Dziennik osobisty, 18 maja
Mamo, ile można siedzieć w tym zadupiu? My nawet nie mieszkamy w prawdziwej prowincji, tylko w prowincji prowincji zaczęła swoje codzienne narzekanie moja córka, wracając z kawiarni.
Jagna, mówiłam ci już sto razy: to jest nasz dom, nasze korzenie. Nigdzie się stąd nie ruszam.
Mama leżała na kanapie z nogami na poduszce, swoją pozycję nazywała Gimnastykujący się Piłsudski.
Co ty znowu z tymi korzeniami, mamo? Jeszcze kilka lat tutaj i twoja botwinka zwiędnie, a wtedy znów któryś z tych karaluchów, których mi przedstawiasz jako nowego tatusia, się do ciebie przystawi.
Obrażona mama podniosła się i podeszła do lustra przy szafie.
Moja botwinka trzyma się dobrze, nie przesadzaj
No właśnie mówię, na razie jest dobrze, ale niedługo sama wybierz, co z ciebie wyrośnie: burak, dynia czy batat. Co ci bardziej pasuje do kuchni.
Jagna, jak ci tak zależy, to wyprowadź się sama. Od dwóch lat jesteś pełnoletnia. Po co ci ja?
Dla sumienia, mamo. Jak wyjadę w lepsze miejsce, to kto się tobą tu zaopiekuje?
Ubezpieczenie, stała pensja, Internet i znajdzie się jakiś karaluch, jak sama powiedziałaś. Tobie łatwo wyjeżdżać, młoda jesteś, nowoczesna, wiesz, jak świat działa, a mnie już połowa życia minęła. Niedługo do naszej Wawelskiej Krypty mnie wciągną.
Widzisz! Śmieszkujesz jak moi znajomi. A masz dopiero czterdziestkę
No pięknie, musiałaś to powiedzieć na głos? Dzień popsuty.
W przeliczeniu na kocie lata to tylko pięć! szybko się poprawiła córka.
Wybaczam.
Ale mamo… Póki nie jest za późno, wskakujmy w pociąg i uciekajmy. Nie ma tu nic, co by nas trzymało!
Miesiąc temu wywalczyłam, żeby nasze nazwisko w rachunkach za gaz było dobrze wpisane, a poza tym mamy przychodnię na miejscu podsumowała mama swoje argumenty.
Ze świadczeniem zdrowotnym przyjmą nas wszędzie, a mieszkania nie musimy od razu sprzedawać. Jak się nie uda, będzie do czego wracać. Ja cię rozkręcę, pokażę jak żyć!
Lekarz na USG mówił, że spokoju mi nie dasz. Myślałam, że żartuje. Dobrze przepowiedział, skoro potem w Superwizjerze medal zgarnął. Dobrze, jedźmy, ale jak nie wyjdzie, musisz mi obiecać, że pozwolisz mi wrócić bez awantur.
Przyrzekam!
Twój tata w urzędzie też coś podobnego obiecywał, a wy oboje macie ten sam czynnik Rh…
***
Nie bawiłyśmy się w półśrodki: nie zatrzymałyśmy się w żadnej Częstochowie czy Toruniu, od razu ruszyłyśmy na podbój Warszawy. Z całymi oszczędnościami z ostatnich trzech lat wynajęłyśmy kawalerkę gdzieś na obrzeżach między targowiskiem a dworcem autobusowym, i zapłaciłyśmy czynsz na cztery miesiące z góry. Skończyły się środki, zanim jeszcze zdążyłyśmy na dobre zacząć je wydawać.
Jagna była opanowana i pełna werwy. Zamiast rozpakowywać walizki i urządzać mieszkanie, od razu zanurzyła się w miejskim życiu: była wszędzie od klubów po galerie, szybko zakumplowała się z warszawską młodzieżą, nawet zaczęła mówić stołecznym slangiem i ubierać się jak prawdziwa warszawianka, jakby całe życie spędziła na Nowym Świecie, a nie gdzieś pod Lublinem.
