Odejdź i już nie wracaj — wzruszająca opowieść o Michale i jego ukochanej suczce Berci. Historia przyjaźni, zdrady i wierności, osadzona w polskiej wsi: od porzuconego szczeniaka znalezionego przez chłopca w dniu jego czternastych urodzin, przez dramatyczne rozstanie pod groźbą pijanego ojca z siekierą, aż po tułaczkę Berci i ich wzruszające spotkanie po latach na wiejskim cmentarzu. Opowieść o nadziei, przebaczeniu i niezwykłej więzi między człowiekiem a psem, która potrafi przetrwać wszystko.

Odejdź i nie wracaj

Odejdź, słyszysz? szeptał ze łzami w oczach Michał. Idź, nie wracaj już nigdy. Przenigdy.
Trzęsącymi się rękami chłopak odpiął ciężki metalowy łańcuch, po czym zaciągnął Bertę do furtki i, otwierając ją na oścież, próbował wypchnąć ją na drogę.
A ona nie rozumiała, co się dzieje.
Czy to możliwe, że ją wyrzucają? Ale za co? Przecież nic złego nie zrobiła
Idź już, proszę cię powtarzał Michał, obejmując psa. Nie możesz tu zostać. On za chwilę wróci i
Właśnie wtedy drzwi domu otworzyły się z hukiem i na ganek wytoczył się pijany Wacław z siekierą w dłoni.

*****

Gdyby choć przez chwilę ludzie mogli sobie wyobrazić, jakie życie miewają psy, które znalazły się na ulicy nie z własnej winy, pewnie wielu patrzyłoby na nie z większym współczuciem i łagodnością, a nie z pogardą i gniewem, jak to często bywa.
Tylko skąd ludzie mają wiedzieć, ile prób i przykrości spotyka naszych czworonożnych znajomych, przez co muszą przechodzić? Psy nie opowiedzą swojej historii.
I nie poskarżą się na los. Wszystko duszą w sobie.
Ale ja wam opowiem pewną historię. O miłości, zdradzie i wierności
Zacznę od tego, że już od szczeniaka Bercie nie było dane być naprawdę potrzebną.
Dlaczego nie spodobała się swojemu pierwszemu właścicielowi nikt do dziś nie wie.
Może po prostu urodziła się nie w porę?
I jej pan nie wymyślił nic lepszego, jak pojechać z ledwie dwumiesięcznym szczeniakiem pod najbliższą wieś i
po prostu zostawić go przy szosie.
Tak zwyczajnie porzucić.
Nawet do wsi się nie pofatygował, gdzie może ktoś by ją przygarnął.
Zamiast tego zostawił maleńką tuż przy drodze, a sam wrócił z czystym sumieniem do miasta.
A na tej drodze pędziły z prędkością światła osobówki, autobusy, ciężarówki Jeden krok za daleko i szczeniak mógł trafić pod koła.
Może nawet właśnie na to liczył jej właściciel.
A nawet gdyby nie bez jedzenia i wody długo by nie wytrzymała. Przecież była taka mała
Tego dnia jednak szczerze jej się poszczęściło.
Bo właśnie wtedy spotkała Michała.
I dzięki temu przeżyła.
A było to tak: TAMTEGO DNIA ojciec podarował Michałowi nowiutki rower, a że chłopak akurat skończył czternaście lat, ruszył testować prezent z całą dziecięcą fantazją.
Tylko nie wyjeżdżaj poza wieś! zawołała mama Antonina, gdy syn wskoczył na swój żelazny rumak i z zapałem ruszył przed siebie. Słyszysz mnie?!
Dobrze, mamo! krzyknął z radością Michał. Wszystko będzie super!
Ale rzecz jasna, wyjechał. Bo wiejska droga od lat nieremontowana dziura na dziurze.
Na rowerze trudno, pieszo też źle. W nocy można nogę złamać.
A do głównej szosy świeżo wyłożono nowy asfalt i Michał aż się rwał poczuć wiatr we włosach.
A ruchu na niej w ogóle nie było w końcu niedziela, ludzie przed telewizorem, lepią pierogi albo przeglądają seriale.
I właśnie wtedy, tuż przed zamiarem zawrócenia, zauważył na poboczu małego szczeniaka biegał wte i wewte jak szalony.
Skakał pod auta, w ostatniej chwili uskakiwał. Bał się na to patrzeć.
Co mu jest? pomyślał Michał, zsiadając z roweru.
Położył go ostrożnie na trawie i szybkim krokiem podszedł do pieska.

