Podgrzane małżeństwo
Posłuchaj, Weroniko… A może spróbujemy otwartego związku? ostrożnie rzucił Wiktor.
Co proszę? Weronika nie zrozumiała od razu. Mówisz serio?
A co w tym złego? To zupełnie normalne wzruszył ramionami jej mąż, usiłując zachować spokój. We Francji czy gdzieś tam w Niemczech tak ludzie żyją. Mówią, że to nawet podnosi temperaturę w związku. Przecież sama mówiłaś, że trochę słodkiego na diecie nie zaszkodzi, łatwiej wtedy nie złamać się zupełnie. To chyba o to samo chodzi trochę różnorodności.
Weronika mrugnęła powoli, próbując wchłonąć te słowa. Porównywać kochankę do czekoladki czy to nie było szczytem głupoty? Albo bezczelności?
Witek… zaczęła cicho. Jeśli chcesz odejść, to odejdź porządnie. Dam ci wolność, ale mnie w te brudy nie wciągaj.
No nie złość się, Werka! Przecież cię kocham. Tylko… ognia już nie ma. Choć trochę by się przydało podsycić płomień, bo śpimy już plecami do siebie, gadamy tylko o zakupach i rachunkach za prąd. Jakoś tak mdło. Też troszkę wstrząsu nam by się przydało. Przecież ja cię nie ograniczam. Pobądź z kimś innym, przewietrz głowę. To może tylko pomóc, nie?
Weronika zmrużyła oczy. Przez chwilę widziała to krystalicznie jasno: Wiktor ją okłamywał. Nerwowy stukot palców o blat, uciekające spojrzenie… Wolność była mu potrzebna, ale nie dziś i nie jutro. Ona była mu potrzebna już wczoraj.
Powiedz mi prawdę, Witek. Już wyhaczyłeś sobie kogoś, tak? I teraz próbujesz mi to sprzedać, żeby później cię sumienie nie ruszało?
O Jezu, znowu zaczynasz! fuknął Wiktor. Myślisz, że bym o to pytał, gdyby coś już było? I żałuję, że w ogóle zacząłem ten temat. Ty się za bardzo trzymasz przeszłości, Weroniko. Daj spokój, zapomnij…
Odwrócił się w teatralnej obrazie i poszedł do drugiego pokoju. Weronika została sama.
Dwadzieścia pięć lat. Oddała mu najlepsze lata, była przy nim w momentach, kiedy nie stać ich było nawet na pierogi i kiedy musiała słuchać jego narzekań po kolejnym nadgodzinach… Teraz siedzi sobie syty i z samą powagą proponuje jej współudział w zamordowaniu rodziny. Rozrywka… Co za wygodne słowo.
Tej nocy spali w osobnych pokojach. Tak właściwie tylko on spał. Weronika nie zmrużyła oka. Wpatrywała się raz w sufit, raz w szybę, i myślała, jak do tego doszło. Kiedyś Wiktor wręczał jej całe pęki bzu, harował, by wyprawić wesele z prawdziwego zdarzenia, a potem cieszył się, gdy urodziła się im córka. Teraz… Może faktycznie lepiej, żeby po prostu odszedł.
I kiedy nastąpił ten punkt bez powrotu? Może wtedy, gdy przestała się malować w domu już nie dla niego? A może wtedy, gdy pierwszy raz zapomniał o rocznicy, tłumacząc się robotą? Ale czy to jeszcze ma jakieś znaczenie?
Z jednej strony, mogłaby po prostu złożyć pozew o rozwód i zapomnieć. Z drugiej jak tu wyrwać z pamięci pół życia?
Może i nie było między nimi namiętności, ale była codzienność, kredyt na mieszkanie, wspólny fotel przy balkonie i poranna krzątanina. Wiktor zdawał się być oparciem. Córka dawno się wyprowadziła, przed nimi starość, a przez lata ratowali się nawzajem, jak tylko mogli. To on zaciągnął kredyt, żeby pomóc jej mamie. Nie każdy by się na to zdobył.
W duszy Weroniki wrzała mieszanka zapachu rozpaczy, strachu i złości. Może Wiktor po prostu uznał, że już nikogo nie znajdę? Że jestem starą babą niepotrzebną nikomu? Będę mu tylko gotować rosoły, dziergać wnuczkom paputki i czekać z zegarkiem w ręku, aż łaskawie wróci do domu?
O, co to, to nie.
Dobrze powiedziała do męża rano. Niech będzie po twojemu.
