ŻYCIE W PORZĄDKU
Lidia, zabrania Ci kontaktu z siostrą i jej rodziną! Oni mają swoje sprawy, my swoje. Znowu dzwoniłaś do Natalki? Skarżyłaś się na mnie? Ostrzegłem Cię. Nie miej potem pretensji Jarek mocno złapał mnie za ramię.
Jak zwykle w takich sytuacjach, bez słowa uciekałam do kuchni. W oczach zbierały się łzy, aż szczypały. Nigdy nie żaliłam się swojej siostrze na życie z Jarkiem. Po prostu rozmawiałyśmy. Rodzice byli już starzy, było o czym pogadać, pomyśleć, pokłócić się nawet. Jarek nie mógł tego znieść. Strasznie nie lubił Natalki. U niej w rodzinie było spokojnie, dostatnio. Tego nie dało się powiedzieć o naszym domu.
Wychodząc za Jarka, byłam szczęśliwsza niż jakakolwiek dziewczyna w Warszawie. Jarek zakręcił mną jak szalony, miałam wtedy klapki na oczach. Nie przeszkadzało mi ani to, że był ode mnie niższy, ani to, że jego matka zjawiła się na weselu ledwo trzymając pion. Dopiero potem wyszło, że teściowa jest totalną alkoholiczką.
Zakochana po uszy nie widziałam nic złego w naszej rodzinie. Ale po roku małżeństwa mój obrazek szczęścia zaczął blaknąć. Jarek pił, niemal codziennie wracał do domu kompletnie pijany. Z czasem pojawiły się zdrady. Pracowałam jako pielęgniarka w szpitalu. Pensja, wiadomo nie powalała na kolana. A Jarek? On spędzał dnie i noce z kumplami od kieliszka.
Na mnie nie zamierzał zarabiać. Gdy kiedyś marzyłam o dzieciach, teraz ograniczałam się do opieki nad naszą kotką rasową Kizią. Nie wyobrażałam sobie mieć dzieci z mężem alkoholikiem. Choć wciąż go kochałam.
Ale z Ciebie naiwna, Lidia! Zobacz, ilu facetów się do Ciebie zaleca, a Ty zapatrzona w tego swojego kurdupla! Co Ty w nim widzisz? Chodzisz wiecznie w siniakach. Myślisz, że nikt nie widzi Twoich malin pod makijażem? Odejdź, zanim Cię zatłucze na amen, idiotko ostrzegała mnie koleżanka z pracy.
Fakt, Jarek często wpadał w szał i uderzał. Kiedyś pobił mnie tak, że przez dwa dni nie przyszłam na zmianę. Zamknął mnie wtedy nawet w domu i zabrał klucz. Od tamtej pory zaczęłam go panicznie bać. Serce mi waliło na sam dźwięk przekręcanego w zamku klucza. Czułam, że mnie karze za to, że nie dałam mu dziecka, że jestem beznadziejną żoną, że No i dlatego nigdy nie stawiałam oporu. Zgadzałam się na bicie, wyzwiska, upokorzenia. Ale dlaczego nadal go kochałam?
Pamiętam, jak jego matka kobieta do złudzenia przypominająca czarownicę wbijała mi do głowy:
Lidka, słuchaj się męża, kochaj go ponad wszystko, zapomnij o rodzinie i koleżankach one do niczego dobrego Cię nie zaprowadzą.
No i zapomniałam o przyjaźniach, rodzinie, o samej sobie. Byłam pod całkowitą kontrolą Jarka.
Chyba najbardziej lubiłam, kiedy płakał, błagał mnie o wybaczenie, klękał przed sobą i całował stopy. Godzenie się z nim było słodkie i uzależniające. Jarek obsypywał łóżko różami cudownie pachnącymi. Wiedziałam doskonale, że te kwiaty zrywał z ogródka kumpla-alkoholika spod czwartego bloku. Jego żona w pocie czoła pielęgnowała te róże, a mąż oddawał je za grosze innym pijanicom. Żony miękły na widok kwiatów i wybaczały kolejny raz swoim facetom.
Pewnie tkwiłabym tak przy Jarku do końca świata. Mój raj rozpadałby się w kółko, a ja sklejałabym go z nadzieją. Los jednak wtrącił swoje trzy grosze
Oddaj Jarka, mam z nim syna. Jesteś bezpłodna, pusty kwiat wypaliła pewnego dnia nieznajoma, chcąc, żebym zrzekła się męża dla jej dziecka.
