Ty mnie nigdy nie kochałaś. Bez miłości za mnie wyszłaś. Teraz mnie zostawisz, kiedy zachorowałem…
Nigdy! odpowiedziała Anna i objęła mnie mocno. Jesteś najlepszym mężczyzną. Przenigdy cię nie zostawię…
Trudno było mi w to uwierzyć. Nastroju do życia nie miałem w ogóle…
Anna była moją żoną od dwudziestu pięciu lat, a przez cały ten czas podobała się mężczyznom. Już jako młoda dziewczyna była niezwykle popularna.
Co tu dużo mówić w liceum prawie wszyscy chłopcy biegali za Anną. A nie była przecież typową pięknością.
Nie rozstała się ze mną, chociaż byłem postacią dość niejednoznaczną.
Nie, Anna była ze swoim pierwszym mężem, Adamem, aż do samego końca. Wychowali razem córkę, wydali ją za mąż. Maria poślubiła Radka, który wywiózł ją do Włoch. Przesyłali piękne zdjęcia i zapraszali w gości. Ale tak się z Adamem nie zebrali Anna może jeszcze pojedzie. Adam już nie.
Mój poprzednik Adam zginął w wypadku samochodowym. Bezsensownie… Potem znajoma lekarka Anny powiedziała, że prawdopodobnie poczuł się źle za kierownicą. Zawiodło serce, spanikował, stracił panowanie nad autem.
Może zemdlał? podsumowała Anna.
Już się nie dowiemy westchnęła Basia, lekarka. Oficjalnie powód: wielonarządowe obrażenia nie do pogodzenia z życiem.
Anna była wtedy w szoku. Pomagała jej w tym wszystkim przyjaciółka, Basia.
To ona dowiadywała się o wszystkich szczegółach swoimi kanałami. Chowali Adama, a Anna została sama w dużym domu, który razem budowali przez całe życie.
Dla dwojga ludzi był w sam raz, nawet wydawał się za mały, jak przyjeżdżali goście. Ale dla jednej kobiety był ogromny, a do tego już stawał się ciężarem.
Dom, to dom. Męska ręka w nim potrzebna…
Maria przyjechała pożegnać się z ojcem. Zaczęła rozmowę z matką o sprzedaży domu, kupnie mieszkania i ewentualnym przeprowadzce Anny do nich.
Nie! wybuchła Anna. Po to tyle lat ten dom budowałam, żeby teraz sprzedać? Do waszych Włoch wcale nie chcę. Widziałam już te Włochy…
Mamo!
Ty to zawsze swoje wiesz, Marysiu uśmiechnęła się Anna przez łzy. Żartuję tylko.
Skoro żartujesz, to nie jest tak źle.
Wszystko było dwuznaczne. Tak jak sam zmarły. Z jednej strony troskliwy i kochający mąż.
Z drugiej człowiek humorów. Bywało, że w złym nastroju potrafił Annie wytrzęść wszystkie nerwy. Potem przepraszał, skruszał, a Anna była na szczęście z tych, które nie trzymają urazy. I tak żyli dwadzieścia pięć lat! Zwariować można…
Maria pomieszkała chwilę i wróciła do Włoch jej mąż miał dużo pracy, a ona chciała czuwać nad domowym ogniskiem. Anna została sama.
Ale znała siebie wiedziała, że długo samotna nie będzie.
I tak się właśnie stało. Opłakiwała stratę pół roku, a kiedy otarła łzy, już wokół niej zebrała się mała drużyna adoratorów.
Zresztą, nawet matka Anny była kiedyś zdumiona popularnością córki:
Co oni widzą w tobie? Dosłownie ustawiają się w kolejce! Przecież wcale nie jesteś pięknością… czy może czegoś nie rozumiem?
Jesteś dobra, mamo odpowiadała Anna, poprawiając usta. Uroda nie znaczy nic. To tylko puste słowo. Kobieta powinna mieć czar, charyzmę, coś wyjątkowego.
Idź już, baw się, bo ci kawaler ucieknie śmiała się mama.
Przyjdzie inny Anna wzruszała ramionami.
Minęło prawie trzydzieści lat od tej rozmowy z matką, a nic się nie zmieniło. Kobiety narzekają, że po czterdziestce nie ma wolnych facetów.
Anna nie rozumiała tego problemu. Miała czterdzieści sześć lat i dwóch kandydatów do ręki i to porządnych!
Serce ciągnęło ją do Michała. Wysoki, przystojny, oczytany. Miła aparycja, ciekawy rozmówca, można się z nim pokazać w towarzystwie.
Tyle tylko, że Misiek był głównie mistrzem w gadaniu. Anna, można rzec, zakochała się w nim uszami, ale rozumiałem to nie jest chłop do życia, do dużego domu.
Drugim kandydatem był Janusz prosty, silny chłop. Na rodzinnej imprezie wypije litra, ale zawsze wszystko potrafi zrobić, naprawić, ogarnąć. Facet złota rączka, spokojny, ale z charakterem.
