Wczoraj – Gdzie ty stawiasz tę salaterkę? Przecież zasłaniasz dostęp do wędlin! I w ogóle, przesuń kieliszki, zaraz przyjdzie Olek – wiesz, jak on lubi mieć przestrzeń do wymachiwania rękami przy rozmowie. Wiktor gorączkowo przesuwał kryształy na stole, prawie przewracając widelce. Halina westchnęła ciężko, wycierając ręce o fartuch. Stała przy kuchence od świtu, nogi bolały jak z ołowiu, a krzyż łupał na tym samym, znajomym miejscu. Ale nie było czasu na narzekanie – dziś przyjeżdża „gwiazdor wieczoru”, młodszy brat męża, Olek. – Witek, opanuj się – rzuciła, pilnując, by głos był spokojny. – Stół jest idealny. Lepiej powiedz, czy kupiłeś chleb żytni? Olek ostatnio narzekał, że jest tylko bułka, a on przecież dba o linię. – Kupiłem, kupiłem, razowy z kminkiem, tak jak lubi – Wiktor rzucił się do chlebaka. – Hala, a mięso? Mięso na pewno gotowe? Przecież on się zna, chodzi po knajpach, takimi kotletami nie zaimponujesz. Halina zacisnęła usta. Oczywiście, wiedziała. Olek, czterdziestoletni kawaler, nazywający siebie „wolnym artystą” – choć w praktyce żyjący z fuch i pomocy starszej matki – uważał się za znawcę kuchni. Każda jego wizyta zamieniała się dla Haliny w egzamin, z góry przegrany. – Upiekłam schab w miodowo-musztardowej marynacie – wyrecytowała. – Świeże mięso z targu, siedem dych za kilo. Jeżeli i to mu nie pasuje, umywam ręce. – Czemu od razu tak? – skrzywił się Wiktor. – Brat pół roku się nie pojawiał, tęsknił. Chce rodzinnie posiedzieć. Postaraj się, co? Ma teraz ciężki czas, „szuka siebie”. „Chyba pieniędzy, a nie siebie” – pomyślała Halina, lecz nie powiedziała ani słowa. Wiktor uwielbiał młodszego brata, uważał go za niespełnionego geniusza i obrażał się za każdą krzywą uwagę pod jego adresem. Dzwonek rozbrzmiał równo o siedemnastej. Halina szybko zdjęła fartuch, poprawiła włosy przed lustrem w korytarzu, naciągnęła dyżurny uśmiech. Wiktor już otwierał drzwi, rozpromieniony jak nowiutki samowar. – Olek! Bracie! Nareszcie! Na progu stał Olek. Wyglądał stylowo: modne rozpięte palto, szalik przerzucony niedbale przez ramię, lekki zarost dodający rzekomej męskości. Rozłożył szeroko ramiona, pozwalając się objąć, ale sam odklepał Wiktora tylko po ramieniu. Halina rzuciła okiem na jego ręce. Puste. Ani torby, ani ciasta, ani nawet marnych kwiatów. Przyszedł w gości po pół roku nieobecności, do stołu uginającego się pod jedzeniem – bez niczego. Nawet dzieciom, które szczęśliwie były dziś u babci, nie zostawił czekolady. – Cześć Hala – rzucił niedbale, zaglądając do mieszkania, nie zdejmując butów, za to krytycznym wzrokiem ocenił przedpokój. – Remont? Kolor taki… szpitalny. Ale nieważne, byle wam się podobało. – Witaj Olek – odpowiedziała z dystansem. – Chodź, umyj ręce. Kapcie nowe. – Swoich nie wziąłem, po cudzych to można grzybicy dostać – machnął ręką. – Będę w skarpetach. Mam nadzieję, że podłoga czysta? Halina poczuła, jak zaczyna się w niej gotować. Zmywała dwa razy przed jego wizytą. – Czysta, Olek. Chodź do stołu. Usiedli w pokoju gościnnym. Stół prezentował się naprawdę odświętnie – śnieżny obrus, eleganckie serwetki, trzy rodzaje sałatek, deska wędlin i serów, czerwona ikra, marynowane grzybki własnej roboty Haliny. Na środku parowało gorące danie. Olek usadowił się wygodnie, omiatając wszystko wzrokiem. Wiktor krzątał się gorączkowo, otwierał specjalnie kupioną wczoraj dla brata koniakową butelkę – drogi, pięcioletni. – No, za spotkanie! – zakrzyknął Wiktor, rozlewając trunek. Olek wziął kieliszek – obejrzał pod światło, powąchał. – Armeński? – skrzywił się. – Ja generalnie wolę francuski – aromat delikatniejszy. Ten czuć spirytusem. Ale niech tam, darowanemu koniowi… Wypił szybko, bez smakowania, i od razu sięgnął widelcem po najdroższy kawałek wędliny. – Smacznego, Olek – powiedziała Halina, podsuwając sałatę. – Sałatka z krewetkami i awokado, nowy przepis. Olek podniósł widelcem krewetkę, obejrzał ją jak jubiler diament. – Krewetki mrożone? – zapytał tonem specjalisty. – Oczywiście, przecież nie mieszkamy nad morzem – zdziwiła się Halina. – W sklepie, królewskie. – Guma – orzekł Olek, rzucając krewetkę z powrotem do sałatki. – Halina, rozgotowałaś je. Krewetkę wrzuca się do wrzątku na dwie minuty. Tu… włókna twarde. Awokado niedojrzałe, chrupie. Wiktor zamarł z łyżką w powietrzu. – No co Ty, Olek, dobre! Sam próbowałem, super wyszło. – Witek, smak trzeba kształtować – pouczył brat. – Jeśli całe życie jesz taniznę, nie poznasz prawdziwej kuchni. W zeszłym tygodniu byłem na otwarciu restauracji, podawali ceviche z przegrzebków. Tekstura! Tu… w ogóle, majonez domowy chociaż? Halina poczuła napływający rumieniec – majonez był zwykły ze sklepu, „Kielecki”. Nie miała siły kręcić domowego. – Sklepowy – rzuciła chłodno. – No tak – westchnął Olek, jakby usłyszał wyrok. – Ocet, konserwanty, skrobia. Czysta trucizna. Dobra, daj to mięso. Chociaż ono może uratowało sytuację. Milcząc, Halina nałożyła mu dorodny plaster schabu, polała sosem, dodała ziemniaki z rozmarynem. Pachniało bajecznie. Ale Olek był „koneserem”. Pokroił kawałek, przeżuwał długo, patrząc w sufit. Halina i Wiktor siedzieli w napięciu – ona z narastającą złością, on z nadzieją. – Suche – orzekł w końcu Olek. – Sos… miód wszystko tłumi. Za słodkie. Mięso musi być mięsem, a nie deserem. I za krótko marynowałaś, włókna się nie rozeszły. Trzeba w kiwi albo w mineralnej na całą dobę. – Marynowałam całą noc, w przyprawach i musztardzie – powiedziała odprawiając cicho Halina. – Zawsze wszystkim smakowało. – No, „wszystkim” – pojęcie względne. Może Twoim koleżankom z pracy, które nic poza marchewką nie jadły. Ja patrzę obiektywnie. Da się zjeść, ale bez przyjemności. Odsunął talerz – ocalała prawie cała porcja wartego trzy dychy schabu – i sięgnął po grzyby. – Grzyby przynajmniej Wasze? Czy z Chin ze słoika? – Nasze – warknęła Halina. – Sami zebraliśmy, sami kisiliśmy. Olek zjadł, skrzywił się. – Za dużo octu. Żołądek wypalisz. I sól w nadmiarze. Pewnie zakochana jesteś, skoro tak przesalasz? – zachichotał, zadowolony ze żartu. – Witek, pilnuj ciśnienia, z taką dietą długo nie pociągniesz. Wiktor nerwowo się zaśmiał, chcąc złagodzić nastrój. – Daj spokój, bracie, grzyby fajne. Pod wódkę w sam raz. Dolej jeszcze. Wypili. Olek się rozkrasił, rozluźnił szalik, palta nie zdejmując – podkreślając, że to wizyta tymczasowa i w ogóle łaskę robi. – Nie było lepszej ikry? – pytał, grzebiąc w kanapce. – Jakaś drobna, pełna błonek. Z promocji? – Olek, to ketowa ikra, sześć stówek za kilo – nie wytrzymała Halina, głos zadrżał. – Specjalnie dla Ciebie kupiliśmy, sami nie jemy, oszczędzamy. – Oszczędzać na jedzeniu to najgorsze – filozofował Olek, połykając kolejną „gorszą” kanapkę. – Jesteś tym, co jesz. Ja nigdy nie kupuję taniej wędliny. Wolę chodzić głodny. A Wy… zapchacie lodówkę taniochą z promocji, potem narzekacie na brak energii, szarą cerę. Halina spojrzała na męża. Wiktor siedział ze wzrokiem w talerzu, przeżuwając, jakby nic się nie działo. Jego milczenie raniło bardziej niż słowa Olka. Znowu wybrał postawę strusia – schować głowę w piasek, by nie kłócić się z „ukochanym braciszkiem”. – Witek – zwróciła się do męża – Tobie też schab jest suchy? Wiktor się zakrztusił. – Ej… nie, Halinko, pyszny. Naprawdę pyszny. Olek po prostu się zna, ma wyczucie subtelniejsze… – Aha, subtelniejsze – Halina odłożyła widelec. Metal głośno zadudnił o talerz. Jak wystrzał. – Czyli ja mam gust prymitywny. I ręce krzywe. I gotuję