Nie wierzę! Wynoś się, póki dobrze proszę syknęłam.
Jarek wszystkiemu zaprzeczał jak mógł.
Przysięgnij, że to nie Twój syn! wiedziałam, że tego nie da rady zrobić.
Milczał. Wtedy wszystko zrozumiałam.
Lidia, nigdy nie widziałem Cię radosnej. Coś się dzieje? zagadnął mnie ordynator szpitala, Pan doktor Ludwik Zawadzki, który mnie przecież wcześniej prawie nie zauważał.
Wszystko w porządku tylko się zawstydziłam.
To dobrze, jak ktoś ma życie w porządku, to cała reszta sama się układa powiedział cicho Zawadzki.
Słyszałam plotki, że miał żonę, ma dorosłą córkę, rozwiódł się przez zdradę. Teraz żył sam. Czterdzieści dwa lata, taksówkarski wzrost, okulary, zaczynająca się łysinka. Ale kiedy przechodził obok mnie, czułam ten specyficzny, mocny wodospad męskiego zapachu zmieszanego z nutą afrodyzjaku aż wstyd się przyznać, jak bardzo mnie to pociągało.
Starałam się wyjść z pracy wcześniej, by nie kusić losu. Po jego słowach nie mogłam znaleźć dla siebie miejsca. To dobrze, jak życie jest w porządku… Takie proste i niby banalne, ale dla mnie w środku burdel na kółkach. Czas nie stoi w miejscu nie da się powiedzieć pauza, gdy wszystko się wali.
W końcu spakowałam walizkę i wróciłam do rodziców do Lublina. Mama była mocno zdziwiona:
Lidka, co się stało? Jarek Cię wyrzucił?
Nie. Wszystko potem Ci opowiem, mamo nie umiałam się przyznać do prawdy.
Dzwoniła potem teściowa, krzyczała, przeklinała. Ale ja wypięłam pierś, odetchnęłam głębiej, czułam się jak nowa. Dzięki Zawadzkiemu
Jarek szalał, groził, próbował mnie dopaść. Ale już nie miał nade mną żadnej władzy.
Jarek, nie marnuj czasu, lepiej poświęć go synowi. Ja już kończę naszą historię. Żegnaj powiedziałam mu spokojnie.
Znów odnalazłam siostrę Natalię, wróciłam do swojego domu, do moich ludzi. Wreszcie byłam sobą, a nie lalką na czyichś sznurkach.
Przyjaciółka od razu zauważyła zmianę:
Lidka, nie poznaję Cię! Kwitniesz, promieniejesz, chyba znowu jesteś zakochana!
A Ludwik Zawadzki niedługo potem ze śmiertelną powagą powiedział:
Lidia, weźmy ślub! Słowo daję, nie będziesz żałować. Jedno tylko mów mi po imieniu, czas na formalności przy stole operacyjnym.
Kochasz mnie, Ludwik? uśmiechnęłam się z niedowierzaniem.
Jeju, wybacz, wiem, że kobiety lubią słowa. Kocham Cię, Lidia. Ale ja wolę czyny powiedział i pocałował mnie w rękę.
Zgadzam się, Ludwik! Jestem pewna, że też Cię pokocham rozpierało mnie szczęście do granic.
Minęło dziesięć lat.
Ludwik codziennie udowadniał mi swoją miłość. Nie padał na kolana, nie bił w piersi po prostu dbał, chronił, był obecny. Potrafił zaskakiwać czynami po męsku, z hojnością i troską. Wspólnych dzieci nie mieliśmy. Najwidoczniej naprawdę jestem pusty kwiat. Ale Ludwik nigdy nie rozdzierał z tego powodu szat, nie robił wyrzutów, nie ranił słowami.
Lidia, znaczy nam jest pisane tylko we dwoje i dobrze zawsze mówił, gdy łzy stawały mi w oczach ze smutku, że nie zostanę mamą.
Córka Ludwika podarowała nam wnuczkę Zosię. Stała się naszą rozpieszczaną córeczką.
A Jarek całkowicie się stoczył, w końcu odstawił kieliszek na zawsze, leży już na cmentarzu. Nawet pięćdziesiątki nie dożył. Teściowa, gdy spotykam ją czasem na targu w Lublinie, mierzy mnie nienawiścią, ale jej złość nie może już mnie zranić. Szczerze, jest mi jej po ludzku żal.
A my z Ludwikiem? U nas wszystko naprawdę w porządku. Życie jest piękne.