Dla żony byłby spokojny jak baranek, ale jak trzeba góry przeniesie. Anna mniej go lubiła, bo nie raczył jej aforyzmami. Trzeźwy był milczkiem, dopiero po kilku kieliszkach potrafił się otworzyć i rozbawić towarzystwo.
Faktycznie pić potrafił sporo, ale na drugi dzień już wstawał, lał na siebie zimną wodę i znowu żył pełnią życia. Nie mówił dużo, ale konkret. I jego wybrała Anna.
Michał się obraził za fiasko swych kwiecistych przemów i odsunął się.
Anna wyszła za Janusza, a on był po uszy szczęśliwy. Na weselu wypił, śpiewał i tańczył do upadłego.
Ty to masz szczęście, zażartowała Basia. Rok ledwo minął po śmierci Adama, a już drugi raz wychodzisz za mąż. Kobiety szukają chłopa z latarką, a Tobie wystarczy z domu wyjść.
Powiedz jeszcze, “Co oni w tobie widzą? Przecież wcale nie jesteś ładna!”
No już, nie będę tego mówić. Ale zawsze byłaś zbyt popularna i to fakt.
Nie wiem, Basia, co oni widzą. Pogadaj z moją mamą.
Anna mrugnęła do przyjaciółki i poszła zatańczyć z Januszem podszedł właśnie i poprosił ją na parkiet. Tańczyła, a myśli rozganiała ostatnie wątpliwości.
No i co z tego, że Janusz prosty? Ale silny, zaradny. Nawet przystojny. A że przeważnie milczy może i lepiej.
Gdyby wybrała Michała i co z tego? Z mądrych słów kaszy nie ugotujesz.
Po kilku miesiącach Janusz zmienił ogród wokół domu Anny w bajkowy sad. Wykarczował zbędne drzewa, wyrównał ziemię, zrobił rabatki, postawił altanę. W domu też widać było męską rękę.
Anna dokonała dobrego wyboru. Zdecydowanie.
Janusz też zarabiał nieźle, a wszystko, co zarobił, starał się wydać na Annę.
Kiedy porównała te kilka lat nowego małżeństwa z dwudziestoma pięcioma pierwszego, żałowała tylko tego, że nie spotkała Janusza wcześniej. Złoty chłop!
Latem wieczorami smażyli karkówkę na grillu i biesiadowali w altance Janusz własnoręcznie zrobił stół i ławy.
Anna, najadłszy się, uśmiechała się jak kot przy kominku. Janusz patrzył na nią z radością.
O co chodzi, Janusz?
Nic takiego. Jest mi dobrze.
Jego pierwsza żona była zrzędą. Już nie wierzył, że spotka taką cudowną kobietę jak Anna.
Cieszyli się swoim szczęściem cztery lata, aż tu nagle Janusz zaczął się gorzej czuć.
Błyskawicznie się męczył, chudł bez wyraźnej przyczyny. Po alkoholu w ogóle było z nim kiepsko, choć Janusz do kieliszka od święta lubił zajrzeć.
Janusz, musisz iść do lekarza! zaalarmowała Anna. Na co czekasz? Wygląda na poważną sprawę.
Przestań, Aniu, samo przejdzie!
Co ty, w średniowieczu żyjesz? A jak nie przejdzie? Tak jak prawie wszyscy faceci boisz się lekarzy?
Nie…
Janusz nie chciał powiedzieć Annie, czego tak naprawdę się boi. A bał się tylko tego, że jeśli to coś poważnego, to Anna go zostawi. Kto by chciał żyć z chorym facetem?
Nie był głupi. Dobrze wiedział, że Anna wyszła za niego z praktycznych względów, nie z wielkiej miłości. Ale on ją kochał! Wbrew wszystkiemu.
Zakochał się od razu, kiedy zobaczył ją zdenerwowaną, szukającą portfela w torbie na stoisku mięsnym. Była w tej rozkojarzonej kobiecie jakaś dziwna czułość.
Chciał podejść, ochronić, otoczyć opieką na całe życie. Nawet mama Janusza spojrzała na jego wybrankę i powiedziała:
Synu, żyj jak chcesz. Ale, co ty w niej znalazłeś? Nie jest piękna, nie najmłodsza, a ty jeszcze całkiem nieźle się trzymasz. Każda młoda by ci się rzuciła na szyję!
Ale Janusz nie chciał nikogo innego, tylko Annę. A teraz, jak naprawdę byłby chory, to czy Anna jeszcze go potrzebuje?
Nie dała się namówić do wizyty u lekarza. Była sobota. Gościli u nich Basia z mężem, Grzegorzem. Janusz z Grześkiem pili piwo i piekli karkówkę. W kuchni Basia zagadnęła Annę:
Janusz chyba choruje, co?
No właśnie nie wiem! jęknęła Anna. Błagam, żeby poszedł do lekarza. Nic z tego! Ty jesteś lekarzem, co powiesz? Nie jest dobrze, prawda?
Hmm… wygląda gorzej. Schudł. A skóra jakby żółtawa.
O matko! Basiu, przekonaj go do lekarza! Może ciebie posłucha…
Basia spojrzała uważnie na przyjaciółkę.
