Podpisy na klatce schodowej: Sąsiedzkie wojny, nocne hałasy i milczenie – opowieść o konflikcie w polskim bloku, w którym za drzwiami kryją się nie tylko pretensje, ale też ciężar codzienności i próba znalezienia kompromisu

Podpisy na klatce

Szymon zatrzymał się przy skrzynkach pocztowych, bo na tablicy, gdzie zwykle wisiały ogłoszenia o odczytach liczników i zagubionych kotach, pojawiła się nowa kartka. Przyczepiono ją szpilkami na szybko, krzywo. Na górze dużymi literami: Zbiórka podpisów. Trzeba działać. Poniżej nazwisko lokatorki z piątego piętra i krótka lista zarzutów: hałasy nocne, stukanie, krzyki, łamane przepisy o ciszy nocnej, zagrożenie bezpieczeństwa. Na dole już ktoś się podpisał raz równiutko, raz niechlujnie.

Przeczytał dwukrotnie, choć przekaz był jasny od pierwszych słów. Palce same sięgnęły po długopis w kieszeni kurtki, lecz Szymon się powstrzymał. Nie dlatego, że był przeciwny. Tylko nie lubił, jak się na nim wymusza decyzje. W tym bloku mieszkał już dwanaście lat, przyzwyczaił się omijać osiedlowe wojny z boku, jak przeciąg na klatce. Własnych trosk miał dość: praca w serwisie, zmiany, matka po wylewie na drugim końcu miasta, dorastający syn, który to milczał tygodniami, to wybuchał o byle co.

Na klatce panowała cisza, z góry dobiegł głuchy trzask drzwi windy. Szymon wdrapał się na czwarte piętro, wyjął klucze, ale nim włożył je do zamka, spojrzał w górę na schody. Tam, na piątym piętrze, mieszkała pani Jadwiga Głowacka. Trochę po pięćdziesiątce, sylwetka krępa, sucha, zawsze z krótkimi włosami i surowym spojrzeniem. Raczej nie mówiła pierwsza dzień dobry i odpowiadała twardo, jakby przeszkadzano jej w czymś ważnym. Najczęściej widywał ją z siatkami z Biedronki albo z wiadrem, gdy szorowała posadzkę pod drzwiami. Faktycznie, nieraz w nocy z jej mieszkania dochodziły dźwięki huk, krzyk, jakby coś ciągnięto po podłodze.

Do czatu wspólnoty zaglądał tylko w razie potrzeby. Głównie sprzeczano się tam o parkowanie albo śmietnik. Ostatnio jednak przewijał się jeden temat.

Znów w nocy stukot! Dziecko mi się wystraszyło!

Mam rano zmianę od szóstej, chodzę jak zombie. Ile można?

To nie stukot, ona tam meble przesuwa! Słyszałam.

Policja powinna zareagować. Jest prawo.

Szymon czytał to bez odpisywania. Święty nie był gdy budził się o trzeciej nad ranem, też leżał rozdrażniony. Chciał czasem, by to ktoś inny załatwił sprawę, a on rano przeczytałby tylko: Sprawa załatwiona.

Wieczorem napisał jednak krótko: Kto zbiera podpisy? Gdzie jest lista?

Odpisała przewodnicząca klatki, pani Zofia Wróblewska z trzeciego mieszkania. Na dole na tablicy. Jutro o siódmej wieczorem spotkanie u mnie musimy to rozstrzygnąć.

Szymon odłożył telefon z nieprzyjemnym uczuciem, znajomym jeszcze z czasów szkolnych zebrań: kiedy wszystko już ustalone, a ciebie tylko proszą o podpis.

Następnego dnia spotkał Jadwigę Głowacką na schodach. Wspinała się z dwiema ciężkimi siatkami, dyszała zmęczona, ale nie poprosiła o pomoc. Szymon i tak zabrał jedną bez słowa.

Nie trzeba rzekła szorstko.

Zaniosę odparł i poszedł z nią.

Zamilkła do samych drzwi, potem wyrwała z jego ręki uchwyt torby.

Dziękuję powiedziała tak, jakby to była sucha notatka, nie wdzięczność.

Już miał odejść, kiedy zza drzwi mieszkania doszedł dziwny dźwięk, jakby ktoś tam ciężko oddychał, jęczał. Jadwiga zesztywniała, a klucz w zamku się zatrząsł.

