Porwanie stulecia
31 grudnia
Zawsze marzyłem, żeby kobiety za mną biegały i płakały, że nie mogą mnie dorwać śmiałem się parę lat temu do kolegów przy stole, jeszcze na studiach. Dzisiaj miałem się przekonać, ile warte są takie żarty.
Ale do rzeczy. Otóż Sylwestra spędzaliśmy z paczką starych znajomych w Warszawie. Stolica, światełka, szampan za pięć dyszek, śmiechy wiadomo, jak to bywa, gdy człowiek na chwilę wyrwie się od codzienności. Aga kręciła się między kuchnią a balkonem, Ula i Roma już odpaliły sekretną wymianę prezentów. Dostałem, a raczej dostałam, bo pisałem wtedy życzenie w imieniu Edyty piękną, czerwoną gwiazdę betlejemską w białej doniczce z perłowym koralikiem. Elegancko. Do tego butelka wytrawnego Prosecco z zamku nad Loarą, jak zarzekała się Roma. Tylko popijać i śmiać się z własnych marzeń.
Gdzieś koło północy robiliśmy rytuał: każdy pisał na kartce najskrytsze pragnienie, spalał przy choince, popiół lądował w kieliszku i wypijał się resztę pod dziki śmiech dziewczyn. Ula swoją kartkę czytała na głos chciałabym, żeby faceci biegli za mną i beczeli, że nie mają szans mnie złapać! No to ogień, popiół do lampki, i wódka poleciała do gardła.
Nagle świat rozmył się od śmiechu, lampki na choince zaświeciły mocniej, muzyka zgłuszyła resztę świata. Ktoś, może Edyta, rozsypał brokat. Albo tak mi się śniło…
…
Obudziłem się, czując, że coś jest bardzo nie tak.
Nad moją głową wisiała zgraja dzieciaków czterech chłopaków, ruchliwych jak piłkarze Legii, o spojrzeniach pełnych zadziora.
Tata, wstawaj! No już! krzyknęła drobna Basia, próbując mi rozmasować powieki to chociaż działa na matkę dodała ze śmiechem jeden z chłopaków. A ja patrzę po nich: Chłopaki, przepraszam, czy ja was znam?.
No przecież wiesz, tato! Tomek 9 lat, Jaś 7, Wojtek 5, Michał 3! wyliczają z dumą po kolei.
Nigdy nie chciałem mieć dzieci. Noc sylwestrowa chyba wyciągnęła z kapelusza nie ten los, co trzeba.
Moje pytanie: A wasza trenerka… yyy mama gdzie? wywołało kolejną falę chichotów.
Dzieci zniosły mi szklankę wody, kiszonego ogórka i obrane mandarynki. Najstarszy już wiedział, jak reanimować tatę po imprezie. Swoją drogą odpowiedzialność level master.
W końcu pytam, starając się zebrać w sobie resztki trzeźwego myślenia:
Gdzie idziemy? Do kina?
Nieeee!
McDonalds?
E, nie!
Smyk?
Tato, przestań, nie udawaj! Pakuj się! My już gotowi!
Załamałem się. Jeszcze bardziej po wejściu do pokoju przy komodzie sterczały markowe walizki na kółkach, trzy dziecięce plecaki typu dinozaur, a za oknem zasłony, których nigdy w życiu nie widziałem.
Wszedł do pokoju jakiś facet, ciemnowłosy, wysoki, o oczach jak orzechy w nich iskierki błyskały jak bursztyny. Uznałem, że to jakiś aktor z TV, a jednak dzieci zawołały tato.
Kochanie, zbieramy się, już zapakowałem samochód, po drodze wstąpimy do Biedronki.
Patrzę na niego i czuję, że nie znam gościa, a ten traktuje mnie jak żonę od dwudziestu lat. Sprawdzam na palcu nie mam obrączki, on też nie. Jeszcze dziwniej.
Dzieci zarządziły ostatnią kontrolę. Jedno z nich wrzeszczy: Spakowałeś nam kąpielówki! To tu jest basen?! myślę.
Oglądam pokój połowa rzeczy nieznana, na ścianie brak zdjęć, pościel nie moja.
