Z wakacji nie wrócił Janusz
Twój to ani nie pisze, ani nie dzwoni?
Nie, Weroniko, nawet na dziewiąty dzień, ani na czterdziesty żadnej wieści, żartowała Zdzisława, poprawiając fartuch nad szerokimi biodrami.
Pewnie się gdzieś zapodział, albo co innego, współczująco kiwała głową sąsiadka. No, czekaj, czekaj. Milicja też nic nie odpisuje?
Wszyscy milczą, Weroniko, jak te karasie w Wiśle.
Ot, los…
Rozmowa ta była dla Zdzisławy jak zgniły ziemniak pod paznokciem. Złapała miotłę w drugą rękę i zaczęła zgarniać zgniłe liście spod starej lipy przy swoim domu. Rok 1988 upływał pod znakiem szarugi i gasnących kolorów. Tylko co wymieciona ścieżka szybko pokrywała się nowymi liśćmi, więc Zdzisława chodziła tam i z powrotem, gromadząc je na kupę, jakby chciała schować pod nimi swoje troski.
Trzy lata wcześniej przeszła na emeryturę po długiej karierze pielęgniarki w miejskim szpitalu. Z początku odpoczywała, lecz w zeszłym miesiącu zmuszona była zatrudnić się jako sprzątaczka w spółdzielni mieszkaniowej. Złotówek brakowało, a innej pracy nie znalazła.
Żyli zwyczajnie, jak wszyscy w tamtym PRL-u: ani bogato, ani biednie. Praca-sklep-dom-syn. Mąż Janusz nie pił zanadto, tylko przy okazji imienin czy świąt. W pracy miał szacunek majster z powołania. Na kobiety nie patrzył. Sama Zdzisława, chociaż zmęczona, była dumna ze swoich dyplomów wszystko miała poukładane.
Wysłała męża nad morze, do Międzyzdrojów, na wczasy z zakładu, ale Janusz nie wrócił. Zdzisława długo nie podejrzewała nic złego. Nie dzwoni, to znaczy, że dobrze mu się dzieje. Ale gdy nie wrócił w ustalonym dniu, zaczęła poszukiwania: szpital, milicja, nawet zakład pogrzebowy.
Synowi, Piotrowi, do jednostki wojskowej najpierw posłała telegram zaginął ojciec potem się dodzwoniła. Wspólnymi siłami ustalili, że Janusz wyjechał z hotelu, ale do pociągu nie wsiadł przepadł jak kamień w Wiśle. I znowu od nowa: szpitale, kostnica. W pracy Janusza tylko wzruszali ramionami. Myśmy dali wczasy zasłużonemu pracownikowi powiedzieli. W rodzinne waśnie nie wchodzimy. Jak nie wróci, zwolniony.
Matka rwała się jechać na miejsce, lecz Piotr ją powstrzymał:
Mamo, kogo ty tam znajdziesz? Ja może dostanę tydzień wolnego, pojadę, łatwiej mi mundur, inne spojrzenie.
Zdzisława trochę się uspokoiła i próbowała cały czas czymś się zajmować, by nie wpadać w czarne myśli. Chodziła już do komisariatu jak do pracy, ale spokojniej nowości brak. Pracę też wzięła, żeby mieć ręce zajęte, bo wtedy serce lżej znosi samotność. W domu wieczorami płakała. Winiła siebie, los i Boga, że dał jej najcięższą próbę na stare lata. Najbardziej doskwierała niepewność.
Janusz pojawił się jak zjawa, równie nagle jak zniknął.
Stał w tym samym granatowym garniturze, w którym jechał na wczasy. Nie miał torby ani walizki po prostu stał, wciskając ręce w kieszenie spodni, z podniesionym kołnierzem, zapatrzony na Zdzisławę, która akurat zamiatała podwórko. Nie zauważyła go od razu, nie wiedziała, ile tam stał. Zorientowała się dopiero, gdy Piotr zawołał:
Janusz, to ty?
Zdzisława rzuciła miotłę i pobiegła. Rozłożyła ramiona jak bocian, co wraca do gniazda, i rzuciła się mężowi na piersi, obejmując go mocno. Janusz po chwili też ją objął.
Chodźcie do domu, a nie się tu ściskacie, Piotr był wyraźnie niezadowolony. Zdzisława usłyszała złość w jego głosie i ciężkim kroku.
Piotrusiu, chodź się przytulić, od wiosny cię nie widziałam.