Mama żyła pomiędzy poranną melisą, a wieczornym Relanium. W pierwszy dzień, mimo moich namów, zamiast wyjść z domu, zaczęła sprawdzać ogłoszenia o pracę. Warszawa krzyczała o wolnych miejscach, ale pensje nijak się miały do życia w stolicy. Po prostych kalkulacjach nawet bez pomocy jakiegoś telewizyjnego jasnowidza mama przewidziała: maksymalnie pół roku i wracamy.
Nie dając się przekonać przez swoją nowoczesną latorośl, poszła ścieżką, którą znała: zatrudniła się jako kucharka w prywatnej podstawówce, a wieczorami dorabiała w pobliskiej kawiarni na zmywaku.
Mamo, znowu stoisz przy garach dzień i noc! Jakbyśmy nigdy nie wyjechały! Nie dziw się potem, że nie czujesz uroku dużego miasta. Zrób coś nowego! Studia podyplomowe, kurs na baristę, cokolwiek. Jeźdź metrem, pij kawę na wynos, poklikaj na Tinderze, idź z duchem czasu!
Jagna, mi już nie w głowie nauka, wiesz? Nie martw się o mnie, ja się odnajdę. Ważne, żebyś ty spróbowała życia tak, jak chcesz.
Popatrzywszy z westchnieniem na matkę z epoki PRL-u, Jagna się urządzała a to w kawiarniach, gdzie kawę stawiali jej nowi znajomi z innych części Polski; a to w sferze duchowej próbowała zestroić się z miastem według wskazówek jakiegoś internetowego wiedźmina; a to na spotkaniach motywacyjnych, gdzie wszyscy gadali tylko o hajsie i sukcesach. Jagna nie spieszyła się z żadną stałą pracą, ani z poważnymi związkami. Musiała się porządnie dogadać z miastem, zanim wejdą sobie w drogę na dobre.
Po czterech miesiącach mama płaciła już czynsz z własnej pensji, rzuciła zmywak i zatrudniła się na dwa etaty w stołówce dla jeszcze jednej szkoły. Jagna w tym czasie porzuciła kilka kursów, była na castingu radiowym, zagrała w epizodzie studenckiego filmu (zapłacili jej za to makaronem z mięsem) i pokręciła się chwilę z dwoma warszawskimi artystami, z których jeden był kompletnym osłem, a drugi kocurem z bagażem dzieci i bez chęci do stabilizacji.
***
Mamo, chcesz gdzieś wyjść dziś wieczorem? Może zamówimy pizzę i obejrzymy film? Tak mi się dzisiaj nic nie chce ziewałam, siedząc na kanapie w pozycji Gimnastykującego się Piłsudskiego, gdy mama poprawiała makijaż przy lustrze.
Zamów sobie, to ci przeleję na kartę. Dla mnie nie musisz. Raczej nie będę głodna, jak wrócę.
Wrócisz? Skąd?
Zaprosili mnie na kolację mama rzuciła, po czym zachichotała jak nastolatka.
Kto? zapytałam, zupełnie nie ciesząc się z tej wiadomości.
W szkole była kontrola. Nakarmiłam ich mielonymi, które od małego lubisz. Szef komisji poprosił, żebym przedstawiła go szefowej kuchni. Zaśmiałam się, bo śmieszne: szef kuchni w szkole. Potem zaprosił mnie na kawę, jak sama radziłaś. A dziś idę do niego na domową kolację.
Oszalałaś?! Do jakiegoś obcego faceta? Na kolację?!
I co z tego?
Nie boisz się, że on nie na kolację cię zaprosił?
Córciu, mam czterdzieści lat i nie jestem mężatką. On ma czterdzieści pięć, jest przystojny, inteligentny i wolny. Wszystko, czego ode mnie oczekuje, będzie miliwe.
Mamo, a nie wstyd ci mówić takich rzeczy? Zachowujesz się jak bezradna kobieta z małej miejscowości, jakbyś nie miała wyboru!
