. Co powie? Jeśli już zdecydowali, że ją adoptują? Jak powiedzieć, że zmieniła zdanie?
Ile lat ma twoja siostra? zapytała nagle Galina.
Dwanaście odparła Zosia, zdziwiona.
Myślisz, że zgodziłaby się do nas przeprowadzić?
To było tak dziwne, że spojrzała na Galinę.
Słucham?
Sławek mi wszystko powiedział. Że nie macie gdzie mieszkać, że ojczym was wygania. Pomyślałam, że jak twoja siostra tam zostanie, zrobią z niej służącą. Niech zamieszka z nami.
Co znaczy też? jąkając się, spytała Zosia.
Galina wskazała na figurkę aniołka przy zdjęciu sklejona, dziwnie wyglądała, ale była rozpoznawalna.
Myślę, że to był znak. Że mamy wam pomóc. Przemyśleliśmy miejsca mamy dużo, przeprowadźcie się do nas. Pomogę ci z córką. Porzuć te głupie pomysły. Matki i dzieci nie można rozdzielać.
Zosi było nagle tak lekko na sercu i tak wstyd, że twarz znów się zarumieniła.
Zgadzasz się?
Zosia przytaknęła, kryjąc twarz w kołderce córeczki, by Galina nie widziała łez…



