W POSZUKIWANIU KOCHANKI — Waria, co ty wyprawiasz? — zdziwił się mąż, gdy żona podała mu szorty i koszulkę. — Nic. Jak będziesz dalej tak spał, to wszystkie kochanki ci sprzątną sprzed nosa! — żona zrzuciła kołdrę, a gęsia skórka od razu zaatakowała bezbronnego Romka, zmuszając go do zadrżenia. — O czym ty w ogóle mówisz? — Po tym, co wczoraj powiedziałeś, że to kwestia czasu, aż znajdziesz sobie kochankę, podjęłam decyzję. Czas nadszedł, Romek. Jest wpół do szóstej, wstawaj i ruszaj na grzeszny front. — Ale to był żart! Pokłóciliśmy się przecież, zapomniałaś? Przepraszam, nie miałem racji. — Nie, nie, dobrze mówiłeś. To ja zawaliłam. Zaniedbałam nasz ogień namiętności. Całą benzynę zużyłam na siebie jedną, a teraz zostały tylko popioły, w których nawet ziemniak by się nie upiekł. Poprawiam się. Wstawaj. — Wywalasz mnie z domu? — Nie, zaganiam cię! Będziesz ćwiczył codziennie, aż zgubisz brzuch. Kochanka to nie żona, nie będzie cię trzymać przy sobie jak talizman Michelin. Wstawaj mówię! Romek już wiedział, że żona mu nie odpuści, więc posłusznie zsunął się z łóżka i z trudem założył szorty na rodzinne slipki, żeby odpokutować grzechy sportem. — Przypomnij mi, żebyśmy ci kupili kąpielówki. W takich gaciach to cię z łóżka kochanki sam wiatr wywieje. Po dziesięciu minutach biegania wokół domu, pod czujnym okiem „trenerki”, półżywy Romek ledwo doczołgał się do domu, zaczął pełzać w stronę łóżka, wczepiając się zębami w podłogę. — Gdzie to się czołgasz? — zatrzymała go żona. — Chcę umrzeć na łóżku, we śnie. — Umierać nie wolno, szukamy kochanki, a nie patologa sądowego. Heja pod prysznic, teraz będziesz się kąpał minimum dwa razy dziennie. Mnie nie oszczędzałeś, to chociaż innym ludziom nie funduj swoich zapachów. I zęby od teraz rano i wieczorem czyścić! — już za drzwiami. — I głowę dobrze umyj, dziś idziemy do studia fotograficznego. — Po co? — Zrobimy profesjonalne zdjęcie na portal randkowy. Sama cię nie sfotografuję, bo znam cię na wylot i na zdjęciu wyjdzie mi zawsze dźwigowy, król piwka i amator smażonych makaronów z masłem, a my potrzebujemy rasowego alfonsa. — Waria, może już dosyć? — Szkoda słów, zostaw sobie ten słownik dla uszu czułych panienek. Wybieramy kandydatkę! Tu Romek trochę odżył: lubił bezpiecznie pooglądać profile na portalach randkowych, a teraz mógł nawet oficjalnie, bez konsekwencji. Zaczął wskazywać palcem. — Może ta? — Śmiesz? Co z nią nie tak? — Waria, twoja kochanka powinna mnie zawstydzać sobą, nie ciebie. Popatrz, twój „Fiacik” przed sprzedażą lepiej wyglądał. Można by na nią karteczkę zawiesić: „Uwaga, grozi odpadaniem tynku”. — To ta? — To? Rany boskie, Romek, jak ja potem spojrzę znajomym w oczy, jak mój mąż będzie mnie zdradzał z „byle kim”? Zobacz tę – idealna! — Zwariowałaś? Nigdy mi nie odpowie… — Jezu… I co ja w tym nieśmiałym Pinokiu zobaczyłam? Czym mnie urzekłeś, że już piętnaście lat razem wytrzymaliśmy? — Poczuciem humoru? — zgadywał Romek. — Romek, bądźmy szczerzy: gdyby śmiech wydłużał życie, to przez twoje żarty byłabym wdową już w trakcie miesiąca miodowego. Daj spokój z szukaniem powodów, chodź, kupimy ci garnitur, a kochankę złowimy na powab żywej duszy. — Wystarczy, Waria, pogódźmy się już. — Ale gdzie tu widzisz kłótnię? Kochanka to oznaka sukcesu faceta, a żona faceta z kochanką to też