Słucham?
Zgadzam się na twoje otwarte związki.
Wiktor się zakrztusił herbatą. Spodziewał się awantury, a ona tylko spokojnie powiedziała tak.
No… no to świetnie. Może nawet ci się spodoba mruknął. W ogóle pójdę dziś później spać, muszę zostać dłużej w biurze.
Serce Weroniki ścisnęło się jeszcze bardziej. Jak to? Już dziś?
Wieczór był szarawy, mętny, czas ciągnął się jak guma. Weronika czuła, że została sam na sam ze swoją starą lodówką pustych uczuć. Ktoś ocenił ją na złotówkę i uznał, że nie warta więcej.
Spojrzała w lustro. Zmęczone spojrzenie, zmarszczki przy oczach, skóra już nie tak gładka. Ale figura jeszcze szczupła, włosy gęste. Może jeszcze jest piękna? Może to z Wiktorem jest coś nie tak? Innym przecież się podobała. Choćby Andrzej, szef z sąsiedniego biura, który pojawił się miesiąc temu.
Przystojny, szarawe włosy na skroniach, głos z lekką chrypką i uśmiech łobuza. Z miejsca ją zauważył komplementował, trzymał drzwi, czasem przynosił kawę. Kilka razy zapraszał na lunch, tydzień temu nawet na kolację w restauracji.
Panie Andrzeju, jestem na diecie. Zwą ją byciem mężatką żartowała wtedy Weronika.
Werciu, małżeństwo to tylko pieczątka w dowodzie, a nie wyrok odparł rozbawiony. Ale nie będę nalegał.
Wiktor chciał otwartego związku? Chciał, żeby rozluźniła się? Dobrze, niech i tak będzie.
Dobry wieczór, Andrzeju. Czy twoje zaproszenie na kolację dalej aktualne? Jakoś mam ochotę złamać dietę i trochę się rozerwać napisała mu na Messengerze.
To nie była zemsta. Weronika po prostu chciała poczuć się znowu kobietą, obudzić w sobie tę część, którą mąż od dwóch dni skutecznie przydeptywał.
Wieczór upłynął jak w filmie. Andrzej był idealnym partnerem. Przesuwał krzesło, dolewał wina, słuchał z uwagą, każde jego spojrzenie rozgrzewało powietrze. Czuła się królową wieczoru i nawet te kilka spojrzeń innych pań w restauracji grzały jej poczucie własnej wartości.
Wstydziła się, a w tym samym momencie coś znów w niej rosło: chęć bycia zauważoną, żądzę, żeby ktoś na nią patrzył nie jak na sprzęt AGD, tylko jak na kobietę. Miała coś poza garami i schowanymi w szafkach brudnymi skarpetkami Wiktora.
Może wpadniesz do mnie na jeszcze jedną lampkę i jakiś film? zapytał Andrzej, gdy dojadała deser. Po drodze możemy kupić wino, zobaczymy, co przyniesie los.
Skinęła głową. W środku cichy głosik próbował protestować, ale zaraz przypomniała sobie wyraz twarzy Wiktora, gdy na spokojnie mówił o rozrywce.
Już byli w windzie w domu Andrzeja, gdy telefon Weroniki zaczął wyć. Mąż. Jeden raz rozłączyła, drugi. Nic z tego.
Tak? odebrała, starając się zabrzmieć obojętnie.
Gdzie się szlajasz?! Wiktor zaczął bez ceregieli. Dziesiąta wieczorem, pustka w lodówce, a ciebie nie ma! Chyba cię rozumiem, czy ty już się zupełnie pogubiłaś?
Weronika osłupiała. Andrzej usłyszał rozmowę i wycofał się do kuchni. Cała magia wieczoru wyparowała.
Wiesz co… jestem na randce, Wiktorze.
Co? Na jakiej, do cholery, randce?!
Mam tłumaczyć jak dziecku? Wczoraj sam zaproponowałeś otwarty związek. Kazałeś rozerwać się, pogadać z kimś. No właśnie, to robię. Przeszkadza ci to?
Zapadła ciężka, gruba cisza. Dopiero po chwili wybuchł potok nerwowego oddechu.
Ty… Ty naprawdę u kogoś jesteś? Ja żartowałem! Chciałem cię sprawdzić! Spraw-dzić! Ty tylko czekałaś na pretekst, tak? Tu biedna udajesz, a już z kimś się szlajasz?
Weronika kompletnie się pogubiła.
A ty? Do kogo się dziś wybrałeś?
