Pierwsza wizyta u teściów na wsi: historia poznania rodziny mojego męża, opowieści przy stole, domowa gościnność i humor wiejskiej chaty

Razem z mężem przyjeżdżamy właśnie do wsi po raz pierwszy odwiedzić jego rodziców. Mama Michała wychodzi na ganek, opiera się pod boki jak prawdziwa wiejska gospodyni i od razu woła:
Matko kochana, Michaś! Czemuś nie uprzedził?… Widzę, że nie sam przyjechałeś!
Michał obejmuje mnie stanowczo i przyciąga mocno:
Poznaj, mamo to moja żona, Jagoda.
Ta góra, opasana falbaniastym fartuchem, z rozłożonymi rękami, rusza w moją stronę:
No, witaj, synowo droga!
I po wiejsku trzy razy całuje mnie w policzek.
Od Anny, bo tak ma na imię teściowa, czuć wyraźnie zapach czosnku i świeżego chleba.
Przygarnia mnie do siebie tak mocno, że aż się przelękłam moja głowa ląduje pomiędzy dwoma porządnie upieczonymi domowymi bułkami jej piersiami.
Teściowa nagle odsuwa mnie, patrzy uważnie od stóp do głów i pyta:
Michałku, gdzieżeś taką dzierlatkę znalazł?
Michał chichocze krótko:
Wiadomo gdzie w mieście! W bibliotece… A tata jest w domu?
U Haliny z piecem się babra… No, chodźcie do środka, buty zdejmijcie podłogi dopiero co myłam.
Na podwórku przyglądają nam się uważnie dzieciaki sąsiadów z rozdziawionymi buziami.
Franek, leć do Zofii i powiedz Stanisławowi syn z żoną przyjechał!
Już lecę! odpowiada chłopiec i znika.
Wchodzimy do izby.
Michał zdejmuje ze mnie modne, chociaż z wyprzedaży, płaszczyko i wiesza przy piecu.
Potem przykłada moje czerwone od zimna dłonie do ciepłego kafla i mówi z czułością:
Tyś moja gospodyni! Jeszcze cieplutka…
Od razu z kuchni słychać stukot żeliwnych garnków, trzask glinianych kubków i dźwięk szklanek oraz łyżeczek.
Podczas gdy teściowa rozkłada na stole, ja z ciekawością rozglądam się po typowej wiejskiej chałupie.
W rogu wiszą święte obrazki, na oknach białe firanki z haftem, na podłodze i stołkach własnoręcznie tkane chodniki. Przy piecu, odwrócony do nas tyłem, drzemię rudy kot.
W zeszłym tygodniu się pobraliśmy słyszę głos Michała jakby z oddali.
Nie mogę się nadziwić, jak szybko stół zapełnił się potrawami!
Pośrodku, na wielkim talerzu, galareta z nóżek. Obok kiszona kapusta, ogórki, mleko prosto z pieca z brązową kożuchą, placek na cieście drożdżowym z jajkiem i cebulką…
O rany, jakżem zgłodniała!
Mamusiu, już wystarczy! Tu żarcia na tydzień mruczy Michał, gryząc wielką pajdę domowego chleba.
Mama stawia obok galarety zaparowane ćwiartkę i zadowolona wyciera ręce o fartuch:
No, teraz wszystko gotowe!
W ten sposób poznaję Annę, mamę Michała.
Ona i syn są do siebie podobni jak dwie krople wody oboje czarni, z rumieńcem na policzku. Michał cichy, zgodny, a teściowa jak burza letnia nieoczekiwana i głośna.
Myślę, że niejednego upartego konia poskromiła i niejedną płonącą stodołę uratowała…
Nagle na ganku trzaska głośno drzwi.
Do kuchni, wpuszczając za sobą zimne powietrze, wchodzi niewysoki człowiek.
Ten facet wielkości kciuka z zachwytem klaszcze w dłonie:
No proszę, święta racja!
Nie zdejmując palta przesiąkniętego dymem i okopconego sadzą, przytula syna.
Siema, tato!
Najpierw ręce umyj, potem się witasz! strofuje Anna.
Teść ściska moją dłoń:
Witam, panienko!
Stanisław ma wesołe, niebieskie oczy z łobuzerskim błyskiem, rzadką rudą bródkę i tak samo rude, skręcone włosy.
Anka, nalej mi też kapuśniaku! woła, brzękając przy umywalce.
Wznosimy szklanki:
Na zdrowie, kochani!
Po jedzeniu i kilku kieliszkach nabieram odwagi:
Panie Stanisławie, czemuż to u Was wszyscy Stanisławowie?
Ano, Jagódko! Mój dziad, ojciec, ja wszyscy piekarze z dziada pradziada!
Tylko Michał jeden tokarką chciał być.
Tato, tokarki też Polsce potrzebne!
A piec, dziewuszko, łatwo się stawia?
Ot, nie tak prosto powiada teść, unosząc palec. Żeby piec był ładny, nie kopcił i żeby chleb piekł wyborny. Nie patrz, że wyglądam na cherlaka! Rude, to twardy lud, przez słońce całowany!
Staszek nasz złota rączka! chwali się teściowa.
Tata, opowiedz coś ciekawego, posłuchamy…
Teść wzdycha, głaszcze bródkę, spogląda filuternie:
Dobra, chcecie, to posłuchajcie! Pierwsza historyjka…
Latem raz na sianokosy pojechaliśmy. Mieliśmy wtedy Czerwonkę pamiętasz, Anka? Krowa jak tona mleka na nogach. Zebraliśmy się całą gromadą kobity, chłopy i my z Anną.
Słońce ledwo zza boru wyszło, a my już kosimy żżżyk-żżżyk, żżżyk-żżżyk…
Upał taki, że muchy szalały!