*****

Mama, tata, patrzcie, co znalazłem! uśmiechał się Michał, stając w progu. Ktoś go wyrzucił na szosę. Czy możemy go zatrzymać? Zobacz, jaki kochany!
Michaś, przecież zakazałam ci jeździć za wieś! oburzyła się Antonina. Prosiłam cię!
Ale mamo tylko do szosy chciałem podjechać i wrócić. I nie na darmo. Gdybym go nie zabrał, zginąłby tam.
A o sobie pomyślałeś? Ty też mogłeś wejść pod samochód! Dziecko samo na drodze, jeszcze rower
Nie będę więcej, obiecuję. Więc możemy go zostawić? Obiecuję się nim zajmować, od zawsze marzyłem o psie i w końcu dziś mam urodziny.
Urodziny! pokręciła głową Antonina. Mało ci na to, że łobuzujesz?
Michał mocno przytulił szczeniaka, w strachu, że go zaraz zabiorą.
Tonka, daj spokój chłopakowi, nie pierwszoklasista przecież wszedł ojciec Wacław, jeszcze w dobrym humorze, bo dzień wcześniej wypił domowe piwo. Czternastka stuknęła, chłop jak dąb! A pies nie byle kundel, porządny, nawet podwórka popilnuje. Zostaw synu psa. Nic mi do tego!
Skoro tata nie ma nic przeciwko, ja też nie mam uśmiechnęła się Antonina do syna.
Jesteście najlepsi na świecie!
Michał był wniebowzięty i od razu ochrzcił ją (bo okazało się, że to suczka) imieniem Berta.
Za pierwszym razem był pewien, że trafił mu się samiec, ale przy bliższym poznaniu jednak cudowna dziewczyna.
Dobry, czuły, oddany pies. I polubili się od razu wyjątkowo.
Na rowerze przestał nawet jeździć całymi dniami tylko Berta i on.
Czy można mieć więcej szczęścia? Szczeniak uratowany, Michał spełnił marzenie, rodzice szczęśliwi Bajka! Ale nie.
Szczęście trwało całe pół roku.
A potem zaczęły się schody, gdy Wacław, ojciec Michała, stracił ulubioną robotę i zaczął zaglądać do kieliszka.
I to tak na poważnie. Całe zaskórniaki, które z Antoniną zbierali na czarną godzinę, przepijał w kilka tygodni.
Żadne prośby Antoniny, ani łzy, ani nawet święte obrazki przy łóżku nie pomagały. Tylko go drażniły bardziej.
Nagle wszystko zaczęło go denerwować. Zupełnie innym człowiekiem się stał.
A w zasadzie to wódka go zmieniła. Stał się brutalny, opryskliwy i okrutny.
Zaczął nawet rękę do żony podnosić. O byle co. Brak wędliny na kolację, dach przecieka, paczka fajek podrożała zawsze winna była ona.
I tłumacz człowieku, że wina po jego stronie.
Ja?! Ja winny? wrzeszczał Wacław.
A przecież nikt go nie zmuszał, by pił. Zresztą pracę mógłby w mieście znaleźć nawet jako kierowca czy magazynier, żaden wstyd.
Bo zaraz Michał do liceum, na to zawsze trzeba kilku tysięcy.
Ale do miasta Wacław pewnie się bał ruszyć. W wiosce po upadku PGR pracy nie było a przynajmniej nie takiej, za którą płacili normalnie.
A gdzie wódkę schowałaś, Tonia? darł się od rana Wacław, znów na kacu.
Antonina próbowała zatrzymać go wszelkimi sposobami, ale zawsze kończyło się to awanturą.
A jak schowała flaszkę, nie raz kończyło się tłukącymi się talerzami i jej siniakami.
