Chcę w końcu pomyśleć o sobie i się wyspać powiedział mój mąż, wychodząc z domu.
To szaleństwo trwało trzy miesiące. Trzy miesiące nieprzespanych nocy, kiedy Franek płakał tak głośno, że sąsiedzi stukali w ścianę. Trzy miesiące życia na autopilocie ja, jak zombie, czerwone oczy, drżące ręce.
A Tomek kręcił się po mieszkaniu ponury jak listopadowa chmura.
Wyobrażasz sobie, jak wyglądam w pracy? rzucił kiedyś, zerkając w lustro. Worki pod oczami mam do połowy twarzy.
Milczałam. Karmiłam synka, nosiłam, tuliłam i znów karmiłam. I tak bez końca. A Tomek gdzieś ciągle obok zamiast pomóc, tylko narzekał.
Może twoja mama by przyszła pomóc? zaproponował pewnego wieczoru, przeciągając się po kąpieli. Swieży, wypoczęty. Myślałem też, żeby na tydzień wyskoczyć do Jarka na działkę.
Zamarłam z butelką w ręku.
Muszę odpocząć, Marto. Serio zaczął pakować rzeczy do sportowej torby. Już od dawna normalnie nie śpię.
A ja niby śpię? Oczy mi się kleją ze zmęczenia, a jak tylko się położę Franek zaczyna płakać. Czwarta pobudka tej nocy.
Mi też ciężko wyszeptałam.
Wiem, wiem, że ciężko machnął ręką, wciskając ulubioną koszulę do torby. Ale ja mam poważną robotę, odpowiedzialność. Nie mogę z takim ryjem do klientów wychodzić.
I nagle zobaczyłam nas jakby z zewnątrz: ja w rozciągniętym szlafroku, z potarganymi włosami, płaczącym dzieckiem na rękach. I on pakuje torbę i ucieka.
Chcę mieć czas dla siebie i się wyspać mruknął Tomek, nawet na mnie nie patrząc.
Trzasnęły drzwi.
Stałam z płaczącym Frankiem pośrodku mieszkania i czułam, jak we mnie wszystko się rozpada.
Minął tydzień. Potem drugi.
Tomek zadzwonił może trzy razy zapytał, jak tam. Głos zimny, jakby gadał z kimś obcym.
Przyjadę w weekend.
Nie przyszedł.
Jutro na pewno będę.
Znowu nie.
Ja z Frankiem na rękach, zmiana pieluchy, butelka, gotowanie. Spanie po pół godziny pomiędzy karmieniami.
Wszystko u ciebie okej? zapytała Patrycja.
Świetnie skłamałam.
Po co? Wstyd. Wstyd, że mąż mnie zostawił. Że siedzę z dzieckiem całkiem sama.
Wydawało się, że gorzej już być nie może. Ale w sklepie wydarzyło się coś… spotkałam koleżankę z pracy Tomka.
A Tomasz gdzie? zapytała Marta.
Pracuje dużo.
No wiadomo jak faceci przychodzi dziecko na świat, to zaraz siedzą w robocie. Zbliżyła się: Ale Tomek często ma te delegacje, co?
Jakie delegacje?
No do Gdańska przecież pojechał na szkolenie! Pokazywał mi zdjęcia.
Do Gdańska? Kiedy?
Przypomniałam sobie w zeszłym tygodniu trzy dni nie dzwonił. Mówił, że zajęty.
Kłamał. W Gdańsku odpoczywał.
W sobotę wrócił. Z kwiatami.
Przepraszam, że mnie nie było. Pracy dużo.
W Gdańsku byłeś?
Zamarł z bukietem.
Kto mówił?
Nieważne. Ważne, że kłamiesz.
Nie kochana, nie kłamie, tylko nie chciałem żebyś się denerwowała, że pojechałem bez ciebie.
Bez niej?! Z niemowlakiem nigdzie by nie pojechała…
Tomek, potrzebuję pomocy. Rozumiesz? Nie śpię całymi tygodniami.
To zatrudnimy opiekunkę.
Za co? Ty nie dajesz pieniędzy.
Jak nie daję? Przecież płacę za mieszkanie, rachunki.
A za jedzenie? Pieluchy? Leki?
Cisza. Potem:
Może wrócisz do pracy? Chociaż na pół etatu? Po co siedzieć w domu. Opiekunkę weźmiemy.