truciznę. – Halinko, nie zaczynaj awantury – skrzywił się Olek. – Przecież daję Ci konstruktywną krytykę. Rozwijaj się. Powinnaś podziękować. Przyzwyczaiłaś się, że Witek wszystko je i chwali, więc się rozleniwiłaś. Kobieta musi się doskonalić. – Podziękować? – zapytała Halina. – Ty chcesz, żebym podziękowała? Wstała od stołu. Krzesło zaskrzypiało ostro. – Halinka, dokąd? – wystraszył się Wiktor. – Przecież jeszcze nie zjedliśmy nawet. – Zaraz wracam – odparła dziwnie. – Przyniosę deser. Olek lubi słodkie. Wyszła do kuchni. Tam, na blacie, czekał jej słynny „Napoleon” – piekła go wczoraj do drugiej w nocy. Dwanaście cienkich blatów, krem z domowych żółtek, prawdziwa wanilia… Spojrzała na tort, potem na pusty śmietnik. Dłonie drżały. Urażenie, zbierane latami, nagle wylało się przez brzeg, zalewając rozsądek. Ile razy ten człowiek gościł w ich domu, jadł, pił, brał pożyczki, których nigdy nie oddawał? Ile razy krytykował jej remont, stroje, dzieci? Zawsze Wiktor milczał. Zawsze usprawiedliwiał. „Jest artystą, wrażliwy”. A ona, Halina – żelazna? Nie tknęła tortu. Po prostu chwyciła duży półmisek i wróciła do salonu. – I co, wreszcie deser? – rozpromienił się Olek, wyciągając szyję. – Oby nie ciasto z supermarketu? Halina podeszła i spokojnie, metodycznie zaczęła zbierać talerze. Najpierw schab. Potem sałatkę z „gumowymi” krewetkami. Potem wędliny. – Ale co Ty robisz? – zbaraniał Olek, gdy znikały kanapki sprzed jego nosa. – Przecież nie skończyłem! – Po co masz jeść? – zdziwiła się, patrząc mu w oczy. – Przecież to wszystko niejadalne. Suche mięso, sałatki z „majonezową trucizną”, gumowe krewetki, zła ikra. Nie mogę pozwolić, żeby gość się truł takim paskudztwem. Nie jestem Twoim wrogiem. Wiktor zerwał się z miejsca. – Halina! Przestań! Co to za cyrk?! Postaw to z powrotem! – Nie, Witek, to nie cyrk. Cyrk jest, gdy ktoś przychodzi do czyjegoś domu z pustymi rękami, siada do stołu, na który wydaliśmy ćwiartkę Twojej pensji i zaczyna pomiatać gospodynią. – Nie pomiatałem! – oburzył się Olek, twarz zalewały plamy złości. – Wyraziłem tylko opinię! Mamy przecież wolność słowa! – Wolność – przytaknęła Halina, zbierając dalej. – Dlatego ja mam wybór, kogo w moim domu karmię, a kogo nie. Sam powiedziałeś, że wolisz być głodny niż jeść byle co? Szanuję to. Bądź głodny. Odwróciła się i wyniosła górę jedzenia do kuchni. W salonie zawisła cisza. – Zwariowałaś? – syknął Wiktor, biegnąc za nią. – Ośmieszasz mnie przed bratem! Wróć z jedzeniem! Przeproś natychmiast! Halina odstawiła półmisek na blat, odwróciła się do niego. W oczach nie było łez, tylko lodowata determinacja. – Ja ośmieszam? A Ty, gdy siedziałeś i kiwałeś, kiedy on mnie wyśmiewał, to się nie ośmieszałeś? Jesteś facet czy szmata, Witek? Zjadł ikry za tysiaka w pięć minut i orzekł, że zła. Czy choć raz kupiłeś mi taką ikrę, ot tak, bez okazji? Nie. Wszystko najlepsze dla gości. A gość nas traktuje jak podnóżek. – To mój brat! Rodzina! – A ja Twoja żona! Dziesięć lat piorę, gotuję, sprzątam. Wczoraj po pracy do północy stałam przy garach. Po co? Żeby usłyszeć, że mam dwie lewe ręce? Jeśli się nie zamkniesz i nie przestaniesz mnie obwiniać, ten „Napoleon” wyląduje Ci na głowie. Nie żartuję, Witek. Wiktor odsunął się. Nigdy jej takiej nie widział. Halina zawsze była potulna, „wygodna”. Teraz przed nim stała zagorzała harpia, gotowa rozprawić się z całym światem. Olek zajrzał do kuchni. Wyraz już nie władczy, raczej zdezorientowany i urażony. – No wiecie… – zaczął. – Takiej gościnności jeszcze nigdzie nie widziałem. Przychodzę z sercem na dłoni, a Wy wypominacie mi chleb? – Z sercem? – parsknęła Halina. – W czym się to wyraża? W pustych rękach? Przyniosłeś kiedykolwiek coś do naszego domu? Choćby herbatę? Przychodzisz tylko jeść i narzekać. – Ja… jestem chwilowo pod kreską! Mam przejściowe trudności! – Ty masz przejściowe trudności przez dwadzieścia lat. Za to palto nowe, szalik markowy, na każdą prezentację chodzisz. Ale pożyczyć od brata pięć stówek i nie oddać – to podstawa. – Zamknij się, Hala! – wykrzyknął Wiktor. – Nie wyliczaj cudzych pieniędzy! – To nie cudze, to NASZE pieniądze! Pieniądze naszej rodziny, które wydajemy, by karmić tego… degustatora! Olek teatralnie chwycił się za serce. – Wystarczy. Tego już za wiele. Minuty tu nie zostanę. Witek, nie wierzę, że ożeniłeś się z taką awanturnicą. Noga moja tu więcej nie postanie. Odwrócił się gwałtownie, pobiegł do przedpokoju. Wiktor ruszył za nim. – Olek, poczekaj! Nie słuchaj jej, pewnie jej się cykl zaczął, albo w pracy ją przycisnęli! Zaraz się uspokoi! – Nie, bracie – głos Olka brzmiał godnie, zakładał już buty na skarpetę. – Tej zniewagi nie wybaczę. Odchodzę. Nie dzwoń, póki nie przeprosi! Trzasnęły drzwi. Wiktor długo patrzył na zamknięte wejście, jakby to były bramy raju. Potem powoli poszedł do kuchni, gdzie Halina przekładała mięso do pojemników. – Jesteś dumna? – spytał głucho. – Skłóciłaś mnie z jedynym bratem. – Pozbyłam się darmozjada – odparła, nie patrząc na niego. – Siadaj, jedz. Mięso jeszcze ciepłe. A może też dla Ciebie za suche? Wiktor usiadł, objął głowę dłońmi. – Jak mogłaś? Przecież to gość… – Gość powinien zachowywać się jak gość, a nie jak sanepid. Witek, posłuchaj: ja NIGDY więcej nie szykuję stołu dla niego. Chcesz się z nim widywać – idź do niego, albo do knajpy. Za swoje. Żadnych pieniędzy ani wysiłku z mojej strony dla Olka. – Zrobiłaś się okrutna – wymamrotał. – Stałam się sprawiedliwa. Jedz. Albo wyniosę. Wiktor spojrzał na apetyczny schab. Żołądek zagrzmiał. Był głodny, a zapach mięsa trafił w sedno. Wziął ostrożnie widelec. Ukroił. Spróbował. Mięso było idealne – miękkie, aromatyczne. Sos dodawał pikantnej słodyczy, musztarda – charakteru. Wyborne. – I jak? – spytała Halina, widząc, jak Wiktor rozmarza z zadowolenia. – Smaczne – przyznał cicho. – Bardzo smaczne, Hala. – No właśnie. A Twój brat to zazdrosny nieudacznik, który dowartościowuje się kosztem innych. W końcu zrozum to. Wiktor jadł i myślał. Po raz pierwszy do głowy wpadła mu myśl, że żona może mieć rację. Wspomniał puste ręce Olka, jego ton, własne zakłopotanie przy krytyce. – A tort? – zapytał. – Tort zjemy? Halina odetchnęła. Po raz pierwszy dziś szczerze się uśmiechnęła. – Zjemy. I herbatę z tymiankiem, jak lubisz. Wyjęła Napoleona, majestatycznego i pięknego. Pokroiła na porządne porcje. Siedli razem w kuchni, pili herbatę, jedli ciasto, a napięcie z wolna ustępowało. – Wiesz – rzucił Wiktor, kończąc drugi kawałek – nawet mamie na urodziny nic nie dał. Powiedział, że sam siebie dał. – No widzisz – potwierdziła Halina. – Otwierają Ci się oczy. Telefon Wiktora zabrzęczał. Przyszła wiadomość od Olka: „Mógłbyś chociaż dać kilka kanapek na wynos, wyszedłem głodny. Zwróć mi pięć stówek za straty moralne”. Wiktor przeczytał wiadomość na głos. Zapadła cisza. Halina uniosła brwi. – Co odpiszesz? Wiktor patrzył na żonę, przytulną kuchnię, pyszny tort. Na telefon. Powoli, starannie wpisał odpowiedź: „Idź do restauracji, przecież jesteś smakosz. Kasy brak”. Kliknął „Zablokuj”. – Co napisałeś? – zapytała Halina. – Że idziemy spać. Halina udawała, że wierzy, ale kątem oka widziała ekran. Podeszła, objęła go od tyłu za ramiona. – Dobrze zrobiłeś, Witek. Choć długo to trwało. Tego wieczoru zrozumieli oboje coś istotnego: czasem, by ocalić rodzinę, trzeba wyrzucić z niej zbędnych ludzi. Nawet jeśli są krewnymi. A schab był przepyszny, choćby nie wiem co mówili „znawcy” z pustymi kieszeniami.