U pani… wszystko w porządku? zapytał Szymon, nie wiedząc sam, po co.

W porządku ucięła i zamknęła drzwi.

Zszedł do siebie, ale ten dźwięk siedział mu w głowie. Nie był to hałas czy muzyka raczej ciężkie, ludzkie sapanie.

Po dwóch dniach rano zobaczył na drzwiach Jadwigi karteczkę, przyklejoną szeroką taśmą: DOŚĆ NOCNYCH HAŁASÓW. NIE MUSIMY TEGO ZNOSIĆ. Litery wypisane grubym markerem, mocno.

Stał i patrzył na kartkę, a taśma błyszczała jak świeża rana. Przypomniało mu się własne dzieciństwo, gdy na ich drzwiach też ktoś wypisywał przezwiska, bo ojciec wtedy pił i krzyczał. Nie nienawidził wtedy ojca, ale sąsiadów, którzy udawali, że nic się nie dzieje, dopóki nie zaczynali plotkować.

Wszedł na piąte piętro, nasłuchiwał przy drzwiach. Cisza. Nie zadzwonił. Delikatnie zdjął kartkę, złożył ją i schował do kieszeni. Potem wyrzucił ją do śmietnika na zewnątrz nie do klatki, by nikt nie znalazł.

W międzyczasie w czacie narastały emocje.

Ona robi to specjalnie. Ma w nosie ludzi.

Wyeksmitować takich, niech sobie radzi gdzie indziej.

Dzielnicowy powiedział, że potrzebne pismo zbiorowe.

Zauważył, jak szybko hałas i naruszenie zmieniły się w taka osoba, jakby już nie chodziło o noc, a o człowieka problem sam w sobie.

W sobotę wrócił z pracy późnym wieczorem. W windzie pachniało odświeżaczem, ktoś przed chwilą palił papierosa. Na czwartym piętrze, kiedy wysiadł, usłyszał z góry twardy stukot, potem drugi raz. Nie jak przy remoncie bardziej jakby ktoś upadł. Zaraz potem kobiecy głos, stłumiony, ale wyraźny:

Trzymaj się… już, już…

Szymon wbiegł na piąte. U drzwi Jadwigi świeciło się światełko, spod progu bił pasek jasności. Zapukał.

Kto tam? głos napięty.

Szymon, z czwartego. U pani…

Drzwi uchyliły się na łańcuch. Jadwiga stała w szlafroku, na policzku czerwony ślad, jakby dopiero otarła twarz mokrą dłonią.

Nic się nie dzieje. Proszę iść powiedziała.

W mieszkaniu rozległ się chrapliwy jęk.

Szymon nie wytrzymał:

Potrzebna pomoc?

Spojrzała, jakby proponował jałmużnę.

Nie trzeba. Wszystko pod kontrolą.

Tam ktoś jest…

Mój brat. Leżący. Wypowiedziała to szybko, jakby odcinała resztę pytań. Proszę iść.

Zamknęła drzwi.

Szymon stał chwilę na korytarzu, rozrywany przez dwa sprzeczne pragnienia: odejść, bo tego od niego chciano, czy zostać, bo usłyszał za dużo, by udawać obojętność.

Zszedł, ale nie mógł zmrużyć oka. W myślach tłukło się leżący. Wyobrażał sobie, jak ktoś upada, jak się go podnosi, dzwoni po karetkę, nosi miednicę, wodę, przestawia łóżko, a sąsiedzi niżej nasłuchują i złoszczą się.

Na zebranie u pani Zofii poszedł nie z ciekawości, lecz z poczucia, że jeśli nie pójdzie, będzie mu potem wstyd. O siódmej przed drzwiami czekało już kilka osób ktoś w kapciach, ktoś w płaszczu. Rozmawiali ściszonym głosem, czuć było napięcie.

Pani Zofia usadziła wszystkich w swojej ciasnej kuchni. Na stole leżała lista podpisów, wydruk o ciszy nocnej i numery do dzielnicowego.

Sytuacja jest jasna, zaczęła. Dłużej wytrzymać się nie da. Dzieci, praca… Sama mierzę ciśnienie codziennie, nocą nie śpię. Nie chodzi o człowieka, tylko o zasady.

Szymon zauważył, jak sprawnie powiedziała nie chodzi o człowieka i jak niektórzy wyraźnie odetchnęli.