Do nikogo! Siedziałem w pracy, i tyle odburknął Wiktor. Wiesz co… Żadnych zaraz od ciebie nie potrzebuję. Albo się wyprowadzasz, albo ja. Rozwodzimy się.
Wrzucił słuchawkę. Weronika patrzyła w ścianę całkowicie oszołomiona, z poczuciem głębokiego upokorzenia.
Wszystko w porządku? zajrzał Andrzej.
Tak… drobiazgi… Weronika próbowała się uśmiechnąć, ale nie wyszło.
Wero… Andrzej zerknął na zegarek. Coś czuję, że dzisiaj i tak nie jest najlepszy klimat. Lepiej jedź do siebie, ogarnij sprawy.
Bajka się skończyła. Kareta zamieniła się w dynię, a książę w faceta, który nie chce się wplątać w cudzą awanturę. Można go było zrozumieć. Liczył na przyjemny wieczór, tymczasem dostał czyjąś rodzinną katastrofę.
Może powinna była od razu złożyć pozew o rozwód. Ale dobra myśl zawsze przychodzi zbyt późno.
Tej nocy Weronika nie wróciła do domu. Pojechała do hotelu. Powrotu do rozwścieczonego męża nie chciała, potrzebowała czasu, by zrozumieć, że już nigdy nie będzie jak dawniej.
Minęły trzy lata…
Życie, jak rzeźbiarz, samo odcinało to, co niepotrzebne, choć wciąż bolało.
Wiktor bardzo szybko znalazł sobie nową pannę. Jeszcze przed rozwodem. Ale ona zniknęła dokładnie wtedy, gdy sprzedali wspólne mieszkanie. Po drodze zabrała jego część pieniędzy.
Nic nie wyszło też z Andrzejem. Wpadali na siebie w pracy, ale już bez uśmiechów, tylko chłodne dzień dobry. Weronika zrozumiała prostą prawdę: mężczyźni, którzy ochoczo grają rolę kochanka, przy pierwszej okazji znikają, jeśli pojawia się temat bycia podporą albo partnerem na dobre i na złe.
Nie szukała już nikogo. Gdy zamieszkała sama, odkryła, ile ma wolnego czasu i energii. Wcześniej pochłaniało je domowe życie i spełnianie zachcianek Wiktora. Teraz skupiła się na sobie. Nie robiła tego dla nikogo innego.
Poranne pływanie zlikwidowało ból pleców, kursy angielskiego rozruszały szare komórki. Obcięła włosy, kupiła nowe ubrania.
A przede wszystkim: została babcią.
Córka, Marzena, pół roku temu urodziła małą Sonię. Na początku, gdy wybuchł rozwód, stanęła po stronie ojca. On zrobił z siebie ofiarę, opowiadał, jak to matka rzuciła rodzinę dla kochanka i jak go zdradziła.
Ale czas poukładał wszystko po swojemu. Marzena przyjechała do matki, spojrzała jej w oczy i powiedziała, co miała na wątrobie. Zobaczyła nie jakąś rozrywkową babę, o której gadał ojciec, tylko zmęczoną, szczerą kobietę.
Weronika opowiedziała wszystko. Że to Wiktor proponował otwarty związek. Że od dawna spędzał długie godziny w pracy. Że czuła się samotna od lat. Marzena, już mając własnego męża, zrozumiała matkę. A kiedy Wiktor szybko zaczął spotykać się z kolejną kobietą, stanęła po stronie Weroniki.
Teraz Weronika siedziała przy kuchennym stole Marzeny, trzymając malutką Sonię na kolanach. Mała z zapałem próbowała złapać jej palec.
Tata znowu dzwonił… westchnęła córka. Chciał przyjechać do Soni.
I co mu powiedziałaś? spokojnie spytała Weronika.
Że nas nie ma w mieście. Nie chcę go wpuszczać, mamo. Raz obgaduje cię przy mnie, raz prosi, żebym próbowała was pogodzić. Za każdym razem nerwy mi siadają, gdy się pojawia. I nie pozwolę mu, żeby i Soni próbował nastawiać przeciwko tobie. Niech żyje tą swoją wolnością…
Weronika milczała, przytuliła Sonię mocniej.
Wiktor dostał, czego chciał: pełną wolność. Nikt nie patrzył na zegarek, nikt nie przeszkadzał oglądać TV. Tylko ta wolność nabrała gorzkiego posmaku samotności. Tylko że teraz już było za późno.



