Domofon nie tyle zadzwonił, co zawył, domagając się uwagi. Spojrzałem na zegarek: siódma rano, sobota. Mój jedyny dzień na odespanie po zamknięciu kwartalnego raportu, marzyłem tylko o ciszy i świętym spokoju, nie o wizytach. Na ekranie pojawiła się twarz szwagierki. Świetlana, siostra mojej żony, wyglądała, jakby szykowała się na szturm Sejmu, a za jej plecami majaczyły trzy dziecięce głowy w różnym stopniu rozczochrania.
Aniu! wrzasnąłem do żony przez drzwi sypialni, bez podwyższania słuchawki domofonu. Twoja familia. Radź sobie.
Żona wytoczyła się z sypialni, naciągając na siebie sweter na lewą stronę. Kiedy słyszała taki ton z mojej strony, wiedziała już, że moja cierpliwość wobec jej rodziny właśnie się wyczerpała. W tym czasie ona już opanowywała sytuację przez domofon, a ja stałem w przedpokoju z założonymi na piersi rękami. To moje mieszkanie moje zasady. Tę trzypokojową kawalerkę na Śródmieściu kupiłem dwa lata przed ślubem, spłacając kredyt własną pracą. Nie miałem najmniejszej ochoty widzieć tutaj obcych.
Drzwi się rozwarły i wpadł tabun. Świetlana, objuczona torbami, nawet się ze mną nie przywitała. Przepchnęła mnie biodrem, jakby byłem meblem.
Dzięki Bogu, udało się dojechać! westchnęła, zrzucając bagaże prosto na włoski gres. Aniu, na co czekasz w progu? Czajnik nastaw, dzieci są głodne po podróży.
Świetlana mój głos był spokojny, lecz żona zgarbiła ramiona, jakby przewidywała katastrofę. Co się dzieje?
To Ania ci nie powiedziała? Wybałuszyła oczy, włączając tryb święta naiwność. Remont mamy! Generalny! Rury zmieniamy, podłogi, syf i kurz taki, że się żyć nie da. Potrzebujemy tylko tygodnia u was. Przecież w tym waszym pałacu i tak aż za dużo miejsca.
Rzuciłem wymowne spojrzenie żonie. Ta ostentacyjnie udawała zainteresowanie lampą w przedpokoju, pewna własnej porażki.
Aniu?
Wiesz, to tylko na chwilę… bąknęła. Przecież to moja siostra…
Tydzień powtórzyłem zimno. Siedem dni. Jedzenie kupujecie we własnym zakresie. Dzieci nie ganiają po domu, nie dotykają ścian i nie wchodzą do mojego gabinetu. I ma być cisza po dziesiątej.
Świetlana prychnęła i wywróciła oczami:
Ale z ciebie smutas, Radek. Kontroler z więzienia. Dobra, gdzie mamy spać? Mam nadzieję, nie na podłodze?
Tak zaczął się koszmar.
Tydzień zamienił się w dwa, potem w trzy. Moje mieszkanie, które remontowałem z architektem wnętrz i pielęgnowałem jak świątynię, zaczęło przypominać chlew. W korytarzu sterta niezliczonej, obłoconej dziecięcej obuwia. W kuchni ciągły chaos: tłuste plamy na blacie, okruchy, lepkie zacieki z soku. Świetlana zachowywała się jak pani na włościach, która pozwoliła łaskawie zamieszkać służbie.
A co ty, Radek, pustosz masz w lodówce? oświadczyła raz wieczorem, przetrząsając moje zapasy. Dzieci potrzebują jogurtów, a i my z Anią chętnie pola byśmy zjedli. Przecież zarabiasz porządnie, mógłbyś zadbać o rodzinę.
Masz kartę, masz sklepy nawet nie odwróciłem się od komputera. Idź sobie, dostawa działa całą dobę.
Sknera burknęła, trzaskając lodówką tak, że aż słoiki zadźwięczały. Do grobu nic nie weźmiesz, pamiętaj.
Ale to nie był jeszcze moment krytyczny. Wszystko przelała czara, gdy wróciłem wcześniej z pracy i zastałem bratanicę i bratanka w mojej sypialni. Starszy skakał po moim nowiutkim materacu ortopedycznym, który kosztował majątek, a młodsza… Młodsza tworzyła artystyczne graffiti na ścianie. Moją szminką Givenchy. Limitowana edycja.
Wynocha! ryknąłem tak, że dzieci zwiały jak z procy.