Wczoraj

No gdzie Ty stawiasz tę salaterkę, Wiesiek? Zasłaniasz dostęp do wędlin! Przesuń kieliszki, zaraz Piotr przyjdzie, a on przecież lubi mieć miejsce, żeby gestykulować podczas rozmowy.

Wiesław nerwowo przestawiał kryształ na stole, omal nie zrzucając widelców na podłogę. Halina westchnęła ciężko, wycierając ręce o fartuch. Przy garach stała dziś od rana, nogi miała jak z ołowiu, a plecy bolały w tym samym co zawsze miejscu. Ale nie było czasu na narzekanie. Dziś odwiedzał ich gwiazdor rodzinny młodszy brat męża, Piotr.

Wiesiek, przestań się stresować powiedziała, starając się brzmieć spokojnie. Stół wygląda idealnie. Powiedz mi lepiej, czy kupiłeś chleb żytni? Piotr ostatnio marudził, że u nas tylko bułka, a on przecież trzyma linię.

Kupiłem, oczywiście! Razowy, z kminkiem, jak lubi rzucił Wiesław, szukając w chlebaku. Halinko, a mięso gotowe? Przecież wiesz, co on potrafi wymagać zna się na jedzeniu, po restauracjach chodzi. Kotletami go nie zaskoczysz.

Halina zacisnęła usta. Oczywiście, że wiedziała. Piotr, czterdziestoletni singiel, określający się jako wolny artysta, a w rzeczywistości utrzymujący się z dorywczych prac i wsparcia schorowanej matki, uważał się za kulinarnego znawcę. Każda jego wizyta była dla Haliny egzaminem, którego z góry nie mogła zdać.

Upiekłam karkówkę w miodowo-musztardowym sosie odpowiedziała. Świeże mięso, prosto z targu. Siedemdziesiąt złotych za kilogram. Jeśli i to mu nie podejdzie, to ręce umywam.

Cicho bądź! skrzywił się Wiesław. Brat pół roku się nie pojawiał, stęsknił się. Chce usiąść po polsku, rodzinnie. Staraj się, dobrze? Ciężki czas ma, szuka siebie.

Raczej pieniędzy szuka pomyślała Halina, ale nic nie powiedziała. Wiesław wielbił młodszego brata, uważał go za niedocenionego geniusza i obrażał się o każde krytyczne słowo pod jego adresem.