Jedyna znajoma rzecz to gwiazda betlejemska, ta sama z wczorajszego prezentu. Nadal wygląda świeżo.
Zamykam oczy, próbuję odtworzyć wieczór: restauracja na Nowym Świecie, żarty ze starych czasów, Urbanek przebrał się za Mikołaja, kobiety szczebioczą o dzieciach, domach, nowych fryzurach. Ja niby wolny ptak, nieżonaty, nie muszę nikogo informować o powrocie do domu, o kacu z rana. Podświadomie myślę: Dobrze, że to nie na mojej głowie…
Ale czemu nagle mam w domu cztery dzieciaki i nieznajomego faceta? Nic nie pamiętam! Wiem jak mają na imię, a jednocześnie nie jestem pewien własnej tożsamości…
W końcu wszyscy pakują się do dużego, czarnego Volkswagena. Facet usadza dzieci w środku, dźwiga walizki, daje mi kawę z mlekiem (nienawidzę), bez pytania zamyka drzwi.
Wyjeżdżamy na trasę na Gdańsk, minęliśmy centrum. Siedzę jak sztywny, dłoń ściska plastikowy kubek kawy. W środku gotuję się, łapię się na panicznych myślach: To nie moja rodzina! Ukradli mnie! Może to wszystko podstęp?.
Dzieci z tyłu gadają, kłócą się o chipsy i kolor markerów, facet mruga do mnie jakby wiedział coś ważnego. Atmosfera z pozoru rodzinna, ale mnie dręczy, że to nie moje życie.
Po pół godziny dzieci wrzeszczą, że chcą siku, pić i jeść. Zatrzymujemy się na Orlenie. Wszyscy wysypują się z auta.
To mój moment na ucieczkę wcisnąłem w rękaw kluczyk, przebiegłem na parking i próbuję uruchomić samochód. Klucza jednak nie mam! A po minucie w oknie odzywa się znany głos: No, chodź, zgubiliśmy Cię!
Znowu ląduję na fotelu pasażera. Za godzinę docieramy do lotniska Chopina tłum ludzi, budynek szklany, przewijające się bagaże. Porywają mnie za granicę!, myślę, i zaczynam panikować.
Udaje mi się odłączyć od rodziny w hali odpraw. Rzucam się do najbliższego ochroniarza. Pomocy! Porwali mnie! krzyczę.
Sekunda i jestem na ziemi, skuty kajdankami. Wokół strażnicy, broń, powaga.
Nagle słyszę znajome głosy: To żart! Proszę, wybaczcie naszej koleżance, to tylko rozrywka na Nowy Rok! śmieją się w głos dziewczyny ze studiów, podbiega też moja paczka.
Dzieci przytulające się do mężczyzny, którego miałem za porywacza (a to jego siostrzeńcy), znajome z pracy sączące łzy ze śmiechu, Roma tłumacząc: Musieliśmy coś wymyślić, żeby pokazać Ci, że rodzina to nie więzienie, a może Ci się spodoba….
Pomysł był prosty, choć szalony. Zamiast randki, zafundowali mi rodzinny poranek z kawą, czwórką dzieci i facetem, który czuł się w tej roli zaskakująco dobrze. Chcieli mi pokazać, że nie trzeba planować, czasem warto po prostu się otworzyć.
Podły plan zadziałał. Przystojniak z orzechowymi oczami przedstawia się: Cześć, jestem Wojtek. Może dasz się porwać jeszcze raz, tym razem bez dzieci?
W głowie mam chaos lęk, śmiech, poczucie absurdu. Patrzę na walizki, potem znowu na niego. W końcu śmieję się już głośno No dobra, jak dzieci zostaną w domu, biorę to ryzyko!
Dziewczyny biją brawo, Wojtek mruga okiem, lotnisko rozmywa się w wirze wydarzeń.
Wnioski?
Może życie nie porywa nas dosłownie, może tylko nagle wrzuca do historii, które powinny nam się przydarzyć. A najważniejsze, żeby nie przegapić właściwego człowieka, nawet jeśli spotyka się go w samym środku porwania stulecia.