Ja w nocy wstałam, odezwała się młoda kobieta z szóstego, twarz zmęczona. Syn dopiero zasnął i nagle huk, jakby szafa runęła. Do rana go usypiałam.

Mój ojciec po operacji też nie sypia, dodał mężczyzna w bluzie sportowej. Strach, że pożar, reaguje nerwami.

Policję trzeba wołać za każdym razem, mruknął ktoś. Niech mają protokoły.

Szymon słuchał i rozumiał, że nie przesadzali autentycznie byli wyczerpani. W tym leżała ich racja.

A kto z nią rozmawiał? spytał Szymon.

Ja, odpowiedziała pani Zofia. Odpyskuje. Powiedziała tylko: Nie pasuje, proszę się wyprowadzić. I trzasnęła drzwiami.

Ona zawsze taka, dorzuciła młoda z szóstego. Jakbyśmy jej coś wisieli.

Chciał wspomnieć o bracie, ale coś go powstrzymało. Czuł jednak, że milczenie też jest wyborem.

Może ma jakiś powód… zaczął.

Każdy ma! przerwała pani Zofia. Ale nie robimy z tego koncertu.

Wtedy zadzwonił dzwonek do drzwi. Pani Zofia poszła otworzyć. Do kuchni weszła Jadwiga Głowacka. Miała ciemną kurtkę, wygładzone włosy, w rękach teczka i telefon. Twarz napięta, lecz nie przestraszona.

Rozumiem, że to o mnie, powiedziała.

W kuchni zrobiło się tłoczno jak w windzie.

Rozmawiamy o sprawie, sprostowała pani Zofia. Przeszkadza pani innym.

Przeszkadzam, powtórzyła Jadwiga z zadumą. W porządku. To posłuchajcie.

Wyjęła z teczki papiery, wyciągnęła zaświadczenia, jakieś dokumenty, położyła telefon.

To mój brat. Niepełnosprawny, pierwszy stopień. Po udarze. Nie chodzi, nie siada. Ataki ma w nocy wtedy się dusi, spada z łóżka, gdy nie zdążę. Przekręcam go co dwie godziny, inaczej odleżyny. To nie przesuwanie mebli. Ja podnoszę dorosłego faceta, cięższego niż ja.

Mówiła bez emocji, ale w głosie pobrzmiewał wyczerpany upór. Szymon zauważył żółtawe siniaki na jej przedramionach faktycznie dźwigała ciężar.

Trzy razy w tym miesiącu była karetka. Tu są wezwania. Pokazała ekran telefonu z rejestrami. Tu wypisy, tu zalecenia lekarza. Nie muszę wam tego tłumaczyć, a zbieracie podpisy, jakbym dyskotekę urządzała.

Ktoś chrząknął. Młoda kobieta z szóstego spuściła wzrok.

Nie wiedzieliśmy, szepnęła.

Bo nie zapytaliście odbiła Jadwiga. Pisaliście po drzwiach. Wylewaliście się w czacie. Chcieliście działań. Jakich? Mam go wystawić na schody, żebyście mieli ciszę?

Nikt tak nie mówił, zapłonęła pani Zofia. Ale są przepisy. Cisza nocna od 22.

Przepisy, uśmiechnęła się krótko Jadwiga. Chcecie paragrafów? Proszę bardzo będę wzywać karetkę i policję razem, niech zaświadczają, że podnoszę człowieka. Co, będziecie wtedy podpisywać, co słyszeliście?

Mamy teraz znosić wszystko? wybuchnął mężczyzna z bluzy. I Szymon pojął, że ten też jest na granicy. Ojcem się opiekuję, sam nie śpię po nocach!

A ja mogę spać? odpowiedziała Jadwiga prosto w oczy. Myślicie, że mnie to bawi?

Zapadła cisza. Szymon poczuł, że trzeba powiedzieć coś prostego, by rozładować napięcie. Ale prostych słów brakowało.

Pani Zofia westchnęła:

Pani Jadwigo, ludzie są wykończeni. Gdyby pani uprzedziła…

Co, miałam uprzedzić, że brat mi w nocy może umrzeć? Zamknęła teczkę. Nie umiem prosić. I nie mam kogo.