Dzwonek zabrzmiał punktualnie o siódmej. Halina szybko zdjęła fartuch, poprawiła fryzurę w lustrze i przywdziała uprzejmy uśmiech. Wiesław już otwierał drzwi, promienny jak wypolerowany samowar.

Piotruś! Braciszku! Nareszcie!

Piotr wyglądał trzeba przyznać efektownie: rozpięty modny płaszcz, szalik nonszalancko rzucony na ramię, zarost dodający mu rzekomo szlachetnej surowości. Ramiona rozłożył szeroko, pozwalając się bratu uściskać, sam tylko lekko poklepał Wiesława po plecach.

Halina zerknęła na jego ręce. Pusto. Ani siatki, ani ciasta, ani nawet kwiatka. Przyszedł po pół roku do domu, do stołu zastawionego wszelkim dobrem, i nie przyniósł nic. Nawet dzieciom, które dziś były u babci, nie zostawił czekoladki.

Cześć, Halina rzucił, wchodząc do mieszkania i rzucając okiem na przedpokój. Przemalowaliście ściany? Kolor taki szpitalny. No ale grunt, że wam odpowiada.

Witaj, Piotr odpowiedziała z rezerwą. Idź, umyj ręce. Tu nowe kapcie.

Nie wziąłem swoich, a w cudzych łatwo grzyba złapać burknął. Przejdę w skarpetach. Podłoga czysta, mam nadzieję?

Halina poczuła, jak narasta w niej złość. Dwa razy szorowała podłogę przed przyjazdem.

Czysta, Piotr. Chodź do stołu.

Zasiedli w salonie. Stół prezentował się odświętnie: śnieżnobiały obrus, eleganckie serwetki, trzy rodzaje sałatek, deska wędlin i serów, łosoś, marynowane grzyby, które Halina sama zbierała i wekowała na jesień. W centrum parowało gorące mięso.

Piotr ułożył się wygodnie na krześle, podziwiając obfitość. Wiesław się krzątał, otwierając koniak drogi, pięcioletni, kupiony specjalnie dla brata.

No, to za spotkanie! zakrzyknął Wiesław, polewając.

Piotr popatrzył na kieliszek, powąchał.

Ormiański? skrzywiony. Wolę francuski, bardziej wyrafinowany. Ten pachnie spirytusem. Ale cóż, darowanemu koniowi się w zęby nie zagląda

Wypił szybkim ruchem, nie delektując się, i sięgnął po najlepszy kąsek wędzonej polędwicy.

Poczęstuj się, Piotr zachęciła Halina, przesuwając miskę z sałatką. Tu nowa sałatka, z krewetkami i awokado.

Gość obejrzał krewetkę jak jubilera oceniającego klejnot.

Mrożone? spytał.

Oczywiście. Nie jesteśmy nad morzem zdziwiła się Halina. Kupiłam królewskie.

Guma, orzekł Piotr, wrzucając krewetkę z powrotem. Przegotowane. Krewetkę trzeba tylko sparzyć dwie minuty. A awokado chyba niedojrzałe, chrupie.

Wiesław, nakładający sałatkę, zamarł.

Eee, dobre przecież! protestował. Smakowało mi, świetnie wyszło.

Wiesiek, gust trzeba kształtować. Jak się całe życie jada byle co, to człowiek nigdy nie pozna prawdziwej kuchni. W zeszłym tygodniu byłem w nowym lokalu, podali ceviche z przegrzebków Tekstura idealna! A tu Majonez chociaż domowy?

Halina poczuła jak policzki jej płoną. Majonez był ze sklepu, a do ubijania żółtek nie miała dziś siły.

Sklepowy.

Jasne westchnął Piotr, jakby usłyszał tragiczną diagnozę. Ocet, konserwanty, skrobia. Trucizna. Daj mi mięso, mam nadzieję, że tu nie schrzanione.

Halina bez słowa nałożyła duży, soczysty kawałek karkówki, polała sosem i dołożyła pieczone ziemniaki z rozmarynem. Zapach apetyczny, aż ślinka cieknie. Ale Piotr nie był przeciętnym człowiekiem, był degustatorem.

Odciął kawałek, przeżuwał długo, patrząc w sufit. Wiesław wyczekująco, Halina z coraz większą złością.

Sucha orzekł Piotr w końcu. A sos miód dominuje wszystko. Za słodko. Mięso musi być mięsem. No i czuć, że za krótko marynowane. Powinno się trzymać w kiwi albo mineralnej dobę, nie noc.

Marynowałam w przyprawach i musztardzie całą noc. Zawsze wszystkim smakowało.

Wszystkim to pojęcie względne. Twoim koleżankom z pracy pewnie też, bo tylko słodką marchew jadły. Ja mówię obiektywnie. Da się zjeść w razie głodu, ale przyjemności żadnej.

Odchylił talerz, zostawiając niemal nietknięte mięso warte trzydzieści złotych, i sięgnął po grzyby.

Grzyby swoje, czy chińskie z puszki?

Swoje, sami zbieraliśmy.

Piotr włożył jednego do ust, skrzywił się.

Za dużo octu. Żołądek Ci wypali. I przesoliłaś. Pewnie zakochana jesteś, skoro solisz tak mocno? roześmiał się, zadowolony ze swojego żartu. Wiesiek, pilnuj siebie, z taką dietą nie pociągniesz długo.

Wiesław zaśmiał się nerwowo.

Daj spokój, Piotr, dobre grzyby. Po kieliszku jak znalazł. Nalej jeszcze!

Wypili. Piotr się czerwienił, rozwiązał szalik, ale płaszcza nie zdjął jakby dawał znać, że zaraz wychodzi i jego obecność jest specjalną łaską.

A kawior był chociaż porządny? spytał, dziobiąc kanapkę. Taka drobna, dużo błonek, po promocji kupiliście?

Piotr, to kawior z łososia, sto pięćdziesiąt złotych za słoik, dla Ciebie specjalnie Halina nie wytrzymała, głos jej zadrżał. Sami nie jemy, oszczędzamy.

Oszczędzać na jedzeniu to najgorsza rzecz powiedział filozoficznie Piotr, połykając zły kawior. Jesteśmy tym, co jemy. Ja taniej kiełbasy w życiu nie kupię, wolę być głodny. A Wy zapełniacie lodówkę promocjami, potem się dziwicie, że energii brak, a skóra szara.

Halina spojrzała na męża. Wiesław żuł mięso, pochylony nad talerzem, udając że nic się nie dzieje. Jego milczenie bolało bardziej niż krytyka Piotra. Znowu chował głowę w piasek, byle nie stanąć po jej stronie.

Wiesiek, zwróciła się do męża, a Tobie mięso też wydaje się suche?

Wiesław się zakrztusił.

Eeee nie, Halinko, dobre. Bardzo dobre. Po prostu Piotr zna się lepiej, ma wyrafinowany smak

Ach, wyrafinowany Halina odłożyła widelec. Metal uderzył o porcelanę jak strzał. Czyli mnie gust tępy, ręce krzywe, a gotuję truciznę.

Halina, przestań histeryzować skrzywił się Piotr. Przecież daję Ci konstruktywną krytykę. Żebyś się rozwijała. Powinnaś dziękować. Zawsze przecież Wiesiek wszystko zje i pochwali, a Ty się rozleniwiłaś. Kobieta musi się doskonalić.