Michałowi kazała wtedy nie wychodzić z pokoju. Bo ręka Wacława była ciężka jak stalowy młotek.
Michał siadał wtedy przy Bercie, głaskał ją po łbie i patrzył smutno na dom, skąd dochodziły wrzaski.
A Berta lizała go pocieszająco po słonych policzkach.
Pewnego dnia i on sam dostał reprymendę. Antonina była po zakupy, Michał bawił się z Bercie na podwórku, a Wacław woła syna do siebie, łapie mocno za ramię i wali raz, drugi
Michał zaciskał zęby, ale w końcu wrzasnął z bólu i próbował się wyrwać. Wacław trzymał jednak jak w imadle.
I wtedy Berta łagodna, delikatna dama nagle warknęła i zaczęła szczekać na Wacława z wściekłością, jakiej nikt w niej nie widział.
Ojciec aż się zachwiał ze zdziwienia.
Michał wykorzystał chwilę, uwolnił rękę, a potem zobaczył jak Wacław, rycząc: Zabić ją! chwiejnym krokiem idzie do domu.
Michał wiedział, że wróci i z czymś ciężkim w dłoni. Co miał zrobić?
Uciekaj, słyszysz? błagał przez łzy. Uciekaj i już nie wracaj. Nigdy.
Trzęsącymi się rękami schwycił łańcuch, podprowadził Bertę do furtki i próbował ją wypchnąć na drogę.
A ona nie rozumiała.
Czy naprawdę ją wygnał? Przecież nic nie zrobiła
Uciekaj, błagam objął ją mocno. Nie możesz tu zostać. Tata zaraz przyjdzie i
Właśnie wtedy drzwi domu rozwarły się z hukiem i na próg wyszedł wściekły, pijany Wacław z siekierą w dłoni.
Michał! rozległ się ryk. Po co odpiąłeś psa? Kto ci kazał?!
Tato, proszę, nie, Michał odsunął się kilka kroków, blady z przerażenia.
Był gotów uciekać z Bertą, ale nie mógł zostawić mamy samej z potworem.
Co nie?! zaryczał Wacław, patrząc szklanym wzrokiem na syna i psa, którego Michał zasłaniał własnym ciałem.
Nie ruszaj psa, tato. Idź spać. I tak już nie przypominasz człowieka
Tak? Nie ruszać psa? A kto zezwolił jej szczekać na gospodarza? Ja ją karmiłem, ja poiłem, a ona szczeka?! Zaraz się z nią rozprawię, a potem z tobą, niedojdo! Gdzie widziano, żeby dzieciak przeciw ojcu występował? Nauczę cię szacunku!
Wacław zrobił krok, potknął się, prawie przewrócił, chwycił słupek, a potem zbiegł po schodach.
Prowadź ją tu!
Wacek, błagam, zostaw ją Proszę! To jeszcze psie dziecko Przecież zabijesz ją! jęknęła Antonina, wracająca ze sklepu.
Przestań mi tu lamentować! Ta kundle jeszcze się dowie kto tu rządzi! Michał, prowadź!
Nie było już czasu na wahanie.
Michał szybko spojrzał Berci w oczy, ucałował w czarny, mokry nosek i pchnął z siłą na drogę:
Uciekaj! Błagam, przebacz nam Przepraszam, Berciu. Tak nie miało być.
Ty draniu! Wacław aż się gotował, gdy zrozumiał, że syn chce psa uratować.
Berta spojrzała ostatni raz na Michała i pobiegła w stronę lasu. Tylko tam mogła się ukryć.
Nie wracaj, Berciu, bo cię zabije! krzyczał za nią Michał.
Co było dalej, już nie widziała.
Miała tylko nadzieję, że jej ukochany człowiek i jego mama będą mieli się dobrze.