status. Myślę, że na jednej nie poprzestaniemy! W centrum handlowym Waria zaprowadziła męża do najdroższego sklepu, gdzie po drodze rozebrali wszystkie manekiny. — Waria, te spodnie z marynarką kosztują jak komplet opon zimowych! — marudził Romek, gdy popychała go do przymierzalni. — Spokojnie, gumki też ci dokupimy – letnie czy zimowe, wybierzesz sobie z podwójną ochroną. Bukietów innych pań tu mieć nie zamierzam. — Waria!!! — Co „Waria”?! Bezpieczeństwo najważniejsze. Nie wybieramy hulajnogi, tylko przeciwprostokątną do naszego głupiego trójkąta. Szefowi już dzwoniłeś? — Po co? — dopytywał Romek, zakładając marynarkę. — Po kasę oczywiście! Na kochankę i żonę z jednej pensji nie utrzymasz. Ja tam, wiadomo, zjem zupkę w domu, a z kochanką to jak z betonem: kolacja, trzy lampki wina, pięć gwiazdek w hotelu – jak gdzieś się oszczędzi, fundament popłynie! Romek w końcu się wystroił i poprawił krawat. — Jak w dzień naszego ślubu — łza zakręciła się Warce w oku. — Pięknie panu w tym — potwierdziła pani z sąsiedniej przymierzalni. — Chce pani zabrać? On właśnie szuka kochanki. — Dziękuję, mam już trzech kochanków! — uśmiechnęła się bezczelnie. — Romek, takiej pod żadnym pozorem nie bierz — surowo pouczyła Waria — potrzebna nam sprawdzona jak karta z innego banku, gdzie można bezpiecznie przelać część środków. Idziemy do perfumerii, popsikamy cię i wolny jak ptak wylatujesz! Jeszcze godzinę krążyli po galerii, aż Waria pokiwała głową zadowolona. — Gotowy, Romek. Nawet bez zdjęcia. Idź i pamiętaj, czego cię nauczyłam: bądź śmiały, galant, pewny siebie jak przy sprzedaży „Fiacika”. Waria poszła gotować zupę, a Romek ruszył szukać kochanki, do której przez cały ten długi dzień był przygotowywany. Godzinę później w mieszkaniu Warii zadzwonił domofon. — Dzień dobry, czy mąż jest w domu? — głos był obcy, namiętny, od jednego słowa aż po plecach ciarki chodziły, nawet warczenie domofonu dodawało mu seksapilu. — Oj! — z wrażenia łyżka wypadła Warce z ręki. — Nie, do kochanki poszedł. — Może mnie pani wpuści? Chciałbym coś zaproponować. Od jego głosu Warcię od razu zalały rumieńce, potem przeszły w dreszcze. Już chciała sięgnąć po gripex, ale wcisnęła trzy razy domofon. Romek pojawił się na progu z ogromnym, czerwonym bukietem. Przez korytarzyk już robiło się gorąco. — Płakałaś? — zdumiony popatrzył na czerwone oczy żony. — Trochę. Chyba narobiłam bałaganu, ale już wiem, że drewno było potrzebne na ognisko. — To może jednak zgodzi się pani dziś na wspólny wieczór z miłym i interesującym rozmówcą? — w oczach Romka błyszczała dzika namiętność i zapewne 50 gramów koniaku, który wypił na odwagę. — Zapraszam do restauracji, gdzie opowiem cudowną historię waszego piękna. To będzie proza życia, ale pani się spodoba. — Ch-ch-chcę — wyjąkała Waria, wchodząc do gry. — Zdejmę tylko zupę z ognia i wytuszuję rzęsy. — Ja w tym czasie zamówię taksówkę — potaknął Romek. — Gdzie jedziemy? — Warce nie schodził uśmiech z twarzy. — Do restauracji pięć gwiazdek! — U nas w mieście nie ma takiej, są tylko pizzerie pięć serów. — No to tam! Dla mojej kochanki tylko najlepsze. — A żona nie będzie zazdrosna? — Postaramy się, żeby była — mrugnął Romek figlarnie.

W POSZUKIWANIU KOCHANKI

Marysia, co się dzieje? zdziwił się Tomek, widząc, jak żona podaje mu spodenki i koszulkę.