A tego roku, jak pamiętam, dzików w lasach nalazło się bez liku!
No i przyszła pora obiadu z nas już pot ścieka, każdy ledwo stoi.
Oj, głupol, takie rzeczy wspominać! Jagodzie pewnie nudno…
Nie, nie, bardzo ciekawe!
No więc, patrzę na ludzi i myślę trzeba ich rozruszać. Chyba od gorąca taki pomysł mi się urodził…
Odkładam kosę, biegnę przez łąkę i krzyczę: Panowie, uciekajcie! Dziki lecą!
I jak nie wskoczę na drzewo! Patrzę wszyscy rzucili robotę i też się wspinają.
Ha-ha! I co dalej?
Potem chłopy i baby chcieli mi łopatą przystuknąć! Ale robota poszła im szybciej.
Anna nie wytrzymała i walnęła męża ścierką:
A to łobuz rudzielec!
Tato, lepiej opowiedz o prawdziwych dzikach.
Mogę i o prawdziwych. To było tak…
Byliśmy z Anną jeszcze młodzi, Michaś nawet nie był w planach.
Byłem wtedy zapalonym myśliwym, ale potem przestałem polować.
Wtedy spadł śnieżek, a ja mówię do Anki: Idę na polowanie.
Idź odpowiada.
Wziąłem flintę, poszedłem w las. Łaziłem długo nic. Już wracałem, aż tu słyszę dziki. Podszedłem bliżej, strzeliłem, a tu pudło! Sekacz jak ruszy! Uciekam, wskoczyłem na drzewo sam nie wiem jak.
Pewnieś się ze strachu prawie przekręcił! wtrąca teściowa.
Nie przerywaj… Siedzę na drzewie, myślę przejdzie stado, to zejdę. A gdzie tam! Sekacz zaczął ryć pod drzewem, w końcu poległ pod nim ze stadem.
Ale jak potem?
Tak, Jagódko! Przesiedziałem całą noc przytulony do drzewa. Na szczęście nie było bardzo mroźno.
A ja Michała szukałam, oczu wypłakałam! Gdy zrobiło się jasno, zebrałam chłopów i ruszyłam do lasu. Wołaliśmy i w końcu znaleźliśmy. Do domu taszczyliśmy go na barana, aż przestało go trzymać.
Tyś nie kobieta, a żywe zdrowie!
Eh, daj spokój… Jagoda, herbaty?
Bardzo chętnie, dziękuję.
Anna nalewa do kubków pachnącej herbaty z ziołami i domowym miodem.
Stachu, powiedz jeszcze, jak moją siostrę wyleczyłeś.
Teść parska, śmieje się tak, że prawie się krztusi:
Raz przysłała siostra Anki telegram: Przyjadę do was. Ucieszyliśmy się, powitaliśmy jak trzeba… Taka, wyobraźcie sobie, siedzi nad obiadem i narzeka: Nogi bolą, nie chodzę…
Pytamy: Co się dzieje?
Nie wiem… Do lekarza by trzeba, ale nie mam czasu.
A pszczołami próbowałaś się leczyć? pytamy.
Gdzie tam w mieście pszczoły! mówi.
Chodź, Janka, pokażę ci ule zaraz cię wyleczę!
Lekarz z niego jak z koziej… rechocze Anna.
No i zabrałem Jankę do pasieki. Mówię: podwiń kieckę… No, nie za bardzo, do kolan. Na każdą nogę po pszczole przytuliłem.
Janka podziękowała, ale po pół godzinie wymyślała jak szewc! Okazało się, że ma alergię, nogi jej spuchły jak banie nie do chodzenia!
I kto tu doktor!
Skąd miałem wiedzieć! Ty też nie wiedziałaś… Jagoda, jedz miód, tylko Ty nie masz alergii?
Nie, panie Stanisławie!
No, to zdrowie!
Kończymy herbatę.
Za oknem ciemno, czuję, że ogarnia mnie zmęczenie.
Teściowa zaciąga zasłonki:
Michałku, gdzie wam pościelić?
Mamo, możemy na piecu?… Co myślisz, Jagodo, na piecu spać?
Z przyjemnością!
Już się robi… Tata własnymi rękami postawił naszą karmicielkę, cegiełka po cegiełce chwali się teściowa.
Stanisław patrzy z dumą.
A dumać ma z czego piec grzeje, karmi i wszystkich gromadzi naokoło.
Ogień w nim płonie jasno, życiodajny!
Dziękujemy gospodyni i wstajemy od stołu. Michał delikatnie podsadza mnie na piec.
Z półek, z ciemności, uderza mnie zapach długoletnich wspomnień: przypiekanej cegły, suszonych ziół, owczego runa, świeżego chleba.
Michał szybko zasypia, a mnie sen nie chce przyjść.
Co to? Ktoś obok mnie głośno oddycha:
Sss-puk, sss-puk…
Domowy duszek! To na pewno on! Gdzieś czytałam…
I przypomina mi się dziecięca wyliczanka:
Duszku domowy, niech cię nie strasznie!
Dopiero rano dowiedziałam się prawdy: to nie był żaden duszek, tylko rozczyn, który teściowa wsadziła do ciepłego miejsca i o nim zapomniała.
Jeszcze nie raz odwiedzimy gościnny dom rodziców Michała: posłuchać opowieści Stanisława, wygrzać się przy piecu i zjeść wiejskiego chleba.
Ale to już, moi kochani, innym razem!

Rate article
Fajna Tajna
Pierwsza wizyta u teściów na wsi: historia poznania rodziny mojego męża, opowieści przy stole, domowa gościnność i humor wiejskiej chaty