Dziękować? powtórzyła Halina. Chciałbyś, żebym ci podziękowała?

Wstała od stołu. Krzesło zgrzytnęło nieprzyjemnie.

Halina, dokąd idziesz? wystraszył się Wiesław. Przecież jeszcze nie posiedzieliśmy.

Przyniosę deser. Piotr lubi słodkie powiedziała monotonnym głosem.

Wyszła do kuchni. Tam stało jej sztandarowe ciasto Napoleon, pieczone do drugiej w nocy. Dwanaście cienkich blatów, krem z domowych żółtek, wanilia Popatrzyła na tort i pusty kosz na śmieci.

Ręce jej drżały. Żal, który zbierała latami, wylewał się właśnie strumieniem. Ile razy ten człowiek przychodził, jadł, pił, pożyczał pieniądze i nie oddawał? Ile razy wyśmiewał jej wystrój, ubrania, dzieci? A Wiesław zawsze milczał. Zawsze tłumaczył. Taki twórczy, taki wrażliwy. A Halina żelazna?

Nie tknęła ciasta. Wzięła duży tacę i wróciła do salonu.

O, deser idzie? ożywił się Piotr. Mam nadzieję, że nie kupny drożdżowy?

Halina spokojnie zaczęła zbierać talerze. Najpierw mięso. Potem gumowe” krewetki. Wędliny.

Ej, co robisz? nie zrozumiał Piotr, gdy zabrała mu kanapkę spod nosa. Jeszcze nie zjadłem!

Po co masz jeść? zdziwiła się Halina, patrząc mu w oczy. Przecież wszystko jest niejadalne. Mięso suche, sałatki z majonezową trucizną, krewetki gumowe, kawior kiepski. Nie mogę pozwolić, żeby gość taki się truł. To byłby grzech.

Wiesław zerwał się z krzesła.

Halina! Przestań! Co to za teatr?! Odłóż jedzenie!

Nie, Wiesiek, to nie teatr. Teatr jest wtedy, gdy ktoś przychodzi z pustymi rękami do cudzego domu, siada do stołu, na który wydaliśmy ćwierć Twojej pensji, i obrzuca błotem gospodynię.

Ja nie obrzułem! oburzył się Piotr, jajca wypieki na twarzy. Wyraziłem opinię! Żyjemy w wolnym kraju!

Wolnym potwierdziła Halina, zbierając talerze. Dlatego ja decyduję, kogo karmić w swoim domu. Sam powiedziałeś, że wolisz być głodny niż jeść byle co. Uszanuję to. Bądź głodny.

Rozwinęła się i z tacą poszła do kuchni. W salonie zapadła cisza.

Zwariowałaś? szeptał wściekle Wiesław, który pobiegł za żoną. Ośmieszasz mnie przed bratem! Oddaj jedzenie! Przeproś go!

Halina odstawiła tacę i spojrzała mu w oczy. Zamiast łez była tam chłodna determinacja.

Ja Ciebie ośmieszam? A Ty, kiedy milczysz i pozwalasz, żeby mnie poniżał, siebie nie ośmieszasz? Jesteś facet czy mięczak, Wiesiek? On wchłonął kawior za stówę w pięć minut i powiedział, że zły. A Ty chociaż raz mi ten kawior kupiłeś bez powodu? Nie. Wszystko najlepsze dla gości. Gość depcze nas po głowach.

To mój brat! To krew moja!

A ja żona! Od dziesięciu lat piorę Ci, gotuję, sprzątam. Wczoraj po pracy pół nocy stałam przy garach. Po co? Żeby usłyszeć, że mam krzywe ręce? Jeśli zaraz się nie zamkniesz i nie przestaniesz mnie oskarżać, ten Napoleon wyląduje Ci na głowie. Nie żartuję.

Wiesław się wycofał. Nigdy jej takiej nie widział. Halina zawsze była miękka, ustępliwa, wygodna. Teraz stała przed nim jak rozjuszona lwica, gotowa zniszczyć wszystko.

Do kuchni zaglądnął Piotr. Wyglądał już raczej zagubiony niż pewny siebie.

Takiego gościnnego przyjęcia to jeszcze nie widziałem. Przychodzę z sercem, a tu kąśliwie o chlebie mi się wymawia

Przychodzisz z sercem? uśmiechnęła się Halina krzywo. A gdzie jest to serce? W pustych rękach? Czy choć raz przez te lata przyniosłeś coś do naszego domu? Choćby herbaty? Przychodzisz tylko jeść i krytykować.

Po prostu mam teraz trudności! Krótkotrwałe!

Twoje trudności trwają już dwadzieścia lat. Nowy płaszcz, drogi szalik, prezentacje restauracji. Pięć stówek od brata do wypłaty świętość.

Halina, przestań! krzyczał Wiesław. Nie licz cudzych pieniędzy!

To nie są cudze, to NASZE! Pieniądze rodziny, a my odbieramy sobie, dzieciom, żeby karmić tego konesera!

Piotr teatralnie złapał się za serce.

Dość! Nie wytrzymam. W takim domu nie zostanę ani minuty. Wiesiek, nie sądziłem, że poślubisz taką awanturnicę. Nigdy tu nie wrócę.

Pognał do przedpokoju. Wiesiek ruszył za nim.

Piotruś, zaczekaj! Nie zwracaj uwagi, Halina ma okres albo padła z pracy! Zaraz się uspokoi!

Nie, brat odezwał się Piotr z tragicznym tonem, nakładając buty na skarpetki. Tego nie da się odkręcić. Odchodzę. Nie dzwoń, dopóki nie przeprosi.

Trzasnęły drzwi.

Wiesław stał w przedpokoju, patrząc na zamknięte drzwi, jakby to były brama do raju. Potem powoli poszedł do kuchni, gdzie Halina spokojnie przekładała mięso do pojemników.

Dumna jesteś? spytał zgaszonym głosem. Poróżniłaś mnie z jedynym bratem.

Uwolniłam nas od darmozjada rzuciła, bez odwracania się. Jedz, póki ciepłe. Albo też Ci za suche?

Wiesław usiadł, chwycił głowę w dłonie.

Mogłaś się powstrzymać, jest przecież naszym gościem

Gość powinien być gościem, a nie sanepidem. Wiesiek, wyjaśnij sobie w końcu nigdy już nie będę gotować dla Piotra. Chcesz go spotkać, idź do niego albo do knajpy. Ale za swoje pieniądze. Ja już nie wydam na niego ani złotówki, ani godziny.

Stałaś się okrutna jęknął.

Stałam się sprawiedliwa. Jedz. Albo sprzątam.

Wiesław spojrzał na soczystą karkówkę. Brzuch aż burczał. Niezrażony kłótnią, zaczął jeść. Odciął kawałek. Spróbował.

Mięso było wyborne, rozpływało się w ustach. Sos dawał słodką nutę, musztarda ostrzejszy pazur. Pyszne.

I jak? zapytała Halina, zauważając wyraz zadowolenia na jego twarzy.

Bardzo dobre przyznał szczerze. Przepyszne, Halinko.

Widzisz. Brat po prostu zazdrosny, żyjący na koszt innych, który próbuje się dowartościować cudzym kosztem. Zrozum to.

