Nie mam pojęcia, dlaczego zostałam żoną mojego męża serio, gdybym miała szklaną kulę, pewnie bym się dwa razy zastanowiła. Niedawno wzięliśmy ślub, wszystko miało być jak z polskiej komedii romantycznej, tylko zamiast happy endu dostałam niezły thriller.
Byłam przekonana, że Michał kocha mnie do szaleństwa. No, przynajmniej tak mi się wydawało, bo grzeszków mu wybaczałam tyle, ile porcji pierogów zjadłam na święta. Pozwalałam na wszystko wybaczałam, tuliłam, prałam i gotowałam, a jemu rosło ego szybciej niż ceny na stacjach benzynowych. Tak się przyzwyczaił do mojego oddania, że chyba uznał, iż każda Zosia, Marysia czy Jagoda będzie na jego skinienie rzucać mu się do stóp. Chociaż, szczerze mówiąc, wśród innych kobiet to on raczej nie wywołuje dzikiego poruszenia chyba tylko u mnie!
Tuż przed ślubem Michał wpadł na pomysł, że musi poukładać sobie w głowie i wyjechać sam na wakacje w Tatry. Żeby się odstresować przed nowym rozdziałem w życiu. No cóż, nie mogłam się sprzeciwić powiedziałam jedź, wypocznij, medytuj, może wyjdzie ci to na zdrowie. On pojechał podziwiać przyrodę, a ja zostałam w Krakowie, siedziałam na balkonie i wpatrywałam się w gołębie, tęskniąc jak bohaterka kiepskiego serialu.
Po tygodniu Michał wrócił. No to był najpiękniejszy moment prawie zrobiłam mu szarlotkę według przepisu babci Haliny, nakarmiłam domowym schabowym i byłam cała rozpromieniona. Przez chwilę poczułam się jak pani domu w polskim filmie lat 80.
Ale już nazajutrz zaczęło się dziać coś dziwnego. Michał co chwilę biegał do przedpokoju, potem znikał w drugim pokoju, bez powodu wychodził z domu do sklepu albo uwaga do kiosku po gazetę. Myślałam, że wynalazł nową pasję albo szuka tanich ubezpieczeń, ale nie.
Pewnego dnia, kiedy sama poszłam po mleko, znalazłam w skrzynce pocztowej list zaadresowany do mnie, od niego, wysłany podczas jego górskiej samotności. No, proszę państwa, nigdy nie dostałam takiego liściku z Tatr. Otwieram, czytam i mam wrażenie, że ktoś sobie ze mnie żartuje tekst taki, że by nawet w filmie Barei się nie zmieścił:
Cześć. Nie chcę Cię oszukiwać. Nie jesteś dla mnie odpowiednią osobą. Nie chcę spędzić z Tobą reszty życia. Ślubu nie będzie. Przepraszam, nie szukaj mnie, nie dzwoń, nie wracam.
Prawdziwy list cięty jak nożem do chleba krótko, zwięźle, po polsku i bez zbędnych ozdobników.
Dopiero wtedy zrozumiałam, dlaczego Michał non stop gapił się w skrzynkę pocztową jakby czekał na list z ZUS-u. Schowałam list, zniszczyłam, nie pisnęłam słowa. Udawałam, że nic się nie stało, chociaż w duszy burza i gradobicie jak w listopadzie w Łodzi. Tylko co ja mam zrobić z tym całym polskim małżeństwem, skoro mój mąż woli Tatry od wspólnego życia? Dlaczego w ogóle mnie poślubił i grał, jakby wszystko się zgadzało?
Ech, życie Czasem smakuje jak rozgotowany bigos.



