Poranek u Jolanty i Szymona miał kolor rozlanego mleka i zapach przypalonej owsianki. Kiedy budzik milczał bezczelnie, oboje rzucili się po mieszkaniu jak dwa cienie gubiące właścicieli, próbując jednocześnie ubrać się do pracy i spakować rzeczy dla synka, Wojtusia, do przedszkola.
Szymon! Odbierzesz dzisiaj Wojtka? krzyknęła Jolanta z sypialni, usiłując jedną ręką wciągnąć spodnie, a drugą wepchnąć paczkę chusteczek do niewidzialnego plecaka.
Dobrze! odpowiedział Szymon. Gdzie są moje klucze?
Nie widziałam! warknęła Jolanta, okrążając fotelem pokój w poszukiwaniu telefonu. Wreszcie schwyciła aparat i dopadła do synka, który niewzruszony wojował z miniaturowymi ciężarówkami.
Do przedszkola dotarli w trzy minuty i dwadzieścia cztery sekundy nie licząc zatrzymania świata. Jolanta próbowała rozpiąć Wojtusiowi kurtkę, ale suwak ugrzązł między literkami wypisanymi na podszyciu. Nagle spojrzała na chłopca: na jego twarzy zaczęły się gromadzić łzy jak krople rosy na pajęczynie.
Mamo, ja nie chcę do przedszkola… Wojtuś zmarszczył brwi, ściskając piąstki tak mocno, że paznokcie wbijały się w małe dłonie.
Synku, nie rób sceny, proszę… Spieszymy się! Jolanta starała się zapanować nad drżeniem głosu, przyklękła, próbowała łagodnie pogłaskać dziecko. Zobaczysz, będzie fajnie, spotkasz kolegów…
Argumenty ściekały po Wojtku jak woda po kaczce. Dopiero pani Justyna, wychowawczyni, wyłoniła się zza drzwi, uśmiechnięta, i ujęła go za rękę.
Proszę się nie martwić, pani Jolanto. Wojtuś, chodź, zobaczysz, już cię czekają.
Jolanta odetchnęła na moment, ale zaraz potem znów poczuła ścisk w żołądku; dzień przeciekał jej przez palce.
Ja nie zdążę mamrotała, uciekając wzrokiem do zegarka. W biegu postanowiła zadzwonić do klientki. Grzebała w torbie i coś się nie zgadzało. To nie jej telefon.
Jak przez mgłę przypomniała sobie, że rano zamienili się z Szymonem aparatami. Ten sam wzór etui, ten sam kod.
Cudownie szepnęła, zła na siebie i na niego, próbując ogarnąć, jak dotrzeć do kontaktu. Musiała zadzwonić do Szymona i poprosić o numer, choćby miało ją to kosztować trzy siwe włosy i ośmiogroszowy impuls.
Telefon zawibrował. Na ekranie pojawiła się wiadomość. Jolanta, nie do końca świadoma, przeczytała ją kątem oka:
Michałek: “Jak tam z tą dziewczyną z siłowni? Dała ci numer?”
Czas zawirował. Z niedowierzaniem czytała powiadomienie, potem kliknęła w rozmowę. Litery, cyfry i słowa tańczyły na ekranie.
Michałek: “No i co, zdobyłeś jej zaufanie?”
Szymon: “Tak, dała. Umówiliśmy się na weekend. U mnie.”
Jolanta wpatrywała się w słowa, które znaczyły zupełnie coś innego niż brzmiały. W tą sobotę? Przecież miała zabrać Wojtka do mamy na noc…
Boże wyszeptała głucho. Tego mi brakowało. Te przeklęte etui.
Każdy dzień stawał się walką o zachowanie twarzy. Szymon był taki sam: troskliwy, serdeczny, pomocny. Robił kolację, opowiadał o pracy, tulił Wojtka do snu. Jola patrzyła mu w oczy, wypatrując śladów winy, ale widziała tylko odbicie własnego zdezorientowania. To przerażało jeszcze bardziej.
W środę wieczorem oglądali razem stary polski film. Szymon objął ją jak zawsze, a Jolanta zacisnęła wargi, żeby nie rozpłakać się na jego ramieniu. Każdy dotyk był już lekko kwaśny, jakby skruszał w jednym miejscu.
W piątek późnym wieczorem, kiedy Wojtuś już spał, Jolanta stała przy zlewie patrząc w ściekającą wodę, jakby szukała tam odpowiedzi. Szymon objął ją od tyłu, szepcząc:
Jakoś taka smutna jesteś dzisiaj. Stało się coś?
Nie wszystko w porządku, tylko zmęczona chyba. Uśmiechnęła się nienaturalnie.
Rozumiem. Ucałował ją w czubek głowy.
Ale tej nocy, kiedy dom pogrążył się w cichym śnie, Jolanta wysunęła się z łóżka, zamknęła się w łazience dźwiękiem spadającej wody tłumiąc westchnienia. Zdania gnieździły się pod powiekami.
Czemu? pytała cicho. Dlaczego tak?
Myśli wirowały jak podolska mgła. “Jak mógł? Co teraz zrobić? Mówić? Milczeć?”
Pozostało pewne tylko jedno: jutro trzeba będzie założyć maskę i podejść spokojnie do nowego dnia, który wydawał się być ostatnim dniem starego świata.
W sobotni poranek zawiozła Wojtka do matki na Pradze. Każde słowo przychodziło z trudem i jak przez sen:
Wszystko w porządku, mamo. Spieszę się Chciałam zrobić Szymonowi niespodziankę.
Szybki buziak w czoło syna i już jej nie było.