Nic się nie dzieje. Długo jeszcze będziesz leżał? Wszystkie kochanki się rozejdą, zanim ty się podniesiesz! odpowiedziała żona, ściągając z Tomka kołdrę. Dreszcz przeszedł po całym ciele Tomka, który zadrżał z zimna.
O czym ty w ogóle mówisz?
Po twoich wczorajszych słowach, że już niedługo znajdziesz sobie kochankę, postanowiłam działać. Czas nadszedł, Tomku. Jest wpół do szóstej: wstawaj, czas ruszać na miłosny front.
Ale ja tylko żartowałem! Przecież się pokłóciliśmy, już zapomniałaś? Przepraszam, nie miałem racji.
Nie nie nie, powiedziałeś samą prawdę. To ja zawiodłam. Zaniedbałam nasz ogień namiętności. Całe paliwo zużyłam na siebie. Teraz zostały tylko popioły nawet ziemniaka nie upiekłbyś w tym żarze. Naprawiam się. Wstawaj.
Wyrzucasz mnie z domu?
Mobilizuję cię! Teraz codziennie będziesz ćwiczyć, dopóki tłuszczu nie zrzucisz. Kochanka to nie żona nie będzie tolerować w swoim łóżku maskotki Michelin. Ruchy, Tomek!
Tomek widząc determinację żony, posłusznie zwlókł się z łóżka i, by odkupić swoje winy, z trudem naciągnął spodenki na bokserki.
Przypomnij mi, żebyśmy ci kupili kąpielówki. W tych bokserkach, boję się, że z łóżka powieje cię jak liść na wietrze.
Po dziesięciu minutach biegu wokół domu pod czujnym okiem trenerki, wykończony Tomek wrócił do domu, padł na podłogę i, trzymając się pazurami parkietu, próbował doczołgać się do łóżka.
A ty gdzie? zatrzymała go Marysia.
Chcę umrzeć w łóżku, najlepiej w śnie.
Umierać nie możesz! Szukamy kochanki, a nie patologa! Marsz pod prysznic. Teraz będziesz mył się dwa razy dziennie. Skoro mi nie żałowałeś, obcego przynajmniej nie strasz tymi naturalnymi aromatami. I zęby! Od dziś rano i wieczorem!
Głowę też dokładnie umyj dziś idziemy do studia fotograficznego.
Po co?
Zrobimy porządne zdjęcie na portal randkowy. Ja cię nie sfotografuję dobrze widzę w tobie wiecznie tego tragarza, piwnego króla i amatora smażonych kopytek z masłem, a tym razem musimy uwiecznić samca alfa.
Marysiu, nie przesadzasz?
Przestań tracić energię na gadanie, odłóż to na słodkie dziewczyńskie uszy. Wybieramy kandydatkę.
Tomek trochę się ożywił; czasem lubił bez konsekwencji pooglądać zdjęcia na portalach. Teraz mógł legalnie! Zaczął przeglądać profile.
Może ta?
Żartujesz chyba?
Co z nią nie tak?
Tomek, na widok twojej kochanki mam wstydzić się za siebie, a nie za ciebie. Oszlifuj swoje wybory. Twój stary maluch przed sprzedażą lepiej wyglądał. Na nią to można by karteczkę przykleić: Uwaga, możliwe odpadanie tynku.
To może ta?
To?! Chyba sobie kpisz. Jak później mam spojrzeć ludziom w oczy, gdybyś miał mnie zdradzić z takim, no czymś. Spójrz, tu jest dobra kandydatka!
Oszalałaś? Taka w życiu mi nie odpisze
O rany I co ja widziałam w tym twoim braku pewności siebie? Jak wytrwam z tobą już piętnaście lat?
Może poczuciem humoru? zażartował Tomek.
Tomku, szczerze: gdyby śmiech naprawdę wydłużał życie, to przez twoje żarty już na miesiącu miodowym byłabym wdową. Nie drążmy tematów, idziemy ci kupić porządny garnitur, a kochankę łowimy na żywo.
Marysiu, pogódźmy się już.
Przecież nie ma żadnej kłótni! Kochanka to symbol sukcesu prawdziwego Polaka. Żona takiego faceta to też prestiż. Skończmy na jednej? Nie, jedna to za mało.
W galerii handlowej Marysia zaprowadziła Tomka do najdroższego butiku i obdrapała z manekinów pół ekspozycji.