*****

Od tamtej chwili minęło
nie miesiąc, nie rok.
Całe siedem lat. Siedem długich lat czekała Berta na cud.
Wierzyła, że spotka jeszcze Michała.
Ale z każdym kolejnym rokiem ta nadzieja gasła, bo i Michała, i Antoniny dawno już w tej wsi nie było.
Wróciła tam, skąd ją wygnano, dopiero po pół roku. Na tyle starczyło jej cierpliwości.
Ostrożnie podeszła do furtki, lekko uchylonej, trąciła ją łapą ta zaskrzypiała i odsunęła się.
Za nią pogorzelisko dom spłonął. Ani śladu człowieka.
Ani Michała, ani Antoniny, ani Wacława (którego za bardzo oglądać nie pragnęła).
Przychodziła tam jeszcze kilka razy, ale nikogo już nie zastała.
Zresztą czuła, że chyba nie stało się im nic złego. Pewnie wyjechali. Tylko gdzie, nie miała pojęcia.
Ale wiedziała, że pewnie nigdy nie wrócą.
Bo nie mieli już do czego wracać. Ona też nie.
I tak szwendała się od jednej wsi do drugiej, nigdzie długo nie zostając.
Aż pewnego dnia zatrzymał się koło niej jakiś starszy pan. Spotkali się znowu przy szosie, tej samej, gdzie kiedyś mieszkała.
Niczym deja vu.
Zagubiłaś się, co? uśmiechnął się siwobrody mężczyzna z brodą do pasa. Chcesz mieszkać u dziadka?
Poszła, bo i tak innego wyjścia nie miała.
A staruszek, choć jak się potem okazało nie stronił od kielicha, był dobrym człowiekiem.
Co dzień dawał jej jeść.
Rosół, kasze wszelkie, kości cukrowe. Nie żałował jej nawet grosza.
Zabierał za to do pracy był nocnym stróżem. I, żeby było ciekawiej, na cmentarzu.
Na początku Berta czuła się tam nieswojo, ale z czasem przywykła.
Do cmentarza i do dziadka pana Stanisława.
Był normalnym człowiekiem. Tylko bardzo samotnym. Smutnym. Niepocieszonym, jak ona.
A jak już pił, to w odróżnieniu od Wacława zamieniał się nie w dzikusa, a w cichego filozofa, smętnie opowiadał Berci o swoich zawodach miłosnych, o żonie, która odeszła, o córce, która chciała zapomnieć, że taki ojciec istnieje.
Berta wtedy kładła się przy jego nodze i słuchała. Bo czasem człowiekowi trzeba się wygadać.
A kiedy pan Stanisław milknął, wracała pamięcią do szczęśliwych dni.
Do Antoniny, do Michała. Wacława starała się nie wspominać nigdy.
Aż któregoś dnia, podczas rutynowego obchodzenia cmentarza, znalazła grób Wacława.
Nie chciała wierzyć własnemu nosowi tam dawno spoczywał, a ona czuła jeszcze ten zapach, przesiąknięty alkoholem i nienawiścią.
Co tam tak się zacięłaś przy grobie? spytał pan Stanisław. Zaraz, Wacław Kasiński. To chyba ten, co własny dom podpalił.
Berta spojrzała z zaskoczeniem.
Był taki u nas, owszem. Żona z synem chwała Bogu wyjechali do miasta, a ten pił na umór i się w końcu zaczadził. Głupia śmierć. Ale ponoć krzywdził rodzinę. To mu się dostało, co mu się należało. Choć westchnął dziadek. O zmarłych mówi się dobrze albo wcale. Chodź, Berciu, czas do domu.
Berta przeżyła z panem Stanisławem kolejne pięć lat.
Aż zmarł. Została znów całkiem sama.
Co miała robić? Była już stara, kto ją przygarnie? Postanowiła więc zostać na cmentarzu. Tu przynajmniej można coś od czasu do czasu przekąsić.
Tak, podjęła decyzję to jej miejsce na ostatnie lata.
Nie szukała już pana. Pan Stanisław był dla niej raczej kolegą w nieszczęściu niż prawdziwym właścicielem.
I gdy już uznała, że tu skończy swój psi żywot, nagle spadł pierwszy śnieg a z nim wydarzyło się coś, czego zupełnie się nie spodziewała.
Jak co dzień szperała wśród grobów, szukając czegoś do jedzenia, gdy usłyszała głosy.
Na cmentarzu rzadko ktokolwiek pojawiał się zimą, a tu naraz dwa głosy. Jeden męski, drugi kobiecy.
Byli akurat przy grobie Wacława.
To wydało się jej dziwne, więc podeszła bliżej. Z ciekawości. Kto odwiedza Wacława?
Oksano, mówiłem ci, że to zły pomysł, żebym szedł na grób ojca. Co mam tu robić? Nie chcę go znać po tym, co zrobił, a ty ciągle o tym wybaczaniu… Po co? Za to, że wpędził matkę do grobu?
Powinieneś, Michałku Wybaczyć i puścić z Bogiem. Może wtedy przestaniesz mieć te koszmary i zmartwienia. Cokolwiek by nie zrobił, był twoim ojcem. Skoro tak często ci się śni, to znaczy, że jest mu ciężko.
Skąd ty to wiesz?
Babcia powtarzała: wybacz zmarłym, wtedy wszystkim będzie lżej. Tobie też.
Może masz rację.
Michał popatrzył na grób Wacława, zmarszczył brwi, potem odetchnął głęboko:
Wybaczam ci, tato. Za siebie, za mamę i za Bertę Szkoda tylko, że przez ciebie musiałem wygonić z domu najlepszego przyjaciela. Mam nadzieję, że jej ułożyło się życie.
Cały ten czas Berta stała cicho za Michałem i nie wierzyła własnym oczom.
Przecież to był on jej ukochany człowiek!
Lata minęły, wyrósł, zmężniał, ale poznała go od razu.
Tylko ciekawe, czy on ją pozna?
Michał nagle jakby poczuł na sobie spojrzenie. Odwrócił się gwałtownie.
Michał, co się dzieje? zapytała Oksana. Wyglądasz, jakbyś ducha zobaczył.
Nie ducha, tylko psa zamyślił się.
No i? Psy chodzą po cmentarzach. Trochę się przestraszyłeś?
Mam wrażenie że ją skądś znam Poczekaj, to jest
Zrobił kilka kroków w stronę Berty. Zatrzymał się, popatrzył na nią, potem znowu ruszył.
Wahał się, ale z każdym metrem wątpliwości było coraz mniej.
Berta poruszyła ogonem. I też wyszła naprzeciw. Po chwili rzucili się sobie w ramiona (no, Michał w ramiona, Berta w łapy szczegóły!).
Oksana nawet nie zauważyła, kiedy Michał, na klęczkach, już tulił Bertę, którą widział ostatni raz siedem lat wcześniej, a sama Berta wylizywała mu policzki, nos, brodę
Spełniło się psie marzenie. W końcu spotkali się z ukochanym człowiekiem, na którego tyle lat czekała.