Szymon zrozumiał, że to prawda. Mieszkali tuż obok, a jednak nikt nie był naprawdę obok. Każdy zamknięty w swoich drzwiach.

Może spokojnie, powiedział w końcu. Głos mu zadrżał. Możemy się porozumieć tak, by wszyscy jakoś to przetrwali.

Spojrzenia padły na niego. Bycie w centrum nie było mu w smak, ale teraz już nie mógł się schować.

Nie podpisałem się ciągnął. I nie podpiszę. Podpis nie rozwiąże problemu, tylko nas poróżni. Ale udawać, że nie ma hałasów też się nie da. Ludzie naprawdę chorują.

Pani Zofia zmarszczyła brwi.

A pan co proponuje?

Szymon pomyślał o tej nocy, gdy nasłuchiwał na korytarzu.

Po pierwsze ustalmy sposób kontaktu. Pani Jadwigo, jeśli w nocy coś się wydarzy i będzie głośno, może pani napisać w czacie Karetka albo Atak. Bez tłumaczeń by było jasne, że to nie impreza.

Nie muszę… zaczęła surowo, ale spojrzała na Szymona i pokiwała głową. Dobrze. Postaram się.

Po drugie gdy usłyszymy duży huk, zamiast od razu pisać dzwonię po policję, najpierw zadzwonić do pani lub zapukać. Bez pretensji, tylko z pytaniem, czy nie trzeba pomóc. Gdy nie odpowie wtedy działamy dalej.

A jak znów nakrzyczy? zapytała młoda kobieta z szóstego.

Będziecie wiedzieli, że próbowaliście po ludzku odparł Szymon. To dużo znaczy. Dla was samych.

Pani Zofia cicho westchnęła.

I jeszcze spojrzał na Jadwigę można założyć matę pod łóżko, gumowe nakładki na nogi, spróbować łóżko odsunąć. Chętnie pomogę, jeśli trzeba.

Jadwiga zamilkła, potem niemal szeptem:

Łóżka nie da się ruszyć. Ma podnośnik zespawany z ramą. Ale maty… można. I jeszcze… zawahała się. Jakby ktoś mógł raz na jakiś czas, w dzień, posiedzieć godzinkę, żebym mogła iść do apteki…

Słowa ugrzęzły jej w gardle. Ktoś się poruszył.

Ja w środę mogę odezwała się kobieta z szóstego, ta od dziecka. Zarumieniła się, jakby to było coś wstydliwego. Mama może zostać z małym, przyjdę na godzinę.

Ja też, dodał mężczyzna w bluzie. W dzień mogę pomóc podnieść, nie w nocy.

Szymon zauważył, że napięcie nie zniknęło, tylko zmieniło charakter.

Pani Zofia popatrzyła na listę podpisów.

To co z tym zrobić? spytała.

Szymon spojrzał były tam znane nazwiska, nawet sąsiad z naprzeciwka, zwykle pogodny w windzie.

Sądzę, że należy ją zdjąć. Jeśli ktoś chce zgłosić sprawę, niech sam pisze z datami, a nie po prostu trzeba działać.

To pan jest przeciw porządkowi? zapytała ostrzej pani Zofia.

Jestem za porządkiem odparł. Ale nie takim, który dzieli ludzi na dobrych i złych.

Jadwiga podniosła głowę.

Proszę usunąć, powiedziała. Nie chcę patrzeć codziennie, jak mnie oceniają.

Pani Zofia poskładała kartkę i schowała do teczki. Szymon nie wiedział, czy z szacunku, czy dlatego, że wyczuła zmianę nastrojów.

Po spotkaniu ludzie wychodzili cicho. Na klatce ktoś zażartował, lecz żart zgasł w powietrzu. Szymon stał na korytarzu, a Jadwiga była obok. Schodzili razem.

Wtrącił się pan niepotrzebnie powiedziała.

Możliwe, przyznał Szymon. Ale nie chciałem, żeby sprawa trafiła na policję.

I tak trafi, mruknęła. Jak się pogorszy.

Chciał zapytać, jak ma na imię jej brat, ale zabrakło mu odwagi. Powiedział tylko:

Jakby w nocy było naprawdę źle i trzeba było pomóc niech pani puka. Jestem obok.

Pokiwała głową.

