Bez trzeba
Marek wszedł do mieszkania i od razu zobaczył na kuchennym stole trzy talerze z zaschniętym makaronem, przewrócony kubek po jogurcie i otwarty zeszyt w kratkę. Plecak Kostka leżał pośrodku korytarza, a Weronika siedziała na kanapie ze wzrokiem wbitym w telefon.
Odłożył torbę na podłogę, zdjął buty. Chciał coś powiedzieć o tych talerzach, ale zaciśnięte gardło, zmęczenie tylko podszedł, wziął jeden talerz i zaniósł do zlewu.
Tato, zaraz to zmyję, powiedziała Weronika, nawet nie podnosząc głowy.
Mhm.
Odkręcił wodę, wsunął talerz pod strumień. Makaron nasiąkał wodą, po chwili zaczął spływać do odpływu. Zakręcił kran i zatrzymał się, patrząc na mokre naczynia.
Werka, gdzie Kostek?
U siebie. Siedzi nad matmą.
A ty?
Już wszystko zrobiłam.
Wytarł ręce w ścierkę i wszedł do pokoju syna. Kostek leżał na dywanie, podpierając głowę pięścią, a w zeszycie zamazane półtora zadania.
Hej, rzucił Marek.
Hej.
Jak tam?
Dobrze.
Lekcje?
Robię.
Marek siadł na brzegu łóżka. Kostek zerknął na niego kątem oka, po czym znów zanurzył się w zeszycie.
Tato, o co chodzi?
Nie wiem, odpowiedział Marek. Chyba jestem zmęczony.
Naprawdę nie wiedział. Rano zadzwoniła mama, że trzeba przyjechać i pomóc z szafą, potem w pracy przeciągające się zebranie do osiemnastej, w metrze ścisk tuż przy drzwiach. Teraz siedział w pokoju syna i czuł, że nie chce rozmawiać o talerzach, o lekcjach ani o porządku. Nie chce być funkcją włączającą się po powrocie do domu.
Słuchaj, zbierzmy się może w kuchni, powiedział. Wszyscy.
Po co?
Pogadać.
Kostek skrzywił się.
Znowu o tej pałe z polskiego?
Nie. Chcę po prostu pogadać.
Tato, nie skończyłem jeszcze lekcji.
Skończysz później. Pięć minut.
Wyszedł i zawołał Weronikę. Uniosła wzrok, westchnęła z niechęcią.
Serio?
Serio.
Porzuciła telefon na sofie i poszła za nim. Kostek wyszedł z pokoju, stanął w progu kuchni, jakby nie miał odwagi wejść.
Marek usiadł przy stole, odsunął zeszyt. Weronika naprzeciwko, Kostek przysiadł ostrożnie na skraju krzesła.
Co się stało? zapytała Weronika.
Nic się nie stało.
To po co?
Marek spojrzał na nią, potem na Kostka. Oczy syna pełne niepokoju, jakby spodziewał się najgorszego.
Po prostu chcę porozmawiać, powiedział Marek. Tak normalnie. Bez trzeba odrobić lekcje, trzeba posprzątać naczynia, tych wszystkich trzeba.
Czyli naczyń nie trzeba zmywać? ostrożnie dopytał Kostek.
Zmyjemy potem. Chodzi mi o coś innego.
Weronika skrzyżowała ramiona.
Jakiś dziwny jesteś dzisiaj.
Dziwny, przyznał. Może dlatego, że mam już dosyć udawania, że wszystko jest okej.
Milczeli. Słowa nie chciały przyjść.
Nie wiem, jak to ubrać w słowa, zaczął. Ale mam wrażenie, że wszyscy gramy jakieś role. Ja przychodzę, wy udajecie, że wszystko gra, a ja udaję, że wierzę. Rozmawiamy niby o szkole, o posiłkach, a tak naprawdę wcale nie rozmawiamy.
Tato, przytłaczasz nas, szepnęła Weronika. Po co?
Nie wiem. Może sam sobie nie radzę, boję się, że wy też nie, tyle że nawet nie wiem z czym.
Kostek zmarszczył brwi.
Ja sobie radzę.
Tak? Marek spojrzał na niego. To dlaczego od dwóch tygodni zasypiasz dopiero po północy?
Kostek zamilkł, wpatrzony w stół.
Słyszę, jak się przewracasz, powiedział Marek. Rano wstajesz z taką miną, jakbyś całą noc nie spał.
Po prostu nie chcę spać.
Kostek.
No co?
Powiedz jak jest.
Kostek wzruszył ramionami, odwrócił się.
W szkole wszystko dobrze. Lekcje robię. Czego jeszcze?
Nie pytam o lekcje.
Weronika wtrąciła się:
Tata, zostaw go, nie chce mówić.
Nie wypytuję, chcę zrozumieć.
A on nie chce rozmawiać. Ma prawo.
Marek spojrzał na córkę:
Dobrze. To ty powiedz, jak u ciebie.
Przekręciła oczami i uśmiechnęła się krzywo.
U mnie? Super. Uczę się, rozmawiam z dziewczynami, wszystko jak trzeba.
Werka.
Milczała, odwróciła wzrok.
Co?
Od miesiąca prawie nie wychodzisz z domu. Dziewczyny dzwoniły do ciebie dwa razy, nie poszłaś.
I co z tego? Nie miałam ochoty.
Dlaczego?
Przygryzła wargę.
Bo mam dość ich gadania o chłopakach i głupotach. Wystarczy?
Wystarczy, powiedział cicho. Tylko wydajesz się smutna.
Pokręciła głową, jakby chciała coś strząsnąć.