Na hałas przybiegła Świetlana. Zobaczywszy upaćkane ściany i zgniecioną szminkę, wzruszyła tylko ramionami:
Daj spokój, to tylko dzieci. Przecież ślad się zmyje. A ta twoja szminka… kupisz sobie nową. A, i jeszcze remont się przedłuża, ekipa pijana, więc zostaniemy do lata. Dwóm osobom i tak nudno z nami weselej!
Żona stała obok, milcząc jak trusia. Wpadłem do łazienki, żeby nie zrobić czegoś, czego bym potem żałował.
Wieczorem Świetlana poszła pod prysznic, zostawiając swój telefon w kuchni. Ekran rozświetlił się dużym powiadomieniem. Nie czytam cudzych wiadomości, ale tu treść wyskoczyła na cały ekran wiadomość od Marzena Najem:
Świetlana, pieniądze za następny miesiąc przesłałam. Najemcy zadowoleni, pytają, czy mogą zostać do sierpnia?
Zaraz kolejne powiadomienie z banku: Wpływ na konto: +7000 zł.
Wszystko stało się jasne. Remont to ściema. Sprytna przybłęda wynajęła swoje mieszkanie na miesiące, a sama uplasowała się u mnie na koszt mojego komfortu. Oszczędność na rachunkach i jedzeniu plus zysk z najmu cwany biznesplan. Oczywiście, wyłącznie moim kosztem.
Wyjąłem więc komórkę i zrobiłem zdjęcie ekranu. Ręka mi nie drgnęła. Czułem chłodny spokój.
Anka, chodź na chwilę do kuchni zawołałem żonę.
Pokazałem jej zdjęcie. Przejrzała je, poczerwieniała, potem zbladła.
Może to jakaś pomyłka?
Pomyłką było to, że jeszcze ich nie wyrzuciliśmy spokojnie odparłem. Masz wybór: albo ich nie ma tu jutro do południa, albo nie ma tu również ciebie. W komplecie z całą twoją familią.
Ale gdzie oni pójdą?
Wszystko mi jedno. Choćby pod Most Poniatowskiego, choćby do hotelu Bristol, jeśli im starczy.
Następnego ranka Świetlana, jakby nigdy nic, oznajmiła, że idzie do Złotych Tarasów obejrzeć śliczne kozaczki (ciekawe, za czyje pieniądze). Dzieci, oczywiście, zostawiła żonie, która wzięła urlop.
Poczekałem, aż zamkną się za nią drzwi.
Anka, weź dzieciaki i idźcie na długi spacer do Łazienek.
Po co?
Bo tu teraz przeprowadzamy dezynfekcję od pasożytów.
Jak tylko opuścili mieszkanie, zadzwoniłem po ślusarza do wymiany zamków oraz do dzielnicowego.
Gościnność się skończyła, zaczął się porządek.
Może to pomyłka? chodziło mi po głowie, gdy obserwowałem, jak ślusarz wymienia zamek.
Zero pomyłek. Tylko konsekwencje.
Ślusarz, krzepki facet z tatuażem na przedramieniu, uwinął się raz dwa.
Solidne drzwi pochwalił. A ten zamek teraz bez przecinarki nikt się nie dostanie.
O to chodziło odparłem. Potrzebuję bezpieczeństwa.
Przelałem mu na konto tyle, ile kosztuje kolacja dla dwojga w dobrej restauracji, lecz za spokój płaciłbym jeszcze więcej.
Nabrałem powietrza i, bez cienia sentymentu, zacząłem pakować ich rzeczy do czarnych, mocnych worków bielizna Świetlany, rajstopy, dziecięce zabawki. Wszystko. Jej kosmetyki z półki w łazience zmiotłem jednym ruchem.
Po czterdziestu minutach na klatce urosła góra z pięciu pełnych worków. Obok dwa walizki.
W windzie pojawił się dzielnicowy, młody, zmęczony policjant. W ręku trzymałem kwity własnościowe i dowód.
Dzień dobry, aspirancie podałem papiery. Mieszkanie jest moje, zameldowany wyłącznie ja. Zaraz będą nachodzić osoby, którym nie przysługuje tu żadne prawo pobytu. Proszę odnotować próbę nielegalnego wtargnięcia.
Przejrzał papiery.
Rodzina?
Była uśmiechnąłem się. Spór o majątek przeszedł w fazę chorobliwą.
Godzinę później wróciła Świetlana. Zadowolona z nowych zakupów z Vitkaca, mina zrzedła, gdy zobaczyła górę worków i mnie z policjantem w drzwiach.