Całą drogę do mieszkania ściskała kierownicę, walcząc z myślami: “Może to tylko spotkanie z Michałkiem? Może ta dziewczyna się nie pojawi? Może to sen?”
Chciała go przyłapać, a jednocześnie wariatkowsko pragnęła, żeby to była pomyłka, nierealność, chichot losu. Marzyła, żeby zamknąć oczy, przytulić się mocno do tej wersji ich życia, gdzie wszystko jest takie samo jak dawniej.
Pod blokiem stała dłuższą chwilę, patrząc na okna ich mieszkania zastanawiając się, ile jeszcze sekund szczęścia potrafi wyżebrać od losu zanim przekroczy próg rzeczywistości.
Zebrała odwagę, weszła na piętro, klucz w dłoni drżał z każdym oddechem. Zamek przekręcił się powoli, jakby nie chciał puścić. W przedpokoju wisiało światło z kuchni, rozlane jak rozcieńczone mleko. Słyszała śmiech z perspektywy snu, zza waty, zza kurtyny dźwięków.
“To już” pomyślała, nogi miałaby z waty, gdyby nie musiała zrobić następnego kroku.
Szymon? jej głos zabrzmiał obco, jakby mówiła przez filtr komputerowy.
Powtórzyła, tym razem głośniej:
Szymon?!
Nikt nie odpowiadał. Otworzyła kuchenne drzwi i świat jakby się roztopił: dwóch ludzi przy stole zupełnie obcych. To Michałek najlepszy przyjaciel Szymona, to jego zobaczyła. Michałek, wyraźnie zaskoczony, zaczął nerwowo tłumaczyć się:
Jolka! To nie tak! Ja… po prostu Znasz nas przecież, nie pójdę z dziewczyną do matki… Ej, no!
Jolanta patrzyła, nie rozumiejąc, a jej mózg zdawał się łapać co piąte słowo. Wszystko, co się dotychczas wydarzyło, wirowało w niej obłędnym ruchem śnieżnej kuli. Łzy płynęły po policzkach, a jednocześnie łapała się na tym, że się uśmiecha.
Rozumiem, Michałek szepnęła, nie próbując nawet powstrzymać rozedrganych emocji. Ja już pójdę.
Wyszła jakby płynęła pod lodem. Chłód powietrza ocucił ją dopiero za progiem. Drżącymi palcami wykręciła numer męża.
Halo jego głos, nagle bardzo bliski, roztrzaskał jej myśli.
Wydukała tylko, niemal przez śmiech i łzy:
Kocham cię Naprawdę kocham
Próbowała sklecić sensowne zdanie, ale wylewał się z niej rwący potok wrażeń, bólu i ulgi.
Byłam w domu tam był Michałek
Jasne. Przepraszam, nie złość się. Przysięgam, jestem teraz w biurze. Przyjedź? Proszę cię, Jolu Przestań się martwić. Przyjedziesz?
Już jadę
Jolanta niemal wybiegła do samochodu, marząc tylko o tym, żeby się do niego przytulić.
Chwilę później siedzieli razem na podłodze w konferencyjnym pokoju jego firmy, a przed nimi stała otwarta butelka czerwonego wina z Biedronki. Jolka, przytulona do Szymona, powoli sączyła napój, czując, jak wraca do siebie.
Sorki, nie chciałam podglądać twojej korespondencji. Nigdy nie czytam twoich wiadomości westchnęła z czułością.
Ty mi wybacz, że pozwoliłem, żeby cię to wszystko tak wciągnęło. Powinienem był od razu wszystko powiedzieć.
Dlaczego Michałek prosił cię o pomoc?
Bo się wygłupił przed tą dziewczyną z siłowni. Rozlał na nią energetyka, cała była niebieska potem błagał mnie, żebym mu pomógł. “Nie dam rady! Boję się! Szymon, pomóż!”
Szymon zaczął przedrzeźniać głos przyjaciela, a Jolka parsknęła śmiechem.
Jest moim przyjacielem od pierwszej klasy, chyba tylko przede mną nie wstydzi się swojego skąpstwa Wziąłem od niej numer, sprzedałem Michałka jako zabawnego typa I wszystko jakoś się ułożyło.
Ale czemu do naszego mieszkania?! Mógł przecież pójść do hotelu…
A pamiętasz, czemu wciąż mieszka z matką?
Bo nie chce wydać ani grosza na wynajem Bo mama go karmi i pierze mu skarpetki Tak, wiem
No właśnie. Szymon spojrzał na nią wymownym wzrokiem.
Michałek to materialista jak się patrzy! wybuchła śmiechem Jolanta.
Dwadzieścia lat przyjaźni, od podstawówki… Prawdopodobnie tylko przede mną nie gra twardziela.
Jolka potrząsnęła lekko głową.
Ale jeśli oni są jeszcze u nas? Nie możemy spać w tym biurze Do domu nie wracam. Niech sobie posprzątają!
Szymon pocałował ją w policzek.
Nie jestem tak oszczędny jak Michałek. Zasłużyliśmy na randkę i noc w hotelu.
Naprawdę?! To gdzie jedziemy?
Szymon skinął głową, a potem podniósł Jolantę jak worek ziemniaków i zaczął kręcić się po sali. Jola śmiała się jak dziecko, próbując się wyrwać.
Dostarczę cię tam całą i zdrową!
Jolantę to rozśmieszyło tak bardzo, że przez chwilę trudno było jej uwierzyć, że jeszcze dwie godziny temu świat walił się na jej głowie bezlitosnym rytmem budzika, którego nikt nie usłyszał.