Mama, zimno, chodźmy.
Czemu nie zadzwoniłeś? Nie przygotowałam nic, nawet nie posprzątałam.
Mamo, nie przyjechałem na pierogi. Obiecałem, no to jestem.
Zdzisława spojrzała na męża, potem na syna. Tyle miesięcy strachu sprawiło, że czuła się jak we śnie. Widzi żywy, zdrowy. Nie chciała pytać, co i jak, tylko nakarmić, napoić, dać odpocząć. Janusz milczał.
Mamo, usiądź już
Ale Zdzisława krzątała się w kuchni, brząkała talerzami i filiżankami.
Mama, ojca znalazłem u innej baby.
Zdzisława odwróciła się, spojrzała na męża. Siedział przy stole na stołku, z rękami splecionymi na kolanach, głową spuszczoną, chudy, posępny, jak uczeń zawstydzony na dywaniku.
U jakiej innej, co tu się wyprawia, Janusz?
Cały czas Zdzisława wyobrażała sobie, że Januszowi stało się coś złego: go okradli, nie miał na bilet, pobili, biedak tuła się po Polsce i szuka kawałka chleba.
Nie wrócił do domu, tylko został u Zofii Borowskiej w jej domku nad Bałtykiem. Wyjechać nie chciał.
Zdzisława mrugała oczami na męża.
Jak to nie chciał?
Po prostu nie. Zrozumiałem, że żyję nie tak. Codzienna harówka: zakład dom zakład. Weekend działka. Brakuje mi wolności.
Wolności?! aż poczerwieniała.
Synku, po co ty go tu sprowadziłeś? Chciałeś mnie zgnębić? Lepiej by było powiedzieć, że leży w prosektorium, to przynajmniej byłam przygotowana. Czekałam jak głupia, oczy wypłakałam, a on u innej baby…
Zdzisława, chciałem od nowa zacząć to życie…
Nie, Janusz, ty się przegrzałeś na tych wczasach, słońce ci mózg przeparzyło. Prawdziwy facet wróciłby, rozwiódłby się jak człowiek, a potem by szukał nowej wolności. Byłbyś szczery wobec mnie i wobec siebie. Nie chcę cię tu widzieć, wynoś się…
Janusz wstał, przeszedł przez korytarz, zatrzymał się w pokoju.
Nieee, tak się nie wraca! Jakbyś wcale nie przyjechał! Nie mogę! krzyczała Zdzisława na krawędzi histerii.
Tato, idź, Piotr już stał w korytarzu.
Zdzisława znów zobaczyła Janusza po dwóch tygodniach.
Swoimi rutynowymi, spracowanymi ruchami zmiatała ścieżkę, spychała wodę z asfaltu po deszczu. Stał na rogu, w starym płaszczu i zabawnej, uszance.
Zdzisławo, zawołał, potem powtórzył głośniej.
Podniosła głowę, spojrzała martwym wzrokiem. Jakby połamał jej ręce i nogi, a ona gotowa była mu wybaczyć, ale nie mogła już podejść i przytulić. Janusz zbliżył się sam.
Zostałem tu, znowu pracuję w fabryce. Na brygadzistę mnie nie chcieli, robotnikiem jestem. Mogę wrócić?
Podniosła głowę, wsparła się na miotle i popatrzyła:
A wracaj! Ale musimy złożyć papiery o rozwód. Szybko!
Nie wybaczyłaś? Rozumiem.
To po co wróciłeś, jak rozumiesz?
Bo jak wyjeżdżałem, Zofia powiedziała: jak wyjedziesz, nie wracaj. No to wyprowadziłem się i wróciłem tu, Zdzisławo…
Ha, ha, ha! Nigdzie cię nie chcą, Janusz! Bo takich facetów to nikt nie potrzebuje. Syn cię przywiózł, bo by sam nie wyjechał bez ciebie, dlatego wróciłeś. Idź i żyj swoją nową wolnością, nie przeszkadzaj. Stąpasz tutaj tylko… i Zdzisława miotłą przyłożyła mu parę razy po butach.
Odwróciła się i z wyjątkowym gniewem zaczęła dalej zamiatać. Po pięciu minutach spojrzała przez ramię. Janusza już nie było. Odetchnęła, jakby zdjęto jej z ramion mokrą pościel. Bała się, że zostanie, a ona ulegnie i wybaczy… Jak często w życiu bywa ci, którzy ranią, są potem bronieni najsilniej.



