Basia, możemy się u ciebie przez chwilę zatrzymać, bo jesteśmy bez grosza przy duszy i o własnym mieszkaniu możemy tylko pomarzyć! oznajmiła mi moja dawna koleżanka.
Nie będę ukrywać jestem kobietą z energią co najmniej trzech studentów po kawie. Mimo 65 lat na karku potrafię latać po Polsce szybciej niż InterCity, a i ludzi ciekawych nietrudno mi napotkać. Czasem z łezką w oku przypominam sobie młodość to były czasy! Człowiek wsiadał do pociągu byle jakiego, jechał nad Bałtyk, na Mazury, na pole namiotowe, byle z paczką znajomych i konserwą turystyczną. Rejs Wisłą? Proszę bardzo, a wszystko za śmieszne pieniądze, czasem nawet za parę złotych!
No, ale cóż tamte złote czasy to już tylko zdjęcia w albumie i wspomnienia przy kawce.
Zawsze miałam smykałkę do nawiązywania kontaktów. Ludzi spotykałam wszędzie: na sopockiej plaży, w Teatrze Wielkim, w ogonku po lody Bambino. Często znajomości te trwały latami, przetrwały nawet transformację ustrojową!
I tak właśnie poznałam Danusię. Spędzałyśmy urlop w tym samym pensjonacie gdzieś w Krynicy Morskiej i już po tygodniu byłyśmy jak papużki nierozłączki. Po powrocie do codzienności wymieniałyśmy raz po raz kartki świąteczne, czasem list jeszcze na poczcie, bo internetu nikt nie wymyślił. Aż tu nagle kiedyś przybiega listonosz z telegramem (tak, moi drodzy, telegramem!). Bez podpisu, tylko bezczelne: O trzeciej rano przyjeżdża pociąg. Czekaj na mnie na dworcu!
Mąż tylko wzruszył ramionami: No chyba nie będziemy nad Wisłą o tej godzinie sterczeć, zwariowała? Ja też nie zamierzałam się wygłupiać.
Czwartej nad ranem, gdy człowiek nawet kawy jeszcze nie zdążył zrobić, dzwonek do drzwi. Otwieram, a tam ekipa jak z programu “Nasz nowy dom”: Danusia, dwie nastoletnie dziewczyny, babcia z tobołami i jakiś pan, chyba szwagier. Walizy większe niż lodówka, a miny jakby przyjechali do własnej willi na Saskiej Kępie.
Stoję jak zamurowana. Mąż za moimi plecami sapie. Danusia śmiało wchodzi do przedpokoju i mówi:
A czemu po nas nie wyszłaś? Przecież telegram posłałam! Taksówka kosztowała fortunę, dwadzieścia złotych z hakiem!
Ależ ja nie wiedziałam, od kogo to! tłumaczę się, jeszcze w piżamie.
E tam, ważne że miałam twój adres. Jesteśmy. I zostaniemy u ciebie dodaje z rozbrajającą szczerością. Wynajmu nie udźwigniemy na razie. A wy tu tak blisko centrum
Osłupiałam. No bo niby czemu? Przecież nie jesteśmy rodziną, do grobu sobie nic nie przysięgałyśmy. A tu nagle muszę gotować obiady na pięć osób, śniadania, kolacje a oni tylko coś przyniosą, ale nie kiwną palcem przy kuchence. Babcia w kółko opowiada o starym Wrocławiu, dziewczyny ciągle pytają, gdzie są gniazdka do ładowania telefonów, a Danusia… no cóż, opanowała kanapę i zmienia kanały szybciej niż pilot do TVP.
Po trzech dniach miałam dość. Grzecznie (choć z zaciśniętymi zębami) poprosiłam gości, żeby już opuszczali naszą skromną kawalerkę. Nie przewidziałam tylko, że nadejdzie… histeria. Danusia zaczęła tłuc talerze, krzyczeć jakby jej się świat zawalił. Reszta rodziny przyjęła to z godnością, ale wynosząc się, zdołali ukraść mi szlafrok, dwa ręczniki i jakimś cudem ogromny gar ruskich pierogów! Do dziś nie wiem, gdzie go podziałały.
Tak oto zakończyła się nasza rozdział pt. “Przyjaźń z Danusią”. Szczęśliwie bez powtórek. Od tej pory na nowe znajomości spoglądam podejrzliwie, a drzwi zamykam nawet wtedy, gdy wychodzę tylko wyrzucić śmieci. Z wiekiem człowiek jednak nabiera rozumu, nieprawdaż?