*****

Michał oczywiście wziął Bertę do domu. Bez problemu polubiła się z jego partnerką.
Mieszkali więc razem najpierw we troje, potem we czwórkę (Berta pewnego dnia znalazła na ulicy kota i jednogłośnie zapadła decyzja: zostaje!), a z czasem nawet w piątkę.
W dwa lata później w ich dwupokojowym mieszkaniu pojawił się mały człowiek Nikodem.
A po jeszcze jakimś czasie Michał odnowił dom na wsi i co lato cała rodzina jeździła na wakacje oczywiście z Bertą i kotem.
I mimo wszystkich przejść, jakie przeszły zarówno ona, jak i Michał, byli po prostu szczęśliwi po polsku, trochę z humorem, czasem z przekąsem, ale w końcu szczęśliwi jak nikt!

Rate article
Fajna Tajna
Odejdź i już nie wracaj — wzruszająca opowieść o Michale i jego ukochanej suczce Berci. Historia przyjaźni, zdrady i wierności, osadzona w polskiej wsi: od porzuconego szczeniaka znalezionego przez chłopca w dniu jego czternastych urodzin, przez dramatyczne rozstanie pod groźbą pijanego ojca z siekierą, aż po tułaczkę Berci i ich wzruszające spotkanie po latach na wiejskim cmentarzu. Opowieść o nadziei, przebaczeniu i niezwykłej więzi między człowiekiem a psem, która potrafi przetrwać wszystko.