Aniu… kochasz go? Pamiętam, jak się wahałaś…
Anna ugryzła się w język i nie odpowiedziała.
Basia nie zdążyła przekonać Janusza zasłabł przy stole. Wezwano pogotowie. Anna pojechała z nim do szpitala. Była przy nim, trzymała go za rękę i modliła się.
Janusza natychmiast operowano.
Guz wątroby.
Rak?! przestraszyła się Anna.
Czekamy na wyniki badań.
Na szczęście okazało się, że guz był łagodny, ale już sporych rozmiarów.
Lekarze zabronili Januszowi praktycznie wszystkiego, ostrzegli, że czeka go długa rekonwalescencja. Nie wiadomo, czy do końca wróci do zdrowia wiek już nie ten.
Janusz kompletnie się załamał. Mama odwiedziła go w szpitalu.
Anna była w pracy, matka przyszła rano, przyniosła mu jedzenie, które mógł jeść lista była krótka.
Synku, nie poznaję cię! powiedziała pani Jadwiga. Przeżyłeś, Raka nie ma. Ciesz się, a ty leżysz tutaj taki ponury. Jedz te kotleciki na parze.
Nie chce mi się jeść.
A musisz! O co chodzi? Anna przychodzi?
Przychodzi… na razie.
Boisz się, że cię zostawi? Wtedy to ona głupio zrobi.
No bo co ze mnie za facet? Już nic nie mogę, nawet pracować nie wolno, nic mi nie wolno. Dopiero w czerwcu mam pięćdziesiątkę, a już inwalida. Komu potrzebny inwalida?
Co tu się dzieje? zdziwiła się Anna wchodząc. Na całe oddział słychać wasze krzyki. Dzień dobry, pani Jadwigo!
Idę już, zostawię was. Miłego dnia, Anno, cześć synku.
Co się stało?
Jadwiga machnęła ręką i wyszła. Anna umyła ręce i usiadła koło swojego nieszczęsnego męża.
No, czemu taki ponury, inwalido? Ręce-nogi masz. Reszta się wyleczy. Przeczytałam o wątrobie wiesz, co piszą?
Co?
Wątroba to jedyny organ, który sam się regeneruje. Jeśli zostanie chociaż 51 procent, to całość się odtworzy. A tobie aż 60 procent zostało. Daj jej czas. Będzie dobrze!
A mam ten czas?
Co? zdziwiła się Anna.
Czas.
Janusz, o co chodzi? Coś ci ukryli lekarze, czy mi nie mówisz wszystkiego?
Nie, nie o to…
Janusza w końcu wypisali. Zaczął się najgorszy okres jego życia. Przy każdym wysiłku fizycznym natychmiast się męczył. To bolało najbardziej.
A na horyzoncie zbliżały się urodziny sam pomysł radował tylko Annę, nie jego. Niczego nie mógł zjeść, wypić trunku też nie wolno. Dobrze, że chociaż herbata została…
Anna jakby nie zauważała, że Janusz szybko się męczy, i jadła z nim dietetyczne potrawy z zapałem.
Aniu… odważył się wreszcie. Co będzie z nami?
W jakim sensie?
No, powoli zdrowieję. Zostawisz mnie, prawda? Lepiej powiedz od razu.
Skąd ten pomysł? Dobrze mi z tobą.
Ale wtedy jak byłem zdrowy i pracowałem. Teraz co masz z tego? Nawet ja sam ze sobą źle się czuję.
Daj spokój. Otrząśnij się!
Staram się! Ale co to za życie? Dwa razy uderzę młotkiem i już padam ze zmęczenia.
Anna podeszła, objęła mnie od tyłu. Przytuliła policzek do mojej szyi.
Kocham cię. I nigdy cię nie zostawię. Nie spiesz się z rekonwalescencją. Daj czas, wszystko się ułoży.
Kochasz? Naprawdę?
Naprawdę.
Anna mnie nie zostawiła. Powoli, ale wracam do siebie.
Urodziny zorganizowała bez alkoholu, żebym nie cierpiał przy stole jedyny trzeźwy.
Przyszło kilku znajomych, posiedzieliśmy w altance, pograliśmy w planszówki.
Szczęściarz z ciebie, Janusz powiedzieli żegnając się.
Pewnie teraz pójdziecie opić moje zdrowie, co? zażartowałem.
Pośmiali się, rozeszli. Wieczorem siedziałem z Anną na schodach przed domem. Patrzyliśmy na gwiazdy. Byłem szczęśliwy. Pierwszy raz od miesięcy naprawdę poczułem się lepiej.
Uwierzyłem, że wracam do zdrowia. Że żona naprawdę mnie nie zostawi. Objąłem Annę mocniej.
Co jest, Janusz?
Wszystko dobrze! powiedziałem.
No, wreszcie mruknęła i dała mi buzi w policzek.
Byliśmy szczęśliwi…
Dziś wiem, że w życiu nic nie jest pewne i lepiej nie odkładać swojego szczęścia na później. Warto ufać i doceniać tych, którzy przy nas trwają nie z powodu pięknych słów, lecz czynów i serca.