Jakby siedzenie w domu z dzieckiem to był urlop…
Wzięłam Franka, spojrzałam na Tomka i pomyślałam: ten człowiek mnie nie kocha.
Nigdy nie kochał.
Wynoś się.
Ale gdzie niby?
Po prostu wyjdź. Nie wracaj, dopóki nie zdecydujesz, co dla ciebie ważniejsze: rodzina czy wolność.
Wziął klucze i wyszedł. Przez dwa dni cisza. Potem SMS: Myślę.
W nocy nie spałam, też myślałam.
Wyobraź sobie, że po raz pierwszy od kilku miesięcy zostajesz sama ze swoimi myślami.
Zadzwoniła mama:
Martusia, jak tam? Tomek w domu?
Na delegacji.
Znowu skłamałam.
Może przyjadę? Pomogę?
Dam radę.
Ale przyjechała. Sama.
Jak tu u was? rozejrzała się. Jezu, Marta, spójrz na siebie!
Spojrzałam w lustro. Rzeczywiście, kiepsko.
A Tomek gdzie?
W pracy.
O tej porze?
Zamilkłam.
Co się dzieje?
I rozpłakałam się. Prawdziwie, głośno, jak dziecko.
Odszedł. Powiedział, że chce żyć dla siebie.
Mama nie mówiła nic. Potem:
Łajdak. Na medal łajdak.
Zdziwiłam się nigdy nie przeklinała.
Zawsze myślałam, że Tomek miękki, ale żeby aż tak?
Może ja źle robię? Może powinnam zrozumieć?
Martuś, a tobie nie jest ciężko?
W tym momencie zrozumiałam cały czas myślałam tylko o Tomku. O jego zmęczeniu, wygodzie.
O sobie nie pomyślałam ani razu.
Co zrobić?
Żyć. Bez niego. Lepiej samemu niż z takim.
Tomek wrócił w kolejną sobotę. Opalony. Pewnie myślał sobie na działce.
Możemy porozmawiać?
Możemy.
Usiedliśmy przy stole.
Marto, wiem, że masz ciężko, ale mi też. Może się jakoś dogadamy? Będę pomagał finansowo, odwiedzał Franka. Ale na razie muszę mieszkać osobno.
Ile?
Co ile?
Pieniędzy ile?
No, z dwa i pół tysiąca.
Dwa i pół tysiąca. Na dziecko, jedzenie, leki.
Tomek, spadaj.
Słucham?
Słyszałeś. Nie wracaj.
Przecież sensowną rzecz proponuję!
Sensowną? Chcesz wolności? A gdzie moja wolność?
Tomek wtedy rzucił tekst, który wszystko ułożył:
Jaką ty masz wolność? Przecież jesteś mamą!
Patrzyłam na niego: oto prawdziwy Tomek. Egocentryk, który uważa, że macierzyństwo to wyrok.
Jutro składam wniosek o alimenty. Co czwarta twojej pensji. Zgodnie z prawem.
Nie masz odwagi!
Mam.
Trzasnął drzwiami. A mi pierwszy raz od miesięcy ulżyło jakby weszło świeże powietrze.
Franek zapłakał. Ale teraz wiedziałam: dam sobie radę.
Minął rok.
Tomek próbował wrócić dwa razy.
Marta, no spróbujmy jeszcze…
Za późno.
Tomek narzekał, że jestem zołza. Nieskutecznie.
Ja znalazłam nianię, poszłam do pracy jako pielęgniarka.
W pracy poznałam lekarza Andrzeja.
Masz dzieci?
Mam synka.
A tata gdzie?
Żyje dla siebie.
Poznałam ich. Andrzej przywiózł Frankowi autko. Razem się bawili, śmiali.
Potem często chodziliśmy całą trójką do parku.
Tomek się dowiedział. Zadzwonił:
Dziecko ma rok, a ty już z facetem!
A co chciałeś? Żebym wiecznie na ciebie czekała?
Ale ty jesteś matką!
No i?
Już nie dzwonił.
Andrzej był zupełnie inny. Gdy Franek zachorował, od razu przyjechał. Gdy bardzo padnięta byłam, zabierał nas na swoją działkę.
Dziś Frankowi stuknęły dwa latka. Woła na Andrzeja wujek. Tomka nie pamięta.
Tomek się ożenił. Alimenty płaci.
Nie mam żalu.
Teraz też żyję dla siebie. I to jest piękne.