Nazajutrz lista z tablicy zniknęła. Na czacie pojawiła się nowa wiadomość: Ustalone w razie nagłego wypadku pani Jadwiga informuje. Nie kłócimy się nocą. Pomoc w dzień wedle grafiku, chętni proszę pisać do mnie napisała pani Zofia.

Szymon zżymnął się na słowo grafik. Brzmiało zbyt oficjalnie jak na ich klatkę, ale po godzinie w grupie rzeczywiście pojawiły się konkretne propozycje: kto może w poniedziałek, kto w piątek. Ktoś milczał.

W pierwszą noc po zebraniu znów był hałas. Szymon obudził się od głośnego stukotu. Spojrzał na zegarek: 2:17. Po kilku minutach w czacie pani Jadwiga napisała: Atak. Karetka jadzie. Bez emotikonów, bez tłumaczeń.

Leżał i słuchał, jak nad nim trzaskają drzwi, na schodach ktoś biegnie. Wyobrażał sobie, jak Jadwiga dźwiga brata, starając się uniknąć tragedii. Drażliwość nie zniknęła, lecz dołączyło się nowe, cięższe, ciche uczucie.

Rano w windzie natknął się na panią Zofię była zmęczona, pod oczami cienie.

No i co, znów hałasy powiedziała.

Karetka była odparł.

Widziałam zawahała się. Nie wiedziałam, że aż tak. Ale i tak… Szymon, naprawdę nie śpię. Serce mi wariuje.

Szymon skinął głową. Nie mógł jej udawać, że nic się nie dzieje.

Może spróbować zatyczki do uszu? zasugerował, sam słysząc własną rezygnację.

Zatyczki Zofia uśmiechnęła się bez goryczy. Przy tym, do czego doszliśmy.

Po tygodniu poszedł do Jadwigi, jak obiecał, w dzień. Przyniósł gumowe podkładki pod nogi mebli i gruby dywanik z Castoramy. Zadzwonił. Otworzyła szybko, jakby czekała.

W środku czuć było leki i coś kwaśnego, jak w szpitalu. W pokoju przy ścianie łóżko, na nim chudy, nieruchomy mężczyzna oczy otwarte, ale pusty wzrok. Obok prowizoryczny podnośnik ze stali, przyspawany do ramy. Szymon zrozumiał, czemu łóżko nie rusza się.

Proszę pokazał jej dywanik. Pod łóżko, żeby nie dudniło. I pod stołek gumka gdy stuka w podłogę.

Stuka, jak stawiam miednicę wyjaśniła. Staram się, ale ręce już…

Nie dokończyła i spojrzała na zniszczone dłonie.

Pomógł jej położyć matę, powoli, by nie naruszyć konstrukcji. Czuł napięcie w plecach, ona pilnowała, by nie rozluźnić pasa podnośnika.

Dziękuję rzuciła, tym razem jakby ciszej, szczerze.

Szymon skinął głową i już miał wyjść, gdy zadzwonił telefon. Jadwiga posłuchała przez chwilę, posmutniała.

Nie dam rady teraz, rzekła do słuchawki. Mam tak, rozumiem.

Odłożyła i spojrzała na Szymona.

MOPS. Opieka tylko dwie godziny w tygodniu, a i tak kolejka. A mnie potrzebny ktoś codziennie.

Szymon nie umiał nic poradzić. Wiedział, że ich grafik to nie system, tylko proteza.

Wieczorem w czacie ktoś napisał: Czemu mamy pomagać? To nie nasza rodzina. Niech załatwia z urzędami. Komentarzy było wiele i nie wszystkie nieprzyjemne. Jedni tłumaczyli, inni narzekali, trzeci stawiali kropki.

Szymon przeczytał i nie odpowiadał. Uczucie zmęczenia wracało falami nie przez Jadwigę, lecz przez to, że każda ludzka inicjatywa kończyła się sporem o słuszność.

Za kilka dni na tablicy na dole pojawiła się nowa kartka nie o działaniach, a schludna tabelka: dni tygodnia, godziny, nazwiska. Na dole numer telefonu Jadwigi i dopisek: W nocy piszę w razie nagłych wypadków w czat. Pomoc w podniesieniu lub przyjęciu karetki proszę o kontakt. Kartka wisiała równo.

Nie było mu łatwiej na nią patrzeć niż na tamtą z podpisami tyle, że teraz to inny rodzaj dyskomfortu. Jakby cała wspólnota przyznała: za drzwiami bywa ciężko, ale ta ciężkość to już temat na grafik.