Cóż, sama mnie tu przywiozłaś, żebym zaczęła żyć, a nie tylko przeżywać!
Nie miałam odpowiedzi na takie argumenty. Dotarło do mnie, że zamieniłyśmy się z mamą miejscami. Zamówiłam największą pizzę za jej przelew i objadałam się cały wieczór zdołowana. Wróciła późno w nocy, cała rozpromieniona, nie zapaliła nawet światła.
I jak? spytałam ponuro.
Fajny facet, wcale nie żaden karaluch z prowincji. Typowo warszawski roześmiała się i poszła pod prysznic.
Mama zaczęła regularnie chodzić na randki: była w teatrze, na stand-upie, na koncercie jazzowym, dostała się do klubu czytelniczego, klubu herbacianego i przypisała się do nowej przychodni. Po pół roku zrobiła kursy dokształcające i nauczyła się gotować wymyślne potrawy.
Ja też nie próżnowałam. Nie zamierzałam do końca życia siedzieć matce na szyi, więc próbowałam pracować w modnych firmach. Niestety każda oferta okazywała się poza moim zasięgiem. Znajomi się wykruszyli, ci, którzy wcześniej fundowali mi kawę, nie chcieli już wydawać na mnie złotówki. W końcu zostałam baristką, a potem barmanką na nocnych zmianach.
Rutyna mnie wykańczała cienie pod oczami, brak czasu i energii, a życie osobiste się sypało. W barze jacyś podpici faceci coś mi gadali, ale żaden nie przypominał nawet z daleka czystej miłości. W końcu miałam tego wszystkiego dość.
Mamo, miałaś rację, nie ma tu czego szukać. Przepraszam, że cię tu przywiozłam, wracajmy ogłosiłam zaraz po kolejnej wykańczającej zmianie.
Że co? Gdzie wracamy? spytała, pakując w tym czasie walizkę.
No, do domu! Do naszych rachunków z poprawnym nazwiskiem, do naszej przychodni. Ty od początku miałaś rację.
Już się tu przypisałam. Ja nie zamierzam wracać powiedziała i spojrzała mi prosto w zapłakane oczy.
A ja nie! Ja chcę do domu! Mam tu już dość: idiotyczne metro, kawa po cenie schabu, wszędzie nadęte twarze. Tam mam znajomych, własne łóżko, a tu nic mnie nie trzyma. Zresztą sama się pakujesz
Ja się wyprowadzam do Zenka powiedziała nagle mama.
Jak to, do Zenka? Przenosisz się do niego?
Myślę, że sobie już radzisz. Płać czynsz, masz pracę. Jagna, robię ci prezent! Jesteś dorosła, piękna, pracujesz, żyjesz w stolicy. Możliwości ci się tutaj leją z kranu powiedziała bez cienia ironii. Jestem ci mega wdzięczna, że mnie wyciągnęłaś z tego bagna. Dzięki tobie znów czuję, że żyję. Mama ucałowała mnie w oba policzki, a ja nie umiałam się cieszyć.
Mamo, a co ze mną? Kto się mną zajmie? nie kryjąc łez, zapytałam.
Ubezpieczenie, stała pensja, Internet i może trafi się jakiś karaluch zacytowała mnie z wcześniej.
Czyli zostawiasz mnie? Po prostu tak?
Nie zostawiam! Obiecałaś bez histerii, pamiętasz?
Pamiętam Daj mi klucze.
Są w torebce. Mam do ciebie tylko jedną prośbę.
Jaką?
Babcia też chce się przeprowadzić. Wszystko już z nią omówiłam. Idź, pomóż jej się spakować.
Babcia tu się sprowadza?!
Tak, po moich opowieściach o lepszym życiu, karaluchach i prowincji, sama się zdecydowała. Akurat na poczcie szukają kogoś, a jak wiesz, twoja babcia potrafiłaby wysłać list bez znaczka na drugi koniec świata i na pewno by doszedł. Niech i ona zaryzykuje, póki jej botwina jeszcze nie więdnie…



