Mam koleżankę, którą z czystym sumieniem mogę nazwać mistrzynią oszczędności. Oszczędza na wszystkim: na jedzeniu, na zupkach instant, nawet na papierze toaletowym, ale i tak jeździ nowym SUV-em i mieszka w centrum Warszawy. Pieniądze ma tylko wydawać nie umie.
Spotykamy się jedynie przy okazjach w stylu imienin czy jakichś świąt, na co dzień wolę zadzwonić. No i tydzień temu zaprosili mnie na urodziny. Powiem szczerze, liczyłam na porządny poczęstunek, bo w domu miałam pustą lodówkę.
W dniu imprezy rano wrzuciłam do plecaka starannie wybrany prezent (no, umówmy się, nie z bazarku), potem do pracy, a specjalnie na obiad nie jadłam nic więcej poza kawą i dwoma pierniczkami. W końcu wybieram się na imprezę, przecież nie będę się przejadać wcześniej.
Wybiła czwarta, stanęłam pod jej mieszkaniem i już miałam motylki w brzuchu głód plus radość. Wręczyłam prezent i powiedziałam z uśmiechem: Małgosiu, przysięgam, zaraz padnę z głodu, specjalnie nie jadłam! W odpowiedzi: Spokojnie, wszystko jest przygotowane, zaraz zaczynamy!
W salonie dość tłoczno sześć osób, plus Małgosia i jej mąż. Stołu niet, tylko jakaś okrągła stoliczka, a zamiast porządnych krzeseł kanapa w stylu PRL, gdzie jak się ktoś ruszył, to wszyscy razem.
Małgosia wyczarowała bufet na stoliku i tu zaczęła się matematyka na poziomie podstawówki. Na każdym talerzyku równo po osiem plasterków: kiełbasa podwawelska (moje ulubione), szynka, ser żółty, pomidor i ogórek wszystko pokrojone tak cienko, że prześwitywało. Do tego dwie miniaturowe sałatki w miseczkach typu dla lalek. Owoce? Proszę bardzo osiem winogron. I całość dopełniała jedna butelka Soplicy wyciągnięta spod zlewu. No królewska uczta!
Siedziałam, przeżuwałam ten mikro-plaster kiełbasy z serem, patrzyłam na resztę jak sęp nad Bałtykiem. Pije się? Nie pije się bo po takim mile to można najwyżej dostać kwaśnej miny. Nagle gospodarz oświadcza: To ja może coś na ciepło podam! i wychodzi do kuchni. Nadzieja wróciła.
Wraca Małgosia, a na talerzykach całe jedno podudzie pieczonego kurczaka i jedno ziemniaczko pieczone. Tak, to nie żart. Porcja idealna do wpisu na Instagrama: fit & light.
Za to tort był normalny, chwała mu za to. Po półtorej godziny biesiady wróciłam do domu, i pierwsze co zrobiłam, to wpadłam do Żabki po pierogi ruskie i kefir. W domu już najadłam się jak człowiek.
I tak oto udało mi się nie umrzeć z głodu na czyichś urodzinach. Oszczędność level hard, a gościnność nawet nie na poziomie zakładowego bufetu z lat 80! Czasem zastanawiam się, po co zapraszać ludzi na imprezy, jeśli się nie potrafi nakarmić nawet wróbla.



