Wiesz co, muszę Ci opowiedzieć pewną historię, która ostatnio mocno dała mi do myślenia. Chodzi o moją starszą ciotkę, Zofię. Ona ma już siedemdziesiąt osiem lat, dwie siostry jedną z nich jest moja mama no i właśnie wokół tych trzech kobiet wszystko się kręci.
Ciocia Zofia, swoją drogą, była żonata co najmniej dziesięć razy ludzie w rodzinie żartowali, że potrzebowała osobnych szuflad na nazwiska! Jej ostatni mąż, Stanisław, zmarł dziesięć lat temu. Dzieci nigdy nie mieli, więc po jego śmierci została sama w tym starym rodzinnym domku. Tam naprawdę czas się zatrzymał dwa pokoje, wychodek na podwórku, zero bieżącej wody, o gazie nawet nie wspomnę.
Wiesz, Stanisław, jej ostatni mąż, to był taki swojak, co zawsze miał jakieś historie do opowiedzenia. Myśmy ich często odwiedzali, pomagali w ogrodzie czy przy drobnych remontach, szczególnie odkąd ciocia została sama. Młodsza siostra Zofii, Wanda, mieszka od lat w Szwecji, ale siostry utrzymywały ze sobą kontakt przez telefon.
Po śmierci Stanisława jeździliśmy do Zofii praktycznie na każde jej zawołanie. Co sezon kupowaliśmy jej węgiel i drewno na opał, nigdy od niej niczego nie oczekując. Tyle razy namawialiśmy, żeby zamieszkała z nami w Krakowie, ale ona zawsze mówiła, że miasto to nie dla niej, że bez pola i ogrodu nie wytrzyma.
Stopniowo doprowadziliśmy jej wodę do domu, potem gaz. Potem już poszło łazienka została zrobiona na zewnątrz, dach wymieniony, no i mieliśmy taką satysfakcję, że ciocia ma w końcu te udogodnienia, co ludzie. A ona nam w podziękowaniu powiedziała, że dom zapisze w spadku naszym dzieciakom.
Jeździliśmy do niej, kiedy tylko zadzwoniła i czegoś potrzebowała. Ale potem wydarzyła się trochę szalona historia okazało się, że Zofia wyjechała do Szwecji, tam zamieszkała z Wandą. Zupełnie nagle siostry się zbliżyły, a ja się tylko zastanawiałam, skąd nagle ta cała miłość. Zapytałam o dom, a ciocia powiedziała: Na razie zostawcie, nic nie ruszajcie!
Z tyłu głowy miałam myśl, że może kiedyś wróci. Bo u Wandy w Szwecji nie było przestrzeni mieszkała tam z mężem Antonim oraz dorosłą córką, Pauliną wszyscy w jednym mieszkaniu.
W każdym razie, miałyśmy z mamą klucze do domu cioci, więc w weekend wsiadłyśmy w pociąg i pojechałyśmy sprawdzić, czy wszystko gra. Wyobraź sobie, że klucz do drzwi już nie pasował! Okazało się, że zamek wymieniony, a na płocie, wielkimi literami białą farbą, napisane Na sprzedaż.
Jak wróciłyśmy do domu, siadłam z laptopem, weszłam na jedną z tych polskich stron z nieruchomościami i patrzę, dom cioci Zofii tam jest! Zadzwoniłam do pośredniczki, a ona mówi, że już sprzedany za prawie dwieście tysięcy złotych! Nawet nie zadzwoniłam do cioci, bo byłam tak wkurzona, że nie miałam na to siły.
Tylko wiesz gdyby nie cała kasa i robota, którą w ten dom włożyliśmy, to by się tego nie dało sprzedać nawet za połowę tej ceny. Miesiąc później odezwała się do mnie Zofia powiedziała, że sprzedała dom, a pieniądze przekazała swojej siostrzenicy, tej córce Wandy ze Szwecji.
No i teraz siedzę, nie wiem, jak spojrzeć w oczy mojemu mężowi, bo przecież on też wkładał serce i nasze oszczędności w ten dom. Trochę się czuję jak frajerka, szczerze mówiąc. Taka to nasza polska saga rodzinna, jak z serialu człowiek chce dobrze, a potem życie pisze swoje scenariusze.



