Miłość rodzicielska
Dzieci to kwiaty życia zawsze powtarzała mama. Tata, z uśmiechem, dorzucał:
Na grobie własnych rodziców mrugając do nas z przekąsem, mając na myśli nasze wybryki, kaprysy i nieustanny hałas.
Zmęczona, ale szczęśliwa, usadzałam dzieci w taksówce. Pola ma cztery lata, a Stasiek półtora. Świetnie bawili się u dziadków były ciasteczka, przytulasy, bajki i o wiele więcej pozwalane niż w domu przyjemności.
Ja także cieszyłam się z wyjazdu. Mama, tata, siostry, kuzynostwo rodzinny dom przyjmował bez warunków i tłumaczeń. Mamine pierogi, którym nie sposób się oprzeć. Choinka, błyszcząca lampkami i ozdobami, które pamiętają czasy mojego dzieciństwa. Tosty taty zawsze nieco za długie, ale za każdym razem prosto z serca. Mamine prezenty przemyślane, przydatne, pełne troski.
Przez chwilę poczułam się znów jak dziecko. I bardzo chciałam po prostu powiedzieć:
Mamusiu, tatusiu, dziękuję, że jesteście.
W tym roku postanowiliśmy z Bartkiem podarować moim rodzicom coś wyjątkowego. Nie z poczucia obowiązku, lecz z wdzięczności. Za piękne dzieciństwo, za miłość i troskę przez wszystkie lata moje i sióstr. Za zaufanie, z jakim przyjęli Bartka i powierzyli mu swoją córkę. Za wsparcie, wiarę w naszą drogę i obecność w najważniejszych momentach.
Marzyłem, by kiedyś kupić tacie samochód powiedział kiedyś cicho Bartek. Ale mój tata nie doczekał.
Po sekundzie zawahania dodał z większą pewnością:
Twojemu tacie na pewno damy radę kupić!
Patrzyłam na niego z tą wdzięcznością i miłością, która już na zawsze będzie częścią naszego życia.
Tak jak ustalaliśmy, pojechałam z dziećmi do rodziców. W rękach transparentne pudełka z sałatkami, mięsem, domowymi ciastami wszystko własnoręcznie przygotowane.
Stasiek uroczyście wręczył babci ogromny bukiet róż ledwo mógł go utrzymać. Przytuliłam tatę, wycałowałam i wciągnęłam znajomy, domowy zapach.
A gdzie Bartek? Czemu bez niego? dopytywali się rodzice.
Wtedy rozbrzmiał dzwonek telefonu.
To Bartek, uśmiechnęłam się. Mówi, żebym zaczynała bez niego, bo się trochę spóźni.
Dzieci już biegły do salonu. Pod wysoką, kolorową choinką piętrzyły się prezenty podpisane, dla kogo od świętego Mikołaja.
Pola oczywiście dostała najwięcej! Magiczna kareta Kopciuszka w jednej paczce. W drugiej para białych koników ze złotymi grzywami, kryształowe buciki dla księżniczki. Dalej zwiewna sukienka z rozkloszowaną spódnicą, długie rękawiczki wyszywane cekinami, biżuteria, zaczarowane lusterko, dziecięce cienie, kreatywne zestawy i książki…
Stasiek otrzymał ogromne pudełko z kilkupiętrowym parkingiem maleńkie, błyszczące auta jeździły windą w górę i zjeżdżały spiralnymi zjazdami w dół. W innych paczkach znalazł się świecący dinozaur, łuk i strzały, suchy basen i worek pełen kolorowych kulek, kosmiczny blaster mieniący się tęczowo oraz całe mnóstwo kolorowanek, kredek i magicznych flamastrów.
O mnie też pamiętali! W maleńkim pudełeczku z kokardką czekały złote kolczyki skrzące się w blasku lampek.
A na stole, na dużym półmisku, pyszniło się moje ukochane ciasto Mrowisko. Z orzechami, rodzynkami, skórką pomarańczową i czekoladą, zupełnie jak przed laty.
Pod choinką osobno leżały paczki dla Bartka. Nie wolno było ich ruszać przed powrotem ukochanego zięcia.
Przytuliliśmy się wszyscy i przekazaliśmy nasze prezenty: mamie flakon oryginalnych francuskich perfum, tacie srebrną bransoletę o nietypowym splocie. Pola wręczyła swój portret dziadków trochę śmieszny, nieco podobny do milicyjnych ogłoszeń, za to narysowany z taką miłością, że śmiechom i wzruszeniom nie było końca.
Najważniejszy prezent czekał jednak na odpowiedni moment!
Po około trzydziestu minutach, po pierwszych toastach, gdy wszyscy przeglądali upominki, założyłam swoje kolczyki. Ładnie połyskiwały w uszach, a ja czułam się szczęśliwa.
Pola przyjrzała się uważnie i nagle powiedziała:
Mama, te kolczyki założyłaś, żebym powiedziała, że jesteś ładna?
Dokładnie tak odpowiedziałam szczerze.
