Przyjechała do mnie koleżanka z dawnych lat. Nigdy nie zdecydowała się na dzieci. Postanowiła, że chce żyć tylko dla siebie.
Dziś spotkałem się z moją przyjaciółką z dzieciństwa. Oboje mamy już po sześćdziesiątce. Gdy skończyliśmy studia w Krakowie, ona niemal od razu zabrała swoje rzeczy i wyjechała z naszego rodzinnego miasta Nowego Sącza. Przez jakiś czas pisaliśmy do siebie listy, ale kontakty w końcu się zerwały.
Dopiero niedawno, od wspólnych znajomych, usłyszałem, że moja przyjaciółka zwiedza świat nigdy nie potrafiła usiedzieć na miejscu, ciągle zmieniała życiowych partnerów. Gdy miała pięćdziesiąt lat, była już po trzecim małżeństwie. Ale i z tym ostatnim się rozwiodła. Dzieci nie miała nigdy. Zastanawiałem się, dlaczego. Przecież większość kobiet zawsze jednak rodzi dzieci. Jeśli nawet nie ułoży się z partnerem, to zostaje przynajmniej dziecko, a z czasem wnuki, którymi można się opiekować.
I tak wróciła teraz do naszego spokojnego miasteczka. Musiała sprzedać mieszkanie, które jeszcze jej zostało. Wcześniej wynajmowała je tylko na krótko.
Usiedliśmy razem i długo rozmawialiśmy. Podzieliłem się swoim życiem, a ona opowiedziała mi o swoim. W końcu zapytałem:
Haniu, dlaczego tak żyłaś? Dlaczego nie zdecydowałaś się na dzieci? Przecież mogłabyś dla siebie urodzić. Kto ci poda szklankę herbaty na stare lata?
Zaśmiała się głośno i spojrzała na mnie wyrozumiale.
Jaka szklanka? Myślisz, że twoje dzieci będą ci biegały po herbatę na starość? Dzieci rzadko troszczą się o starszych rodziców. Lepiej przez całe życie odkładać trochę złotówek i zapewnić sobie dobrą opiekunkę niż liczyć na łaskę dzieci lub je obarczać.
Ja nie chciałam mieć dzieci, bo po prostu nie czułam takiej potrzeby. Nie miałam zamiaru ciągle się kimś opiekować, drżeć, czy wszystko u niego w porządku, dokładać komuś pieniędzy. Chciałam ten czas i energię poświęcić sobie. Zwiedzać świat, zobaczyć Paryż, Pragę, zarabiać własne pieniądze. Moi partnerzy odchodzili właśnie dlatego, że nie chciałam być matką.
Teraz też żyję po swojemu. Nie muszę bawić wnuków ani liczyć, czy emerytura wystarczy, żeby wspierać dorosłe dzieci, które nie potrafią radzić sobie same.
Nie żałuję niczego. Szczerze mówiąc, współczuję tym, co mają pełen dom dzieci, a na starość zostają samotni. I potem obwiniają dzieci, że wyjechały do Anglii, Niemiec, że zapomniały o rodzicach. Ja takich trosk nie mam. I to jest moje podejście.
Słuchałem jej uważnie i przyznałem jej rację. Po co rodzić, po co się zamartwiać, skoro się tego nie chce? Po co liczyć na to, że wychowam dziecko i ono na pewno we wszystkim mi pomoże na starość?