Pewnej nocy mimo wszystko poszedł na górę. Hałas był wyjątkowo głośny, a Jadwiga ze złością mamrotała pod nosem raczej do ciała, które nie chciało słuchać. Zastukał. Otworzyła bez łańcucha.

Pomóż rzuciła krótko.

Wszedł, zdjął buty, postawił je starannie przy drzwiach. W pokoju jej brat leżał na podłodze, ciężko dyszał. We dwoje przenieśli go na łóżko, powoli, licząc w myślach. Ręce Szymona trzęsły się ze zmęczenia. Jadwiga nie płakała i nie dziękowała tylko poprawiła poduszkę i sprawdziła oddech.

Na klatce usłyszał, jak niżej ktoś uchyla drzwi cicho, ostrożnie. Szybko je zamknął. Nikt nie wyszedł, nikt nie zapytał, czy pomóc. Budynek zdawał się wstrzymać oddech.

Rano spotkał sąsiada spod piątki, Witka, który też się podpisał. Witek nie patrzył w oczy.

Wiesz, ja wtedy podpisałem, bo już mnie szlag trafiał. Ale gdybym wiedział Sam wiesz.

Rozumiem odpowiedział Szymon. Ale teraz najważniejsze, co dalej.

Witek przytaknął, lecz nie ukrył uporu nie lubił przyznawać się do błędów, nawet przed sobą.

Kompromis działał. Nieidealnie, ale był. Czasem w nocy pojawiały się w grupie lakoniczne wiadomości: Karetka, Upadek. Złośliwości było mniej, narzekania przeniosły się na poranne godziny. Kilka osób pomogło Jadwidze w dzień, niektórzy zrezygnowali po pierwszej wizycie. Pani Zofia pilnowała grafiku, czasem pojawiały się w nim luki.

Szymon zauważył, że na klatce jest mniej przypadkowych rozmów. Witano się ostrożniej, jakby każde słowo mogło znów wywołać konflikt. Nie wisiały już groźby, lecz prostoty także brakowało nawet dyskusje o żarówce były okraszone napięciem: Byle nie znowu…

Jednego wieczoru wracał do domu i zobaczył Jadwigę przy windzie z siatką leków i małym termosikiem. Twarz poszarzała ze zmęczenia.

Jak brat? spytał Szymon.

Żyje. Dziś spokojnie.

Wjechali razem. Na czwartym wysiadł, lecz się zawahał.

Potrzeba czegokolwiek niech pani puka.

Skinęła głową i nagle powiedziała:

Wtedy na zebraniu nie chciałam was wszystkich

Urwała, machnęła dłonią.

Rozumiem odpowiedział Szymon.

Drzwi windy się zamknęły, a Szymon został na swoim piętrze. Otworzył drzwi, powiesił kurtkę, odłożył buty. W mieszkaniu było cicho. Syn siedział w pokoju ze słuchawkami, matka przez telefon dopytywała, kiedy przyjedzie.

Szymon spojrzał na ekran i na drzwi do klatki. Pomyślał o kartkach papieru jednej, na której podpisywano wykluczenie, drugiej, gdzie wpisywali się pomagający. I o tym, że dystans między nimi był krótszy, niż by się wydawało bliższy nawet niż ten między sąsiadami przez ścianę.

W czacie tego dnia ktoś napisał: Dzięki dziś za pomoc. Prośba nie komentować prywatnych spraw. Pytania na priv. Wiadomość szybko zatonęła pod rozmowami o śmieciach i windzie.

Szymon wyłączył telefon i poszedł zrobić sobie herbatę. Wiedział, że znów może obudzić go nocny huk. Że odkąd zna historię Jadwigi, myśli nocą nie tylko o własnym śnie. Nie czyniło go to lepszym człowiekiem po prostu uczyniło go uczestnikiem.

Bo siła wspólnoty nie tkwi w podpisach, lecz w wyciągniętej dłoni nawet, jeśli drży z wysiłku.

Rate article
Fajna Tajna
Podpisy na klatce schodowej: Sąsiedzkie wojny, nocne hałasy i milczenie – opowieść o konflikcie w polskim bloku, w którym za drzwiami kryją się nie tylko pretensje, ale też ciężar codzienności i próba znalezienia kompromisu