Kilka dni temu Bartosz przyszedł do naszego mieszkania w Warszawie z dziewczyną. Byłam zaskoczona, bo była niewiele młodsza ode mnie, może o cztery czy pięć lat. Bartosz zakochał się w kobiecie w moim wieku i zamierza się z nią ożenić. Drugą informacją, która wprawiła mnie w osłupienie, było to, że ona wychowuje kilkuletnią córkę.
Przyjęłam je serdecznie, choć wszystko we mnie kipiało od sprzecznych emocji. Najważniejsze dla mnie było szczęście Bartosza, więc starałam się być uprzejma. Po ich wyjściu od razu zadzwoniłam do mojej najbliższej przyjaciółki Zofii mojej kojącej herbatki. Zosia zawsze potrafi mnie uspokoić, wysłuchać, doradzić z mądrością, która nie raz ratowała mnie w trudnych momentach. Opowiedziałam jej o całej sytuacji, licząc na wsparcie i podpowiedź, co powinnam zrobić dalej.
Rozmawiałyśmy długo, szukając sensu w tym wszystkim, a rozmowa trwałaby jeszcze dłużej, gdyby Bartosz nie wrócił niespodziewanie. W jego oczach widziałam determinację. Przez chwilę bałam się, co zaraz powie, aż wreszcie wyrzucił z siebie: Mamo, chcę, żeby ona i jej córeczka, Pola, wprowadziły się do nas. Przez kilka sekund nie wiedziałam, co powiedzieć, ale moje usta same wypowiedziały: Tak, mogą zamieszkać. Na twarzy Bartosza pojawiła się ulga, a on poszedł przekazać dobre wieści swojej ukochanej.
Jednak w mojej głowie kłębiły się myśli: czy ta kobieta może naprawdę kochać mojego syna? Przecież wie, że nasz dom przy ulicy Marszałkowskiej jest duży, a rodzina bardzo dobrze sytuowana czy to dla tego się nim zainteresowała?
Te niepokoje nie pozwalały mi zasnąć. Śniło mi się, że mój świętej pamięci mąż, Stanisław, pojawił się i powiedział łagodnie: Wszystko będzie dobrze. Rankiem obudziłam się trochę spokojniejsza. Zrozumiałam, że Bartosz nie jest dzieckiem myśli samodzielnie, potrafi podejmować decyzje. Nawet jeśli się pomyli, mam pewność, że potrafi je naprawić.