Marysia, te spodnie i marynarka kosztują tyle, co zestaw zimowych opon! jęczeli Tomek, gdy wciskano go do przymierzalni.
Spokojnie, opony też kupimy. Ale w aptece, jakie chcesz: letnie, zimowe, byle z podwójną ochroną! Nie chcę tu potem żądnych obcych wiązanek.
Marysia!!!
Bezpieczeństwo ponad wszystko. Przecież nie wybieramy hulajnogi, tylko przesyłkę specjalną do naszego trójkąta. Zadzwoniłeś już do szefa?
W jakiej sprawie? spytał zakładając marynarkę.
O premię oczywiście! Jak zamierzasz utrzymać dwie kobiety za jedną pensję? Ze mną jeszcze jakoś przeżyjesz barszcz i pierogi, ale z kochanką nie przejdzie. Tam obowiązuje przepis: raz kolacja, trzy kieliszki wina i pięć gwiazdek hotelu jak pójdziesz na skróty, beton ci pęknie.
Tomek ubrany i z poprawionym krawatem prezentował się jak za czasów ślubu.
Elegancik powiedziała ze łzami w oczach Marysia.
Dobrze panu w tym potwierdziła kobieta z przymierzalni obok.
Chciałaby pani zabrać go do siebie? Szukamy kochance kandydatki zażartowała Marysia.
Nie, dziękuję, mam już trzech! bezczelnie odparła tamta.
Tomku, absolutnie nie bierz takiej, nam trzeba wiernej jak karta z innego banku, bezpiecznie przelejesz środki. No, idziemy jeszcze po perfumy i możesz lecieć.
Chodzili po galerii godzinę, aż Marysia uznała męża za gotowego.
No, Tomek, jesteś gotów! Nawet bez zdjęcia. Idź i pamiętaj wszystko, co ci wpoiłam: bądź uparty, elegancki i pewny siebie jak przy sprzedaży naszego malucha.
Marysia wróciła do domu gotować barszcz, a Tomek poszedł na poszukiwanie kochanki, do których przygotowywała go przez cały ten długi dzień.
Po godzinie domofon zadzwonił w mieszkaniu Marysi.
Dzień dobry, śliczna pani. Czy mąż jest w domu? głos był nieznany, aksamitny, rozpalający serce, nawet chrypaty dźwięk głośnika dodawał mu uroku.
Ojej wymknęło jej się, gdy z wrażenia łyżka wypadła z rąk. Nie, mąż poszedł do kochanki.
Może pani mnie wpuści? Chciałbym coś zaproponować.
Od tonacji głosu zrobiło jej się gorąco, potem zimno; miała ochotę na polopirynę, ale rozmyśliła się i trzy razy nacisnęła klucz domofonu. Tomek pojawił się na progu po trzech minutach, ściskając okazały, czerwony bukiet. Delikatnie objął Marysię w talii. W ciasnym przedpokoju zrobiło się nagle duszno.
Płakałaś? zdziwił się Tomek widząc zaczerwienione oczy żony.
Troszkę. Uznałam, że narozrabiałam, ale teraz wiem, że te kawałki drewna były potrzebne do ogniska.
Czy zechciałaby pani spędzić ten wieczór z interesującym i uroczym rozmówcą? w oczach Tomka błyszczała iskra, a w oddechu unosiło się jeszcze pięćdziesiąt gramów żubrówki dla odwagi. Zapraszam do restauracji, poświęcę cały wieczór opowieściom o twojej wyjątkowości. To reportaż z życia, ale spodoba ci się.
C-ch-chcę wydusiła Marysia, wchodząc w grę. Tylko zdejmę barszcz z gazu i poprawię tusz.
A ja w tym czasie zadzwonię po taksówkę odpowiedział Tomek.
Dokąd jedziemy? uśmiech nie schodził z jej twarzy.
Do restauracji pięciogwiazdkowej!
Przecież w naszym mieście nawet pizzerii z pięcioma gwiazdkami nie ma, są tylko “Pięć Serów”.
To tam! Dla mojej kochanki tylko to, co najlepsze.
A żona nie będzie zazdrosna?
Postaramy się, żeby była odparł Tomek z przekornym mrugnięciem.