Wiesław żuł i myślał. Pierwszy raz przemknęło mu przez głowę, że Halina może mieć rację. Przypomniał sobie puste ręce brata. Jego ton wyższościowy. To, jak czuł się sam gdy brat krytykował jedzenie.

A ciasto? wyjąkał. Zjemy tort?

Halina uśmiechnęła się szczerze, pierwszy raz tego wieczoru.

Jasne. I zrobię herbatę z tymiankiem, tak jak lubisz.

Wyjęła Napoleona, pokroiła go na duże kawałki. Pili herbatę, jedli ciasto, a napięcie powoli ustępowało.

Wiesz powiedział Wiesław, kończąc drugi kawałek on nawet mamie nic nie kupił na urodziny w zeszłym miesiącu. Powiedział, że jego obecność to najlepszy prezent.

No widzisz odparła Halina. Zaczynasz zauważać.

Telefon Wiesława zadźwięczał. SMS od Piotra: Mogłeś dać parę kanapek na wynos, wyszedłem głodny. Oczekuję 500 zł na konto za straty moralne.

Wiesław przeczytał na głos. Zapadła cisza. Halina uniosła pytająco brwi.

Co mu odpiszesz?

Wiesław spojrzał na żonę, na przytulną kuchnię, smakowite ciasto. Potem na telefon. Napisał spokojnie: Najedz się w restauracji, przecież jesteś koneserem. Pieniędzy nie mam. Po czym zablokował numer.

Co napisałeś? spytała Halina.

Że idziemy spać odpowiedział Wiesław.

Halina udawała, że uwierzyła, choć kątem oka widziała ekran. Podeszła do męża i objęła go za ramiona.

Jesteś dzielny, Wiesiek. Tylko wolno łapiesz.

Tego wieczoru zrozumieli coś prawdziwego o sobie nawzajem. Czasem, żeby chronić rodzinę, trzeba wyrzucić z niej tych, którzy tylko zabierają, choćby byli krewnymi. A mięso rzeczywiście było znakomite, niezależnie od opinii fałszywych koneserów z pustym portfelem.

Bo w życiu trzeba szanować nie tych, którzy głośno krytykują i żądają, lecz tych, którzy kochają i doceniają nasz trud prawdziwie i szczerze.

