Po nocnej rozmowie pełnej rozmywających się świateł, Zuzanna siedziała skulona na dywanie w swoim mieszkaniu w Warszawie, a przez okno zaglądały barwne neony. Jej koleżanka z dzieciństwa, Małgorzata, dzwoniła ze swojego domu na obrzeżach Lublina. Głos Małgosi był rozmyty jak wspomnienie, a jej słowa błąkały się po pokoju Zuzanny, nie mogąc znaleźć wyjścia.
Po wysłuchaniu tej dziwnej opowieści, zarówno Zuzanna, jak i jej mąż Stanisław, odczuli, jakby świat ludzi wkoło przybrał zupełnie nowe kolory. Prostaczki zamieniły się w malowane na szaro postaci wyłaniające się zza ścian, cienie przyjaciół przenikały codzienne spotkania. Przestali dzielić się codziennością przy czerwonej herbacie w milczeniu obserwowali deszcz uderzający o szyby, unikali szczegółów, ucinali zwierzenia. Niby nic się nie zmieniło, a jednak w powietrzu wisiała zadziwiająca rezerwa, jakby dusza mieszkania zamieniła się w zakurzoną salę muzealną, do której nie wpuszcza się nikogo.
Bo przecież tamto wydarzenie było jak sen na motywach powieści Schulza. U Małgorzaty i jej męża Bartłomieja życie toczyło się łagodnym rytmem. Poznali się na politechnice, potem ich drogi splątały się jeszcze bardziej, kiedy Małgosia poślubiła Bartłomieja, a Zuzanna podsunęła jej swojego znajomego z pracy, Stanisława. Zawisło szczęście nad tą czwórką, szeptało o idealnej przyszłości.
Ale potem Bartłomiej rzucił pracę w administracji i zaczął prowadzić własną firmę, która obracała złotówkami jak wiatr liśćmi. Małgosia także znalazła zajęcie, gdzie miesięczne wynagrodzenie brzęczało przyjemnie w portfelu. Z czasem rozmowy zamieniały się w krótkie wiadomości, a spotkania na kawę stawały się blade i rzadkie jak wypłowiałe fotografie. W międzyczasie Małgosia, chodząc po smutnych korytarzach szpitali z dzieckiem na ręku, coraz częściej łańcuchała zwolnienia lekarskie, aż wreszcie któregoś dnia kazano jej nie wracać.
Stanisław harował, jakby grał z cieniem własnego odbicia, żeby zapewnić byt czterem dzieciom i żonie. Kupili duży dom w urokliwym Radomiu, z ogródkiem pełnym tulipanów i zardzewiałą huśtawką. Pieniądze płynęły, nie pławiąc ich w luksusach, ale starczało na skromny obiad z barszczem i świeżym chlebem.
Z kolei druga para Zuzanna i Stanisław dzieci się nie dorobiła i życie spędzali jak na wietrze, podróżując nad Bałtyk, wędrując po Bieszczadach, wydeptując własne ścieżki.
Pewnego letniego popołudnia Małgosia z Bartłomiejem postanowili zaprosić Zuzannę i Stanisława do swojego wiejskiego domku niedaleko Kazimierza Dolnego. Mieli tam rzekę szeleszczącą jak szept sosen, las, który śnił się od lat dzieciństwa i kręgi kamieni rozrzucone po ogrodzie. Małgosia zadzwoniła do Zuzanny z tą propozycją, jej głos był pełen nadziei i promieniał jak słońce odbite w Wiśle. Zuzanna obiecała poradzić się Stanisława i oddzwonić. Potem odłożyła telefon na stół przykryty haftowaną serwetą nie kliknęła czerwonej słuchawki.
W tej chwili przestrzeń się rozciągnęła, a Zuzanna usłyszała własny portret namalowany językiem Małgosi i Bartłomieja portret, który nie miał z nią nic wspólnego. Słyszała, jak w pewnej surrealistycznej manierze zaczęli gadać o niej i jej rodzinie, jakby była papierową lalką. Z ich słów wynikało, że Zuzanna i Stanisław są żałosnymi kombinatorami, którzy tylko dzieci rodzą i nie mają pojęcia o świecie. Ich dom nazwano norą, dzieci dzikie, a Zuzannie zabrano wszelki blask kobiecości, bo podobno mówiła tylko o dzieciach i cienkim barszczu.
Stanisław stał się w opowieści ordynarnym chamem, z którym nie sposób związać słowa. Połączenie urwało się, jakby ktoś przypadkiem przewrócił figurkę świętego na półce. Zuzanna i Stanisław siedzieli długo w ciszy, balansując między gniewem a rozgoryczeniem. Chcieli jechać do tych rzekomych przyjaciół i rzucić im całą prawdę jak kromkę chleba w twarz. Wtedy rozdzwonił się telefon Bartłomiej zapowiedział wizytę w weekend, a Stanisław, nie wiedząc o niczym, zgodził się cicho i odłożył słuchawkę.
Spotkanie było nie z tej ziemi. Małgosia i Bartłomiej przyjechali z reklamówką wypełnioną najtańszymi dżemami i landrynkami, które pachniały tanim targiem. Bartłomiej bez ogródek spytał:
To wy zarabiacie tak mało, że nawet na przyzwoite jedzenie was nie stać? No cóż, u nas zjecie po pańsku, a potem pomożecie przy sprzątaniu w ogrodzie. Roboty huk.
Zuzanna siedziała jak przybita do stołu, a Stanisław tylko zaciskał pięści. Małgosia dołożyła swoje:
A wy to kiedy w końcu będziecie mieć dzieci?
Na razie nam się nie spieszy wydukała Zuzanna.
No jasne, teraz to tylko prostak ma dzieci, a rozsądni ludzie chcą żyć dla siebie! rzuciła Małgosia z miną sfinksa.
Po tych słowach cisza zapadła jak śniąca mgła. Zuzanna i Stanisław patrzyli na siebie, rozumiejąc jedno to wszystko wynikło z tej jednej pozostawionej rozmowy telefonicznej, która rozplątała im sny. Goście szybko wymyślili pretekst, by się ulotnić.
Czy powinni byli zareagować inaczej? Czy powinni byli przemówić bardziej lodowato, czy może z uśmiechem pełnym goryczy? Tego już nie rozstrzygli bo taki jest świat snów, gdzie logika blaknie, a przyjaźń czasem zamienia się w cień przechodzący przez ścianę.