A morał z tej historii? Czasem warto popatrzeć na własne życie z przymrużeniem oka i, zamiast szukać czegoś nowego, odkryć na nowo to, co mamy najbliżej siebie. Najbardziej wartościowe są te chwile, które przeżywamy razem z odrobiną humoru, szczyptą dystansu i szczerym sercem.

Rate article
Fajna Tajna
W POSZUKIWANIU KOCHANKI — Waria, co ty wyprawiasz? — zdziwił się mąż, gdy żona podała mu szorty i koszulkę. — Nic. Jak będziesz dalej tak spał, to wszystkie kochanki ci sprzątną sprzed nosa! — żona zrzuciła kołdrę, a gęsia skórka od razu zaatakowała bezbronnego Romka, zmuszając go do zadrżenia. — O czym ty w ogóle mówisz? — Po tym, co wczoraj powiedziałeś, że to kwestia czasu, aż znajdziesz sobie kochankę, podjęłam decyzję. Czas nadszedł, Romek. Jest wpół do szóstej, wstawaj i ruszaj na grzeszny front. — Ale to był żart! Pokłóciliśmy się przecież, zapomniałaś? Przepraszam, nie miałem racji. — Nie, nie, dobrze mówiłeś. To ja zawaliłam. Zaniedbałam nasz ogień namiętności. Całą benzynę zużyłam na siebie jedną, a teraz zostały tylko popioły, w których nawet ziemniak by się nie upiekł. Poprawiam się. Wstawaj. — Wywalasz mnie z domu? — Nie, zaganiam cię! Będziesz ćwiczył codziennie, aż zgubisz brzuch. Kochanka to nie żona, nie będzie cię trzymać przy sobie jak talizman Michelin. Wstawaj mówię! Romek już wiedział, że żona mu nie odpuści, więc posłusznie zsunął się z łóżka i z trudem założył szorty na rodzinne slipki, żeby odpokutować grzechy sportem. — Przypomnij mi, żebyśmy ci kupili kąpielówki. W takich gaciach to cię z łóżka kochanki sam wiatr wywieje. Po dziesięciu minutach biegania wokół domu, pod czujnym okiem „trenerki”, półżywy Romek ledwo doczołgał się do domu, zaczął pełzać w stronę łóżka, wczepiając się zębami w podłogę. — Gdzie to się czołgasz? — zatrzymała go żona. — Chcę umrzeć na łóżku, we śnie. — Umierać nie wolno, szukamy kochanki, a nie patologa sądowego. Heja pod prysznic, teraz będziesz się kąpał minimum dwa razy dziennie. Mnie nie oszczędzałeś, to chociaż innym ludziom nie funduj swoich zapachów. I zęby od teraz rano i wieczorem czyścić! — już za drzwiami. — I głowę dobrze umyj, dziś idziemy do studia fotograficznego. — Po co? — Zrobimy profesjonalne zdjęcie na portal randkowy. Sama cię nie sfotografuję, bo znam cię na wylot i na zdjęciu wyjdzie mi zawsze dźwigowy, król piwka i amator smażonych makaronów z masłem, a my potrzebujemy rasowego alfonsa. — Waria, może już dosyć? — Szkoda słów, zostaw sobie ten słownik dla uszu czułych panienek. Wybieramy kandydatkę! Tu Romek trochę odżył: lubił bezpiecznie pooglądać profile na portalach randkowych, a teraz mógł nawet oficjalnie, bez konsekwencji. Zaczął wskazywać palcem. — Może ta? — Śmiesz? Co z nią nie tak? — Waria, twoja kochanka powinna mnie zawstydzać sobą, nie ciebie. Popatrz, twój „Fiacik” przed sprzedażą lepiej wyglądał. Można by na nią karteczkę zawiesić: „Uwaga, grozi odpadaniem tynku”. — To ta? — To? Rany boskie, Romek, jak ja potem spojrzę znajomym w oczy, jak mój mąż będzie mnie zdradzał z „byle kim”? Zobacz tę – idealna! — Zwariowałaś? Nigdy mi nie odpowie… — Jezu… I co ja w tym nieśmiałym Pinokiu zobaczyłam? Czym mnie urzekłeś, że już piętnaście lat razem wytrzymaliśmy? — Poczuciem humoru? — zgadywał Romek. — Romek, bądźmy szczerzy: gdyby śmiech wydłużał życie, to przez twoje żarty byłabym wdową już w trakcie miesiąca miodowego. Daj spokój z szukaniem