Rate article
Fajna Tajna
Wczoraj – Gdzie ty stawiasz tę salaterkę? Przecież zasłaniasz dostęp do wędlin! I w ogóle, przesuń kieliszki, zaraz przyjdzie Olek – wiesz, jak on lubi mieć przestrzeń do wymachiwania rękami przy rozmowie. Wiktor gorączkowo przesuwał kryształy na stole, prawie przewracając widelce. Halina westchnęła ciężko, wycierając ręce o fartuch. Stała przy kuchence od świtu, nogi bolały jak z ołowiu, a krzyż łupał na tym samym, znajomym miejscu. Ale nie było czasu na narzekanie – dziś przyjeżdża „gwiazdor wieczoru”, młodszy brat męża, Olek. – Witek, opanuj się – rzuciła, pilnując, by głos był spokojny. – Stół jest idealny. Lepiej powiedz, czy kupiłeś chleb żytni? Olek ostatnio narzekał, że jest tylko bułka, a on przecież dba o linię. – Kupiłem, kupiłem, razowy z kminkiem, tak jak lubi – Wiktor rzucił się do chlebaka. – Hala, a mięso? Mięso na pewno gotowe? Przecież on się zna, chodzi po knajpach, takimi kotletami nie zaimponujesz. Halina zacisnęła usta. Oczywiście, wiedziała. Olek, czterdziestoletni kawaler, nazywający siebie „wolnym artystą” – choć w praktyce żyjący z fuch i pomocy starszej matki – uważał się za znawcę kuchni. Każda jego wizyta zamieniała się dla Haliny w egzamin, z góry przegrany. – Upiekłam schab w miodowo-musztardowej marynacie – wyrecytowała. – Świeże mięso z targu, siedem dych za kilo. Jeżeli i to mu nie pasuje, umywam ręce. – Czemu od razu tak? – skrzywił się Wiktor. – Brat pół roku się nie pojawiał, tęsknił. Chce rodzinnie posiedzieć. Postaraj się, co? Ma teraz ciężki czas, „szuka siebie”. „Chyba pieniędzy, a nie siebie” – pomyślała Halina, lecz nie powiedziała ani słowa. Wiktor uwielbiał młodszego brata, uważał go za niespełnionego geniusza i obrażał się za każdą krzywą uwagę pod jego adresem. Dzwonek rozbrzmiał równo o siedemnastej. Halina szybko zdjęła fartuch, poprawiła włosy przed lustrem w korytarzu, naciągnęła dyżurny uśmiech. Wiktor już otwierał drzwi, rozpromieniony jak nowiutki samowar. – Olek! Bracie! Nareszcie! Na progu stał Olek. Wyglądał stylowo: modne rozpięte palto, szalik przerzucony niedbale przez ramię, lekki zarost dodający rzekomej męskości. Rozłożył szeroko ramiona, pozwalając się objąć, ale sam odklepał Wiktora tylko po ramieniu. Halina rzuciła okiem na jego ręce. Puste. Ani torby, ani ciasta, ani nawet marnych kwiatów. Przyszedł w gości po pół roku nieobecności, do stołu uginającego się pod jedzeniem – bez niczego. Nawet dzieciom, które szczęśliwie były dziś u babci, nie zostawił czekolady. – Cześć Hala – rzucił niedbale, zaglądając do mieszkania, nie zdejmując butów, za to krytycznym wzrokiem ocenił przedpokój. – Remont? Kolor taki… szpitalny. Ale nieważne, byle wam się podobało. – Witaj Olek – odpowiedziała z dystansem. – Chodź, umyj ręce. Kapcie nowe. – Swoich nie wziąłem, po cudzych to można grzybicy dostać – machnął ręką. – Będę w skarpetach. Mam nadzieję, że podłoga czysta? Halina poczuła, jak zaczyna się w niej gotować. Zmywała dwa razy przed jego wizytą. – Czysta, Olek. Chodź do stołu. Usiedli w pokoju gościnnym. Stół prezentował się naprawdę odświętnie – śnieżny obrus, eleganckie serwetki, trzy rodzaje sałatek, deska wędlin i serów, czerwona ikra, marynowane grzybki własnej roboty Haliny. Na środku parowało gorące danie. Olek usadowił się wygodnie, omiatając wszystko wzrokiem. Wiktor krzątał się gorączkowo, otwierał specjalnie kupioną wczoraj dla brata koniakową butelkę – drogi, pięcioletni. – No, za spotkanie! – zakrzyknął Wiktor, rozlewając trunek. Olek wziął kieliszek – obejrzał pod światło, powąchał. – Armeński? – skrzywił się. – Ja generalnie wolę francuski – aromat delikatniejszy. Ten czuć spirytusem. Ale niech tam, darowanemu koniowi… Wypił szybko, bez smakowania, i od razu sięgnął widelcem po najdroższy kawałek wędliny. – Smacznego, Olek – powiedziała Halina, podsuwając sałatę. – Sałatka z krewetkami i awokado, nowy przepis. Olek podniósł widelcem krewetkę, obejrzał ją jak jubiler diament. – Krewetki mrożone? – zapytał tonem specjalisty. – Oczywiście, przecież nie mieszkamy nad morzem – zdziwiła się Halina. – W sklepie, królewskie. – Guma – orzekł Olek, rzucając krewetkę z powrotem do sałatki. – Halina, rozgotowałaś je. Krewetkę wrzuca się do wrzątku na dwie minuty. Tu… włókna twarde. Awokado niedojrzałe, chrupie. Wiktor zamarł z łyżką w powietrzu. – No co Ty, Olek, dobre! Sam próbowałem, super wyszło. – Witek, smak trzeba kształtować – pouczył brat. – Jeśli całe życie jesz taniznę, nie poznasz prawdziwej kuchni. W zeszłym tygodniu byłem na otwarciu restauracji, podawali ceviche z przegrzebków. Tekstura! Tu… w ogóle, majonez domowy chociaż? Halina poczuła napływający rumieniec – majonez był zwykły ze sklepu, „Kielecki”. Nie miała siły kręcić domowego. – Sklepowy – rzuciła chłodno. – No tak – westchnął Olek, jakby usłyszał wyrok. – Ocet, konserwanty, skrobia. Czysta trucizna. Dobra, daj to mięso. Chociaż ono może uratowało sytuację. Milcząc, Halina nałożyła mu dorodny plaster schabu, polała sosem, dodała ziemniaki z rozmarynem. Pachniało bajecznie. Ale Olek był „koneserem”. Pokroił kawałek, przeżuwał długo, patrząc w sufit. Halina i Wiktor siedzieli w napięciu – ona z narastającą złością, on z nadzieją. – Suche – orzekł w końcu Olek. – Sos… miód wszystko tłumi. Za słodkie. Mięso musi być mięsem, a nie deserem. I za krótko marynowałaś, włókna się nie rozeszły. Trzeba w kiwi albo w mineralnej na całą dobę. – Marynowałam całą noc, w przyprawach i musztardzie – powiedziała odprawiając cicho Halina. – Zawsze wszystkim smakowało. – No, „wszystkim” – pojęcie względne. Może Twoim koleżankom z pracy, które nic poza marchewką nie jadły. Ja patrzę obiektywnie. Da się zjeść, ale bez przyjemności. Odsunął talerz – ocalała prawie cała porcja wartego trzy dychy schabu – i sięgnął po grzyby. – Grzyby przynajmniej Wasze? Czy z Chin ze słoika? – Nasze – warknęła Halina. – Sami zebraliśmy, sami kisiliśmy. Olek zjadł, skrzywił się. – Za dużo octu. Żołądek wypalisz. I sól w nadmiarze. Pewnie zakochana jesteś, skoro tak przesalasz? – zachichotał, zadowolony ze żartu. – Witek, pilnuj ciśnienia, z taką dietą długo nie pociągniesz. Wiktor nerwowo się zaśmiał, chcąc złagodzić nastrój. – Daj spokój, bracie, grzyby fajne. Pod wódkę w sam raz. Dolej jeszcze. Wypili. Olek się rozkrasił, rozluźnił szalik, palta nie zdejmując – podkreślając, że to wizyta tymczasowa i w ogóle łaskę robi. – Nie było lepszej ikry? – pytał, grzebiąc w kanapce. – Jakaś drobna, pełna błonek. Z promocji? – Olek, to ketowa ikra, sześć stówek za kilo – nie wytrzymała Halina, głos zadrżał. – Specjalnie dla Ciebie kupiliśmy, sami nie jemy, oszczędzamy. – Oszczędzać na jedzeniu to najgorsze – filozofował Olek, połykając kolejną „gorszą” kanapkę. – Jesteś tym, co jesz. Ja nigdy nie kupuję taniej wędliny. Wolę chodzić głodny. A Wy… zapchacie lodówkę taniochą z promocji, potem narzekacie na brak energii, szarą cerę. Halina spojrzała na męża. Wiktor siedział ze wzrokiem w talerzu, przeżuwając, jakby nic się nie działo. Jego milczenie raniło bardziej niż słowa Olka. Znowu wybrał postawę strusia – schować głowę w piasek, by nie kłócić się z „ukochanym braciszkiem”. – Witek – zwróciła się do męża – Tobie też schab jest suchy? Wiktor się zakrztusił. – Ej… nie, Halinko, pyszny. Naprawdę pyszny. Olek po prostu się zna, ma wyczucie subtelniejsze… – Aha, subtelniejsze – Halina odłożyła widelec. Metal głośno zadudnił o talerz. Jak wystrzał. – Czyli ja mam gust prymitywny. I ręce