Jesteś piękna! oświadczyła poważnie. I ja! I tata też! I nawet Stasiek! znowu wybuchliśmy śmiechem.
A gdzie nasz ukochany zięć? Już dawno powinien być!
I wtedy się pojawił. Rozbłysła lampka przy bramie, a na podjazd, głośno trąbiąc, wjechał nowiutki, biały samochód, lśniący jak śnieg.
Wybiegliśmy wszyscy naraz radośnie, z chichotem, kuliąc się od lekkiego mrozu.
Przy bramie stała ona. Nowa, połyskująca chromem maszyna, udekorowana balonami przy lusterkach i masce.
Bartek wysiadł spokojnie, bez wielkich słów. Podszedł do mojego taty i podał mu kluczyki.
To dla pana… Z całego serca.
Przytulił go po męsku mocno, pewnie, bez pokazowych gestów.
Tata zrobił krok w tył, uśmiechając się niepewnie.
Co wy wymyśliliście, dzieci… Nie mogę… plątał słowa, jakby bał się przyznać do radości.
Ale już ktoś mu pomógł, już siedział na fotelu kierowcy. Przeciągnął dłonią po kierownicy, patrzył na rozświetloną deskę jakby przeniósł się w przyszłość. Nowe wnętrze pachniało skórą i długimi rodzinnymi podróżami.
Tata przetarł oczy te, które ledwo kiedy widują łzy.
No, daliście czadu… wykrztusił w końcu. A potem każdego po kolei przytulił: mnie, Bartka, wnuki, żonę.
To były cudowne święta.
Wszyscy byli szczęśliwi. Te dwa dni u rodziców przepełniły dom dziecięcą i dorosłą radością. Ale i te chwile kiedyś się kończą trzeba było rozjeżdżać się po domach.
Rano Bartek pojechał do pracy. Teść odwiózł go nowiutkim samochodem pewnie, z dumą, jakby odjął sobie z ramion kilkanaście lat zmartwień. Patrzyłam za nimi i wiedziałam: prezent żyje własnym życiem, zgodnie z zamysłem.
Po południu, już z dziećmi, zamówiłam taksówkę. Walizki były lżejsze niż w dniu przyjazdu, ale serce pełniejsze. Pola mocno uścisnęła babcię, Stasiek pomachał dziadkowi, ściskając w rączce autko na drogę.
Wsiedliśmy do taksówki. Podróż przebiegła spokojnie; dzieci szybko zasnęły przytulone do siebie, zadowolone, najedzone, szczęśliwe.
Poprosiłam kierowcę, by zatrzymał się przy małym wiejskim sklepiku.
Na momencik, tylko pieluchy i wodę, powiedziałam.
Po pięciu minutach wracam… i serce podskakuje do gardła.
Nie ma moich dzieci!
Kierowca z uśmiechem rozmawia z zupełnie obcą kobietą na przednim siedzeniu.
Ale… jak to…? wyjęczałam wolno.
Dziewczyna obróciła się gwałtownie:
Co? Kto to jest?! Co tu za baba?!
Kierowca wzruszył ramionami:
Nie znam! i do mnie: A pani czego chce?
Powariowaliście?! Gdzie są moje dzieci?!
Ty draniu! wrzasnęła dziewczyna. Masz dzieci i mi nie powiedziałeś?! i zaczęła go okładać torebką.
Kogo ty tu wsadzasz do samochodu?! darłam się już ja. GDZIE SĄ MOJE DZIECI?!
Przez kilka minut w samochodzie panowała totalna apokalipsa krzyki, pretensje, wymachiwanie rękami, światowa niesprawiedliwość.
Nagle uchyla się drzwi… i schyla się mężczyzna, spokojnie mówi:
Proszę pani to nie ten samochód. Pani auto stoi kawałek dalej.
Świat zamarł. Wyskoczyłam, trzasnęłam drzwiami i podbiegłam do bardzo podobnej, jasnej taksówki stojącej z przodu.
Otworzyłam drzwi.
Na tylnym siedzeniu śpią moje dzieci. Dwa aniołki nawet nie drgnęły.
Wypuściłam powietrze, jakby wróciłam z krawędzi przepaści. Usiadłam, zamknęłam drzwi i powiedziałam cicho:
Jedźmy…
W tym momencie zalał mnie śmiech. Autentyczny, nerwowy, uwalniający. Kierowca też zaczął się śmiać i wycierał oczy, wyraźnie zadowolony, że się dobrze skończyło bez tragedii, za to z anegdotą na całe życie.
Spojrzałam na śpiące dzieci i nagle zrozumiałam: w codziennym życiu rodzice bywają zmęczeni, rozkojarzeni, rozbawieni. Ale w chwili zagrożenia każdy z nich staje się lwem!
Bez wahania, bez rozmyślania, bez strachu. Liczy się tylko jedno chronić.
Tak wygląda prawdziwa miłość.
Cicha, gdy wszystko dobrze się układa i niezłomna, gdy idzie o dzieci.



