Piotrze, bagażnik! Otworzył się bagażnik, zatrzymaj samochód! wykrzyknęła Sabina, choć już czuła w sercu, że wszystko przepadło. Rzeczy w mgnieniu oka wyrzucało z bagażnika na trasę, a auta jadące tuż za nimi na pewno ich nie zauważyły.
Prezenty i upominki, na które odkładali przez ostatnie dwa miesiące! Kawałki łososia, czerwony kawior, wykwintne wędliny te wszystkie rarytasy, które kupowali sobie tylko z okazji wyjątkowych świąt. Torby z drogimi produktami i prezentami leżały w bagażniku na wierzchu, żeby broń Boże się nie zgnietły. Wzięli ze sobą całą masę rzeczy jechali na wszystkie święta do rodzinnej wsi Piotra, do babci.
Na trasie korek, wielu ludzi wyjeżdżało z miasta. Samochody sunęły gęsto, jeden za drugim, niezbyt szybko, ale natychmiast się zatrzymać? nie sposób. Co wypadało, to przepadało.
Dzieci siedzące z tyłu zaczęły się niepokoić na widok zapłakanej mamy i również się rozpłakały. Sabina próbowała je uspokoić, a Piotr zwolnił, zjechał jak najbliżej pobocza i wreszcie stanęli. Jeszcze przez chwilę żyli nadzieją, że może ich rzeczy odskoczyły na bok, na pobocze. Przeszli wzdłuż trasy, ale oczywiście daremnie. Szukać dalej nie było sensu, tylko czas tracili.
Daj spokój, Sabino, trudno, stało się, to się nie wróci. Jakoś sobie poradzimy, kupimy coś innego, a nawet jak nie damy radę powiedział Piotr, gdy zobaczył, jak bardzo żona jest rozbita. Rzeczy to tylko rzeczy, chodź już do środka, bo śnieg zacina, ciemno się robi, a przed nami jeszcze kawał trudnej drogi.
Ale przez całą dalszą podróż Sabina milczała. Co miała teraz zrobić? Obwiniać Piotra, że źle domknął bagażnik? Przecież samochód był stary, zamek nie trzymał, tak już bywa. Próbowała wypierać z myśli to, co się stało, ale co chwilę łzy wracały do oczu. Tak się starała, oszczędzała, wszystko skrupulatnie planowała. Dlaczego ciągle ma takie pechy? Oczywiście, zawsze mogłoby być gorzej, ale przykrość i żal pozostawały. Najbardziej bolała ją myśl o prezencie dla babci Piotra puszysty, ręcznie tkany koc, taki ciepły, taki śliczny! On też był w bagażniku.
Do wsi dojechali tuż po północy. Przypuszczali, że babcia Maria już śpi, pewnie ich nawet nie doczekała. Ale nad gankiem jasno świeciła lampa, a z ciepłego domu wybiegła babcia wraz z sąsiadką Zofią.
Są! Dzięki Ci, Panie Boże! zawołała babcia, całując wszystkich po kolei. Sabinko, Piotrku, kochani moi! My tu już umierałyśmy z niepokoju! Piotrusiu, złotko moje, a gdzież to Janek z Jagódką? Ach, tu jesteście! Cała rodzinka, chwała Bogu!
Babciu, spokojnie, wszystko dobrze, czemu Ty taka przejęta jesteś? Piotr objął babcię i zaprosił do środka. Wróćmy, bo sypie śnieg, a Ty w samym szaliku na zewnątrz.
Babcia tylko machnęła ręką. My tu z Zofią cały wieczór modliłyśmy się o was! Nie śmiej się, Piotrusiu! Dzisiaj miałam widzenie, jakbym na jawie zobaczyła. Sen krótki, a wydał mi się prawdziwy: wasz samochód leci z drogi, wprost w las. Strach mnie ogarnął, obudziłam się zalana potem, cały dzień niedobrze mi było, serce nie dawało mi spokoju. Potem Zofia przyszła jej syn już dojechał, a wasi nie było. Ledwie mogłam jej opowiedzieć, co zobaczyłam.
Zofia od razu: Niedobrze, modlić się trzeba! No i modliłyśmy się z całych sił, do Pana Boga i św. Krzysztofa żeby dał wam szczęśliwie dotrzeć. Nie wiedziałyśmy nawet, czym mogłybyśmy się “odkupić”, byleby tylko dobry koniec był. No i Bogu dzięki, wszyscy cali i zdrowi, nic się nie stało!
Masz rację, babciu, zgodzili się Sabina i Piotr. Jeżeli nasze upominki poszły komuś innemu, to widocznie komuś były bardziej potrzebne. Dla nas najważniejsze, że wszyscy cali.
Nowy Rok powitali w wielkim gronie, z obficie zastawionym stołem. Swojskie ziemniaczki, kiszone pomidory i ogórki. Śledzik pod pierzynką, pieczona gęś palce lizać! I oczywiście babcine słynne pierogi. Janek i Jagódka przez cały wieczór podkradali ciepłe pierogi prosto z dużego garnka przy piecu im więcej nie było potrzeba. W dzień zjeżdżali na sankach z sąsiadami. Wszyscy już przysypiali ze zmęczenia, ale nie zamierzali zamykać oczu: czekali, aż o północy Mikołaj zostawi prezenty pod choinką.
Babcia Maria śmiała się, tuliła prawnuków swoich i Zofii. Czuła szczęście wszyscy razem, to przecież najważniejsze.
Tymczasem w zapomnianej przez Boga wiosce, gdzie stały ledwie trzy domy, dwie wiekowe siostry Nadzieja i Weronika oraz ich sąsiad Władysław świętowali własnym, skromnym sposobem. Życie nie było tu lekkie. Rodziny żadnej, latem jeszcze warzywniak uprawią, ale zimą: zimno, ciężko jak diabli starszym osobom.
Ale trzymali się razem, to najważniejsze. Władysław przyniósł z lasu choinkę, na stole leżały najprostsze potrawy, choć niewiele, zawsze coś. Po obiedzie Władysław poszedł do lasu nazbierać suchych gałęzi do pieca. Związał gałęzie, załadował na sanki, aż tu patrzy coś wystaje z zaspy przy drodze.
Podszedł bliżej, zaciągnął torba! Otwiera a tam cuda: i kawior, i ryba, i mięso. Na samym spodzie puszysty, biały koc, ciepły jak pierwszy śnieg. Rozejrzał się, nikogo w pobliżu. Zarzucił torbę na sanki i powiózł do domu. Rozłożył koc przed Nadzieją i Weroniką, napalił w piecu. Gospodynie od razu chwyciły się za jadło.
Już myślałam, że nigdy w życiu nie zjem takich rarytasów! dziwiła się Weronika.
I ja, że cud nas nie spotka wtórowała Nadzieja.
Może to sam Pan Bóg nam zesłał, jakby na stare lata nagrodę dał. Może jeszcze trochę pożyjemy, coś dobrego zobaczymy w życiu podsumował Władysław.
Nie warto żałować straconych rzeczy. Może to opatrzność, która pozwoliła ocalić coś jeszcze cenniejszego. Lepiej cieszyć się tym, co się ma, i że to, co najważniejsze, udało się ocalić.