krzywe. I gotuję truciznę. – Halinko, nie zaczynaj awantury – skrzywił się Olek. – Przecież daję Ci konstruktywną krytykę. Rozwijaj się. Powinnaś podziękować. Przyzwyczaiłaś się, że Witek wszystko je i chwali, więc się rozleniwiłaś. Kobieta musi się doskonalić. – Podziękować? – zapytała Halina. – Ty chcesz, żebym podziękowała? Wstała od stołu. Krzesło zaskrzypiało ostro. – Halinka, dokąd? – wystraszył się Wiktor. – Przecież jeszcze nie zjedliśmy nawet. – Zaraz wracam – odparła dziwnie. – Przyniosę deser. Olek lubi słodkie. Wyszła do kuchni. Tam, na blacie, czekał jej słynny „Napoleon” – piekła go wczoraj do drugiej w nocy. Dwanaście cienkich blatów, krem z domowych żółtek, prawdziwa wanilia… Spojrzała na tort, potem na pusty śmietnik. Dłonie drżały. Urażenie, zbierane latami, nagle wylało się przez brzeg, zalewając rozsądek. Ile razy ten człowiek gościł w ich domu, jadł, pił, brał pożyczki, których nigdy nie oddawał? Ile razy krytykował jej remont, stroje, dzieci? Zawsze Wiktor milczał. Zawsze usprawiedliwiał. „Jest artystą, wrażliwy”. A ona, Halina – żelazna? Nie tknęła tortu. Po prostu chwyciła duży półmisek i wróciła do salonu. – I co, wreszcie deser? – rozpromienił się Olek, wyciągając szyję. – Oby nie ciasto z supermarketu? Halina podeszła i spokojnie, metodycznie zaczęła zbierać talerze. Najpierw schab. Potem sałatkę z „gumowymi” krewetkami. Potem wędliny. – Ale co Ty robisz? – zbaraniał Olek, gdy znikały kanapki sprzed jego nosa. – Przecież nie skończyłem! – Po co masz jeść? – zdziwiła się, patrząc mu w oczy. – Przecież to wszystko niejadalne. Suche mięso, sałatki z „majonezową trucizną”, gumowe krewetki, zła ikra. Nie mogę pozwolić, żeby gość się truł takim paskudztwem. Nie jestem Twoim wrogiem. Wiktor zerwał się z miejsca. – Halina! Przestań! Co to za cyrk?! Postaw to z powrotem! – Nie, Witek, to nie cyrk. Cyrk jest, gdy ktoś przychodzi do czyjegoś domu z pustymi rękami, siada do stołu, na który wydaliśmy ćwiartkę Twojej pensji i zaczyna pomiatać gospodynią. – Nie pomiatałem! – oburzył się Olek, twarz zalewały plamy złości. – Wyraziłem tylko opinię! Mamy przecież wolność słowa! – Wolność – przytaknęła Halina, zbierając dalej. – Dlatego ja mam wybór, kogo w moim domu karmię, a kogo nie. Sam powiedziałeś, że wolisz być głodny niż jeść byle co? Szanuję to. Bądź głodny. Odwróciła się i wyniosła górę jedzenia do kuchni. W salonie zawisła cisza. – Zwariowałaś? – syknął Wiktor, biegnąc za nią. – Ośmieszasz mnie przed bratem! Wróć z jedzeniem! Przeproś natychmiast! Halina odstawiła półmisek na blat, odwróciła się do niego. W oczach nie było łez, tylko lodowata determinacja. – Ja ośmieszam? A Ty, gdy siedziałeś i kiwałeś, kiedy on mnie wyśmiewał, to się nie ośmieszałeś? Jesteś facet czy szmata, Witek? Zjadł ikry za tysiaka w pięć minut i orzekł, że zła. Czy choć raz kupiłeś mi taką ikrę, ot tak, bez okazji? Nie. Wszystko najlepsze dla gości. A gość nas traktuje jak podnóżek. – To mój brat! Rodzina! – A ja Twoja żona! Dziesięć lat piorę, gotuję, sprzątam. Wczoraj po pracy do północy stałam przy garach. Po co? Żeby usłyszeć, że mam dwie lewe ręce? Jeśli się nie zamkniesz i nie przestaniesz mnie obwiniać, ten „Napoleon” wyląduje Ci na głowie. Nie żartuję, Witek. Wiktor odsunął się. Nigdy jej takiej nie widział. Halina zawsze była potulna, „wygodna”. Teraz przed nim stała zagorzała harpia, gotowa rozprawić się z całym światem. Olek zajrzał do kuchni. Wyraz już nie władczy, raczej zdezorientowany i urażony. – No wiecie… – zaczął. – Takiej gościnności jeszcze nigdzie nie widziałem. Przychodzę z sercem na dłoni, a Wy wypominacie mi chleb? – Z sercem? – parsknęła Halina. – W czym się to wyraża? W pustych rękach? Przyniosłeś kiedykolwiek coś do naszego domu? Choćby herbatę? Przychodzisz tylko jeść i narzekać. – Ja… jestem chwilowo pod kreską! Mam przejściowe trudności! – Ty masz przejściowe trudności przez dwadzieścia lat. Za to palto nowe, szalik markowy, na każdą prezentację chodzisz. Ale pożyczyć od brata pięć stówek i nie oddać – to podstawa. – Zamknij się, Hala! – wykrzyknął Wiktor. – Nie wyliczaj cudzych pieniędzy! – To nie cudze, to NASZE pieniądze! Pieniądze naszej rodziny, które wydajemy, by karmić tego… degustatora! Olek teatralnie chwycił się za serce. – Wystarczy. Tego już za wiele. Minuty tu nie zostanę. Witek, nie wierzę, że ożeniłeś się z taką awanturnicą. Noga moja tu więcej nie postanie. Odwrócił się gwałtownie, pobiegł do przedpokoju. Wiktor ruszył za nim. – Olek, poczekaj! Nie słuchaj jej, pewnie jej się cykl zaczął, albo w pracy ją przycisnęli! Zaraz się uspokoi! – Nie, bracie – głos Olka brzmiał godnie, zakładał już buty na skarpetę. – Tej zniewagi nie wybaczę. Odchodzę. Nie dzwoń, póki nie przeprosi! Trzasnęły drzwi. Wiktor długo patrzył na zamknięte wejście, jakby to były bramy raju. Potem powoli poszedł do kuchni, gdzie Halina przekładała mięso do pojemników. – Jesteś dumna? – spytał głucho. – Skłóciłaś mnie z jedynym bratem. – Pozbyłam się darmozjada – odparła, nie patrząc na niego. – Siadaj, jedz. Mięso jeszcze ciepłe. A może też dla Ciebie za suche? Wiktor usiadł, objął głowę dłońmi. – Jak mogłaś? Przecież to gość… – Gość powinien zachowywać się jak gość, a nie jak sanepid. Witek, posłuchaj: ja NIGDY więcej nie szykuję stołu dla niego. Chcesz się z nim widywać – idź do niego, albo do knajpy. Za swoje. Żadnych pieniędzy ani wysiłku z mojej strony dla Olka. – Zrobiłaś się okrutna – wymamrotał. – Stałam się sprawiedliwa. Jedz. Albo wyniosę. Wiktor spojrzał na apetyczny schab. Żołądek zagrzmiał. Był głodny, a zapach mięsa trafił w sedno. Wziął ostrożnie widelec. Ukroił. Spróbował. Mięso było idealne – miękkie, aromatyczne. Sos dodawał pikantnej słodyczy, musztarda – charakteru. Wyborne. – I jak? – spytała Halina, widząc, jak Wiktor rozmarza z zadowolenia. – Smaczne – przyznał cicho. – Bardzo smaczne, Hala. – No właśnie. A Twój brat to zazdrosny nieudacznik, który dowartościowuje się kosztem innych. W końcu zrozum to. Wiktor jadł i myślał. Po raz pierwszy do głowy wpadła mu myśl, że żona może mieć rację. Wspomniał puste ręce Olka, jego ton, własne zakłopotanie przy krytyce. – A tort? – zapytał. – Tort zjemy? Halina odetchnęła. Po raz pierwszy dziś szczerze się uśmiechnęła. – Zjemy. I herbatę z tymiankiem, jak lubisz. Wyjęła Napoleona, majestatycznego i pięknego. Pokroiła na porządne porcje. Siedli razem w kuchni, pili herbatę, jedli ciasto, a napięcie z wolna ustępowało. – Wiesz – rzucił Wiktor, kończąc drugi kawałek – nawet mamie na urodziny nic nie dał. Powiedział, że sam siebie dał. – No widzisz – potwierdziła Halina. – Otwierają Ci się oczy. Telefon Wiktora zabrzęczał. Przyszła wiadomość od Olka: „Mógłbyś chociaż dać kilka kanapek na wynos, wyszedłem głodny. Zwróć mi pięć stówek za straty moralne”. Wiktor przeczytał wiadomość na głos. Zapadła cisza. Halina uniosła brwi. – Co odpiszesz? Wiktor patrzył na żonę, przytulną kuchnię, pyszny tort. Na telefon. Powoli, starannie wpisał odpowiedź: „Idź do restauracji, przecież jesteś smakosz. Kasy brak”. Kliknął „Zablokuj”. – Co napisałeś? – zapytała Halina. – Że idziemy spać. Halina udawała, że wierzy, ale kątem oka widziała ekran. Podeszła, objęła go od tyłu za ramiona. – Dobrze zrobiłeś, Witek. Choć długo to trwało. Tego wieczoru zrozumieli oboje coś istotnego: czasem, by ocalić rodzinę, trzeba wyrzucić z niej zbędnych ludzi. Nawet jeśli są krewnymi. A schab był przepyszny, choćby nie wiem co mówili „znawcy” z pustymi kieszeniami.