Szwagierka całe lato spędzała w Kołobrzegu na wczasach all inclusive, a my w tym czasie w pocie czoła robiliśmy generalny remont. Teraz wielce zdziwiona, że chce mieć komfort jak u Hiltona. No proszę!
Zaproponowaliśmy Alicji, żeby dorzuciła się do remontu domu, ale z typowym dla niej wdziękiem skwitowała: Ja się w to nie bawię. A dziś śle do nas dramatyczne smsy, że jej część domu przypomina skansen – tylko cepelię wystawić, turystów wpuszczać i 10 zł od łebka brać. Jednym słowem jej decyzja, jej problem!
Cały dom odziedziczyliśmy z mężem po jego babci. Stary, ale z duszą, z dwoma osobnymi wejściami dla maksymalnej rodzinnej nieinwazyjności. Podwórko i zaplecze wspólne żeby można było zerkać przez firankę, kto grilluje a kto podlewa ogórki, jasna sprawa. Pokoi po równo, więc i temat drażliwy został załatwiony pokojowo.
Podział majątku poszedł gładko wsio w rodzinie, bez scen i zrywanych kontaktów. Teściowa nawet pół nosa nie chciała włożyć do tego domu miasto to jej habitat. Mówi: Ja tam już swoje przeszłam, róbcie z tym, co chcecie.
Mój mąż z szwagrem rzucili się w wir pracy, zebrali oszczędności, zrobili nowy dach, wzmocnili fundament, powymiatali pajęczyny. Szykowaliśmy się do dalszego remontu, ale wtedy Alicja spadła na nas niczym kontrola z urzędu awantura gotowa. Powiedziała, że to ruina, nie będę ładować pieniędzy, wolę nową torebkę! Jej mąż tradycyjnie zero inicjatywy, kiwnął ramionami i poszedł.
My wymarzyliśmy już życie pod chmurką, blisko miasta, z autem pod domem i kawą na tarasie zamiast w ciasnej kawalerce. Kredyt jeszcze nas nie zabił, więc brnęliśmy przez każdą ekipę remontową, a wieczorami rysowaliśmy w myślach ogród pełen róż i pomidorów.
Natomiast Alicja robiła z tej wiejskiej posiadłości luksusowe SPA na lato raz grill, raz opalanie, żeby tylko brokat się nie obsypał. Twierdziła, że na stałe tam nie zamieszka, a na remont? Niech sobie wyremontują ci, którym przeszkadzają sypiące się ściany czyli my.
Po czterech latach remontowania naszej części domu (na raty, z kredytem hipotecznym i jednym okiem przyklejonym do wentylacji), mieliśmy już łazienkę godną programu Nasz Nowy Dom, centralne ogrzewanie, plastikowe okna i szkło na loggii. Rodzinę łączyły teraz nie tylko więzy krwi, ale i wspólna ściana działowa.
Alicja cały czas rozbijała się po świecie: Egipt, Sopot, Zakopane byle daleko od kurzu. Ale los bywa przewrotny: urodziła syna i wylądowała na urlopie macierzyńskim. Wtedy skończyła się wolność i wojaże, a dom na wsi nagle wydał się bardzo atrakcyjny tu dziecko może biegać po trawie, tam ściany nie biją po oczach jak w jej betonowej dwucegłówce.
My już na dobre zadomowiliśmy się na wsi, wynajęliśmy mieszkanie i żyliśmy w naszym dopieszczonym kącie. Tyle że połowa Alicji po czterech latach była jak dom Mikołajka po powodzi. Bez ogrzewania, z oknami, przez które wieje wiatr od Tatr, a wychodek wręcz lokalna atrakcja. Przyjechała na miesiąc z dziecięcym wózkiem i walizką, a potem zaczęła delikatnie sugerować, że może wpadnie na kilka dni… No cóż, wpuściłam siostrę męża i jej synka.
Okazało się, że syn Alicji to żywa iskierka, a sama Alicja nie zwraca szczególnej uwagi na innych domowników. Ja pracuję zdalnie, więc po tygodniu żeby nie zwariować wyprowadziłam się do koleżanki. Akurat wyjeżdżała na Mazury, więc pilnowanie jej kota potraktowała jako przysługę.
Wróciłam miesiąc później mama zachorowała, musiałam jej pomóc. Już kompletnie zapomniałam, że powinno już przecież być po sprawie. A tu wchodzę do domu, a Alicja rozgościła się na naszym kanapie, jej rzeczy wszędzie! Pytam:
Alicja, kiedy planujesz wrócić do siebie?
A gdzie ja pójdę? Przecież z dzieckiem tu wygodnie i ciepło.
Jutro cię odwozimy do miasta.
Ale ja wolę tu mieszkać.
Skoro nawet nie ruszyłaś swojego bałaganu przez taki czas, wracaj do siebie. To nie jest sanatorium!
Jak śmiesz mnie wyrzucać to też mój dom!
Twój dom za ścianą. Tam jest twoje królestwo.
Zaczęła podjudzać mojego męża, ale nawet on stracił cierpliwość. Urażona zebrała się i wyjechała. Parę godzin później dzwoni teściowa: Jak ty mogłaś? Przecież to jej własność! A mój mąż na to: Mogła sobie odremontować swoją część nikt jej nie bronił.
Teściowa jeszcze próbowała zagrać na emocjach: Jak ona ma tam żyć? Ogrzewania nie ma, zaspy pod oknem, wychodek jak w PRL-u, dziecko zmarznie! Ale mąż puścił focha i, co myśli, powiedział teściowej prosto: Miała szansę, nie chciała, teraz pretensje może mieć tylko do siebie. Chcieliśmy robić razem, wyszłoby taniej, mama.
W końcu zaproponowaliśmy Alicji, żeby odsprzedała nam swoją połówkę. Podawała taką cenę, jakbyśmy oferowali XXI-wieczną willę, a nie muzeum. Transakcja wzięła w łeb.
Teraz mamy rodzinne ciche dni, a gdy Alicja łaskawie czuje się na tyle zrelaksowana, żeby odwiedzić wieś, organizuje głośne imprezy, psy biegają, dzieci wrzeszczą, a pod tą wspólną częścią podwórka wieje grozą i plastikiem. Znów coś popsuli, znów ktoś się obraził.
Nie wytrzymaliśmy postawiliśmy płot z solidną bramą. Koniec z kompromisami! Tak sobie chciała szwagierka, to ma. W polskiej rodzinie wszystko graniczy z cudem, zwłaszcza zdrowy rozsądek na wspólnej posesji.