Nie jestem smutna.
Dobrze.
Zamilkł. W kuchni zaległa cisza przerywana jednostajnym buczeniem lodówki.
Wiecie, powiedział powoli. Nie chcę was wychowywać. Ani żebyście wy mnie pocieszali. Powiem jak jest: boję się. Codziennie. Boję się, że zabraknie pieniędzy, że babci coś się stanie i nie powie, boję się, że mnie zwolnią w pracy. Boję się, że coś przeżywacie, a ja tego nie zauważę, bo jestem za bardzo zaabsorbowany sobą. I już nie mogę udawać, że wszystko mam pod kontrolą.
Weronika popatrzyła na ojca teraz bez złości, uważnie.
Jesteś dorosły, powiedziała cicho. Ty musisz sobie radzić.
Wiem. Ale nie zawsze umiem.
Kostek podniósł głowę.
A co będzie, jak nie dasz rady?
Nie wiem, szczerze odpowiedział Marek. Może będę musiał poprosić o pomoc.
Kogo?
Na przykład was.
Kostek zmarszczył czoło.
Przecież my jesteśmy dziećmi.
Jesteście dziećmi, tak, ale częścią rodziny. Czasem wystarczy, że powiecie mi prawdę. Nie że wszystko dobrze, tylko jak naprawdę.
Weronika przesunęła palcem po blacie zbierając niewidzialne okruszki.
Po co ci to wiedzieć?
Żebym nie był sam.
Podniosła na ojca wzrok, a on zobaczył w tych oczach iskierkę zrozumienia.
Boję się chodzić do szkoły, powiedział nagle Kostek. Jeden chłopak mi ciągle mówi, że jestem głupi. Codziennie. I wszyscy się śmieją.
Marek poczuł, jak ściska go w gardle.
Jak się nazywa?
Nie powiem. Jak pójdziesz rozmawiać, będzie gorzej.
Nie pójdę. Obiecuję.
Kostek spojrzał z powątpiewaniem.
Naprawdę?
Naprawdę. Ale chcę, żebyś wiedział, że nie jesteś sam.
Chłopiec skinął głową i spuścił wzrok.
Nie jestem sam. Mam jeszcze Damiana. On jest okej. Siedzimy razem.
Dobrze.
Weronika westchnęła.
Ja nie chcę iść do liceum, mówiła cicho. Każdy pyta, gdzie pójdę, a ja nie wiem. Naprawdę nie wiem. Czasem mi się wydaje, że nigdzie się nie nadaję.
Werka, masz czternaście lat.
No i? Wszyscy już wiedzą, gdzie pójdą. Tylko ja nie.
Nie wszyscy.
Wszyscy, których znam.
Przez chwilę milczał.
Ja w twoim wieku chciałem być geologiem. Potem zmieniłem zdanie. I jeszcze raz zmieniłem. Teraz pracuję zupełnie gdzie indziej.
I jak? Jest okej?
Bywa różnie, raz lepiej, raz trudniej. Ale życie nie musi być zaplanowane z góry.
Weronika pokiwała głową, niepewnie.
Tylko wszyscy powtarzają, że trzeba się zdecydować.
Powtarzają, zgodził się. Ale to ich oczekiwania, nie twoje.
Spojrzała na ojca, ledwie dostrzegalnie się uśmiechając.
Dzisiaj jesteś inny.
Zmęczyło mnie bycie tym właściwym.
Kostek się uśmiechnął pod nosem.
Mogę o coś spytać?
Jasne.
Naprawdę się boisz?
Naprawdę.
A co robisz, jak się boisz?
Marek zamyślił się.
Wstaję rano i coś robię. Nawet jeśli nie jestem pewien, czy to dobrze. Po prostu działam.
Kostek skinął głową.
Rozumiem.
Wszyscy siedzieli chwilę w milczeniu. Marek patrzył na nich, wiedząc, że niczego nie rozwiązał, nie udzielił odpowiedzi, nie rozwiał lęków. Ale coś się zmieniło: pokazał im, że nie jest tylko funkcją, mogą zobaczyć w nim człowieka i oni odwzajemnili tym samym.
Dobra, powiedziała Weronika, podnosząc się. Trzeba zmyć naczynia.
Pomogę, rzucił Kostek.
Ja też, dołączył Marek.
Wstali razem, Weronika odkręciła wodę, Kostek podsunął gąbkę, a Marek sięgnął po ściereczkę. Pracowali bez słowa, ale cisza była już inna. Nie pusta, wypełniona obecnością.
Kiedy ostatni talerz wylądował na suszarce, Weronika starła ręce i spojrzała na ojca.
Tato, a można tak porozmawiać znowu? Kiedyś?
Można, odpowiedział. Kiedy tylko będziesz chciała.
Skinęła głową i wróciła do siebie. Kostek został w kuchni, chwila wahania.
Dzięki, że nie będziesz rozmawiał z tym chłopakiem, powiedział.
Ale jeśli zrobi się naprawdę źle, powiesz mi?
Powiem.
To teraz chodź, dokończymy matematykę.
Wrócili we dwóch do pokoju Kostka, usiedli razem na dywanie. Marek przejrzał zeszyt, spojrzał na zadania. Kostek przesunął się bliżej i zaczęli rozwiązywać je wspólnie, powoli, nieśpiesznie, trochę tak jak zawsze. Ale teraz Marek wiedział, że za tymi przykładami kryje się chłopak, który się boi i że Marek może być przy nim nie tylko jako sprawdzający, ale po prostu jako człowiek, który też się boi, ale rano dalej wstaje.
To było niewiele, ale to był początek.