Co to ma znaczyć? pisnęła. Radek, oszalałeś? To moje rzeczy!
Właśnie skrzyżowałem ręce. Twoje. Zabieraj je i znikaj. Hotel zamknięty.
Rzuciła się do drzwi, ale drogę zastawił jej dzielnicowy.
Proszę pani, zameldowania nie ma. Tu pani nie mieszka.
Ale… to rodzina! Jesteśmy tylko w gościach! spojrzała na mnie, czerwona ze złości. Co ty wyprawiasz, gnoju? Gdzie Anka? Zaraz jej powiem i zobaczysz!
Dzwoń, śmiało. Teraz ona tłumaczy dzieciom, czemu ich mama jest taka zaradna.
Wybrała numer, sygnał, odrzut, znowu sygnał. Żona chyba w końcu przestała być uległa. Albo przestraszyła się, co ją czeka po rozwodzie, bo z mieszkania nic jej się nie należało.
Nie masz prawa! wrzasnęła Świetlana, zrzucając torby na podłogę, z jednej wypadło pudełko nowych butów. Mamy remont! Gdzie mam pójść z dziećmi?!
Nie kłam zrobiłem krok w przód, patrząc jej prosto w oczy. Przekaż pozdrowienia Marzenie. I zapytaj, czy najemcy przedłużą umowę na sierpień. Albo będziesz musiała ich wykurzyć.
Stanęła jak wryta, odebrało jej mowę.
Skąd…
Telefon powinnaś blokować, bizneswoman z Allegro. Miesiąc żyłaś na mój koszt, psułaś mieszkanie, a swoją kawalerkę podnajęłaś, żeby uzbierać na samochód? Brawo. Jesteś przedsiębiorcza. Teraz słuchaj: pakujesz te worki i znikasz. Jeszcze raz zobaczę ciebie lub twoje dzieci w okolicy piszę donos do skarbówki. Najem bez umowy, unikanie podatków na pewno się zainteresują. A może i zgłoszę kradzież. Zniknęła mi złota obrączka wiem, gdzie ją znajdą. W jednym z worków podczas przeszukania.
Obrączka oczywiście leżała w sejfie, lecz ona o tym nie wiedziała. Zrobiła się siwa na twarzy.
Jesteś świnią, Radek przemknęła przez zęby. Bóg cię osądzi.
Bóg jest zajęty odparłem. Za to ja już mam wolny czas. I wolne mieszkanie.
Pakowała rzeczy, szukając trzęsącymi się dłońmi taksówki. Policjant ziewał znudzony cieszył się, że nie musi pisać protokołu.
Kiedy winda zabrała ją z bagażem i roztrzaskanymi planami, zwróciłem się do policjanta:
Dzięki za interwencję.
Do usług. Radzę po prostu montować dobre zamki.
Wszedłem do mieszkania i przekręciłem nowy zamek. Dźwięk był satysfakcjonujący, pewny. Zapach chloru świadczył, że ekipa sprzątająca skończyła już kuchnię i zajmuje się sypialnią.
Żona wróciła po dwóch godzinach. Sama. Dzieci oddała Świetlanie, która ładowała rzeczy do taksówki. Weszła ostrożnie, jakby spodziewała się pułapki.
Radek… ona pojechała.
Wiem.
Ale narzekała, co ja jestem za potwór…
Nie dbam o to, co szczur wyje, gdy opuszcza okręt.
Siedziałem w kuchni, piłem świeżo zaparzoną kawę z ulubionego, całego kubka. Na ścianie nie było już żadnych napaskudzonych szminką rysunków wszystko wyczyszczone. W lodówce tylko moje produkty.
Wiedziałaś o najmie? zapytałem bez patrzenia na nią.
Nie! Na Boga, Radek! Gdybym wiedziała…
Gdybyś wiedziała, i tak byś się nie odezwała stwierdziłem. Posłuchaj uważnie, Anka. To ostatni raz. Jeszcze jedna podobna akcja z twoją rodziną i twoje walizki wylądują obok ich worków. Zrozumiano?
Pokiwała energicznie głową, wyraźnie przestraszona. Wiedziała, że nie żartuję.
Wziąłem łyk kawy.
Była idealna.
Gorąca, mocna i, co najważniejsze, pita w doskonałej ciszy mojego własnego mieszkania.
Korona nie uwiera. Pasuje jak ulał.



