Jadę na urlop, nie będę nikogo niańczyć! Moja teściowa mnie wystawiła, ale karma szybko wróciła.
Każda rodzina ma swoje grzeszki jedni kłócą się o spadek, inni mają wieczne przygody z kieliszkiem albo zdradami, jeszcze inni po prostu nie potrafią razem obejrzeć nawet pogody w telewizji bez awantury. My? U nas naprawdę mogłoby być jak z serialu o przykładnej rodzinie. Gdyby nie… teściowa. Odkąd tylko się pojawiła w moim życiu a właściwie nie miałam wyboru próbowałam być dyplomatką jak minister spraw zagranicznych. Ale niestety, to nie działa.
Wiem, że relacja matka-syn jest ważna. Ale jak chłop ma prawie czterdziestkę, a dalej wiesza obrazki według jej wskazań, to przepraszam bardzo, coś tu jest nie tak. Mój mąż i jego matka uciekają do drugiego pokoju, żeby szepnąć sobie sekrety chyba hasło WiFi zmieniają za moimi plecami! A już najgorsze mam silne przeczucie, że nasz synek nie jest oczkiem w jej głowie. Może nawet zapomniała, jak jest wnuczkiem, bo patrzy na niego jak na osły na Międzynarodowym Targu Koni w Janowie Podlaskim.
Niedawno trafił się taki numer z jej udziałem, że aż mi się kawa rozlała ze śmiechu i złości zarazem. Co sezon nasz Kajetan (tak, imię wręcz polskie!), całe lato śmiga do moich rodziców na działkę nad jeziorem, a teściowa nigdy nie może nawet na tydzień zająć się wnukiem, bo zawsze inne, ważniejsze sprawy! W tym roku wirus popsuł plany mama doktor nie dostała urlopu w szpitalu, tata – wiadomo, serce nie te lata, sam nie ogarnie Kajtka. Ja w pracy, szefowa patrzy wilkiem, więc nici z urlopu. Plan ratunkowy: babcia Teresa. Wszystko ustalone z miesięcznym wyprzedzeniem!
Tydzień przed wielkim przekazaniem dziecka dzwoni i zaczyna gładko, że Och Aniu, dostałam wspaniałą wycieczkę w prezencie, musisz rozwiązać problem z Kajtkiem sama. Wiecie kompletnie mnie zatkało! Przez chwilę było mi głupio, ale potem… wcale nie! Bo dowiedziałam się od tajnej agentki z sąsiedztwa, że ta wycieczka była prezentem, ale od… samej siebie. Nasz syn miał być pod jej opieką, miała relaksować się na huśtawce, a jednak wolała odpoczynek all inclusive z widokiem na Bałtyk!
Na dokładkę poprosiła mojego męża, żeby podczas jej nieobecności doglądał szklarni i podlewał sałatę w ogródku. Mąż ciągle w pracy, jak koń w polu, więc jasne, wszystko spadło na mnie. Ale w tym momencie przekroczyłam Rubikon, zapowiedziałam stanowczo: Uważasz, że mogę zostać z obowiązkami sama to zostań i z twoimi pomidorami. Ja się nie ruszam! Ty mnie wystawiłaś ty posmakuj, co to znaczy! Twój ogródek, twoje sprawy. Jak zwiędną ogórki kupisz na rynku.
Babcia Teresa obrażona jak dziecko w piaskownicy, ale biletu odwołać nie chciała. A ja? Szukam teraz kolonii czy półkolonii za 1500 złotych, bo przecież muszę gdzieś Kajtka ulokować, bo innej opcji brak.
I teraz pytanie czy dobrze zrobiłam? Może nie jestem święta, ale przynajmniej szczera.