powodów, chodź, kupimy ci garnitur, a kochankę złowimy na powab żywej duszy. — Wystarczy, Waria, pogódźmy się już. — Ale gdzie tu widzisz kłótnię? Kochanka to oznaka sukcesu faceta, a żona faceta z kochanką to też status. Myślę, że na jednej nie poprzestaniemy! W centrum handlowym Waria zaprowadziła męża do najdroższego sklepu, gdzie po drodze rozebrali wszystkie manekiny. — Waria, te spodnie z marynarką kosztują jak komplet opon zimowych! — marudził Romek, gdy popychała go do przymierzalni. — Spokojnie, gumki też ci dokupimy – letnie czy zimowe, wybierzesz sobie z podwójną ochroną. Bukietów innych pań tu mieć nie zamierzam. — Waria!!! — Co „Waria”?! Bezpieczeństwo najważniejsze. Nie wybieramy hulajnogi, tylko przeciwprostokątną do naszego głupiego trójkąta. Szefowi już dzwoniłeś? — Po co? — dopytywał Romek, zakładając marynarkę. — Po kasę oczywiście! Na kochankę i żonę z jednej pensji nie utrzymasz. Ja tam, wiadomo, zjem zupkę w domu, a z kochanką to jak z betonem: kolacja, trzy lampki wina, pięć gwiazdek w hotelu – jak gdzieś się oszczędzi, fundament popłynie! Romek w końcu się wystroił i poprawił krawat. — Jak w dzień naszego ślubu — łza zakręciła się Warce w oku. — Pięknie panu w tym — potwierdziła pani z sąsiedniej przymierzalni. — Chce pani zabrać? On właśnie szuka kochanki. — Dziękuję, mam już trzech kochanków! — uśmiechnęła się bezczelnie. — Romek, takiej pod żadnym pozorem nie bierz — surowo pouczyła Waria — potrzebna nam sprawdzona jak karta z innego banku, gdzie można bezpiecznie przelać część środków. Idziemy do perfumerii, popsikamy cię i wolny jak ptak wylatujesz! Jeszcze godzinę krążyli po galerii, aż Waria pokiwała głową zadowolona. — Gotowy, Romek. Nawet bez zdjęcia. Idź i pamiętaj, czego cię nauczyłam: bądź śmiały, galant, pewny siebie jak przy sprzedaży „Fiacika”. Waria poszła gotować zupę, a Romek ruszył szukać kochanki, do której przez cały ten długi dzień był przygotowywany. Godzinę później w mieszkaniu Warii zadzwonił domofon. — Dzień dobry, czy mąż jest w domu? — głos był obcy, namiętny, od jednego słowa aż po plecach ciarki chodziły, nawet warczenie domofonu dodawało mu seksapilu. — Oj! — z wrażenia łyżka wypadła Warce z ręki. — Nie, do kochanki poszedł. — Może mnie pani wpuści? Chciałbym coś zaproponować. Od jego głosu Warcię od razu zalały rumieńce, potem przeszły w dreszcze. Już chciała sięgnąć po gripex, ale wcisnęła trzy razy domofon. Romek pojawił się na progu z ogromnym, czerwonym bukietem. Przez korytarzyk już robiło się gorąco. — Płakałaś? — zdumiony popatrzył na czerwone oczy żony. — Trochę. Chyba narobiłam bałaganu, ale już wiem, że drewno było potrzebne na ognisko. — To może jednak zgodzi się pani dziś na wspólny wieczór z miłym i interesującym rozmówcą? — w oczach Romka błyszczała dzika namiętność i zapewne 50 gramów koniaku, który wypił na odwagę. — Zapraszam do restauracji, gdzie opowiem cudowną historię waszego piękna. To będzie proza życia, ale pani się spodoba. — Ch-ch-chcę — wyjąkała Waria, wchodząc do gry. — Zdejmę tylko zupę z ognia i wytuszuję rzęsy. — Ja w tym czasie zamówię taksówkę — potaknął Romek. — Gdzie jedziemy? — Warce nie schodził uśmiech z twarzy. — Do restauracji pięć gwiazdek! — U nas w mieście nie ma takiej, są tylko pizzerie pięć serów. — No to tam! Dla mojej kochanki tylko najlepsze. — A żona nie będzie zazdrosna? — Postaramy się, żeby była — mrugnął Romek figlarnie.