Pamiętam tamtą historię jakby to było wczoraj, chociaż minęło już tyle lat
Wiktorze, bagażnik! Otworzył się bagażnik, zatrzymaj auto! wykrzyknęła Halina, ale już wiedziała, że wszystko przepadło. Na ruchliwej trasie spod Warszawy wszystkie ich rzeczy wypadły z bagażnika prosto pod koła innych samochodów, których kierowcy pewnie nawet niczego nie zauważyli.
I te podarki i przysmaki, na które razem z Wiktorem odkładali cały grudzień! Te kabanosy, wędzony łosoś, prawdziwy miód, ser z Podhala, i wiele innych smakołyków, które dla nich były na wagę złota tylko na większe święta mogli sobie na nie pozwolić. Torby z prezentami i dobre jedzenie leżały tak starannie ułożone na wierzchu, żeby się nie zgnietły. Tyle tego było, jechali przecież na całe święta Bożego Narodzenia do babci Wiktora, do małej wsi pod Lublinem.
Na trasie korek, auta jadą jedno za drugim. Nie szybko, ale też nie tak, żeby od razu się zatrzymać. Wszystko, co wypadło raczej przepadło!
Dzieci, Hania i Bożenka, które siedziały z tyłu, zaczęły płakać widząc zatroskaną mamę. Halina starała się je pocieszyć, a Wiktor zwolnił i zjechał na pobocze, żeby sprawdzić, czy przypadkiem nie wszystko poleciało gdzieś bokiem drogi. Chodzili jeszcze chwilę, szukając po śniegu wszystko na nic. Szkoda tylko czasu.
Daj spokój, Halinko, jak nie ma, to nie ma. Kupi się coś innym razem, a jak nie, to i obędziemy się bez tego! powiedział Wiktor, widząc jak żona przeżywa. To tylko rzeczy. Wracajmy do auta, śnieg sypie, ciemno zaraz będzie, a droga ciężka.
Ale przez całą dalszą drogę Halina nic się nie odzywała. Przecież nie będzie wyżywać się na Wiktorze za to, że zamek w starym fiacie zawiódł. I tak oszczędzała, kalkulowała każdego złotego, żeby sprawić radość rodzinie na święta. Chciało się płakać tyle pracy, wyrzeczeń. Tak to już u niej jak coś ma pójść nie po myśli, to zawsze po całości. Do tego przypomniała sobie jeszcze, że mięciutki pled dla babci Janiny, kupiony specjalnie, też był właśnie w tej przeklętej torbie…
Dojechali do wsi już po północy. Myśleli, że babcia Janina dawno śpi. A tymczasem przed chałupą paliła się lampa, a w progu stała babcia ze swoją przyjaciółką Stasią.
Witajcie, nareszcie! rzuciła się im na szyje babcia Janina. Halinko, Wiktorku, jak dobrze, że dojechaliście! Hania? Bożenka? Jak wyrosłyście! A już myślałam, że coś się wam stało!
No już spokojnie, babciu, wszystko w porządku Wiktor przytulił babcię. Chodź do domu, zmarzniesz tylko w tym cienkim płaszczyku, a śnieg sypie jak w grudniu tylko potrafi.
Babcia wzięła Halinę za rękę. Tylko ty się nie śmiej! Przed południem miałam widzenie. Przysnęłam, nagle śni mi się, jakbyście waszym maluchem wypadli z drogi. Obudziłam się cała roztrzęsiona. Potem przyszła Stasia i razem modliłyśmy się do Boga i do świętego Antoniego, żeby was szczęśliwie przyprowadził do domu. Nie wiedziałyśmy już czym się ‘odkupić, byleby zdrówko było. I proszę jesteście cali, chwała Panu!
Masz rację babciu Halina przytuliła starszą panią. Może i nasze podarunki komuś innemu się przydadzą. Pewnie ktoś bardziej ich potrzebował.
Sylwestra spędzili wesoło, w dużym gronie, przy suto zastawionym stole: ziemniaki z własnego pola, ogórki małosolne, śledzik pod pierzynką, pieczona kaczka i oczywiście pierogi babci Janiny, które dzieciaki wyjadały jeszcze gorące wprost z garnka. Z sąsiadami urządzili zjazdy na sankach, a wieczorem wszyscy nie mogli się doczekać, aż Gwiazdor zostawi coś pod choinką.
Babcia śmiała się i tuliła wnuki swoje i Stasi. Szczęście największe razem być przecież to najważniejsze w życiu!
A na końcu tej samej wsi, w zapomnianym przez wszystkich domku, przy stole zasiadły tego wieczoru dwie siostry: Nadzieja i Wiola, oraz ich sąsiad dziadek Franciszek. Życie nie było łatwe trochę pomocy od ludzi, latem ogródek, ale zimą ciężko, zimno. Trzymali się razem to najważniejsze.
W południe Franciszek wybrał się z sankami po chrust do lasu. Wracając, zauważył w zaspie coś wystającego. Pociągnął, a to solidna torba! Otworzył i aż nie mógł uwierzyć w środku kabanosy, łosoś, serek, słoiczek miodu, a na samym dnie ten puszysty, biały jak śnieg pled.
Rozejrzał się, nikogo w okolicy. Położył torbę na saneczkach i zabrał do domu. Wyłożył pled na krzesło przy piecu, zapalił ogień, a siostry zaczęły wykładać jedzenie na stół.
Nie wierzyłam, że jeszcze kiedykolwiek w życiu może mi się taki rarytas trafić dziwiła się Wiola.
A ja już myślałam, że dla nas to niemożliwe dodała Nadzieja.
To widać Pan Bóg zesłał, nagroda za trudy podsumował dziadek Franciszek. Może jeszcze trochę pożyjemy, a zawsze dobrze cud zobaczyć i się nim ucieszyć.
Nie warto płakać za rzeczami, które się straciło. Może to była dla nas pomoc, by ustrzec się przed większym nieszczęściem. Najcenniejsze jest to, co w cale ocaleje rodzina i wspólnota. Tylko z tego należy się cieszyć.



