Dziś znowu wylewam swoje żale w tym pamiętniku, bo naprawdę nie mam już sił na to wszystko.
Czasem mam wrażenie, że w każdej rodzinie znajdzie się taka osoba, która żyje w przekonaniu, że świat powinien się kręcić wyłącznie wokół niej i nikogo nie obchodzi, że inni mogą chcieć spędzić czas po swojemu. U mnie tym kimś jest szwagierka z rodziną. Przyjeżdżają do nas regularnie, co weekend, całą piątką: ona, jej mąż Piotr, ich dzieci Ola i Bartek oraz brat szwagierki, Michał. Robią sobie u nas taki mały hotelik na dwie noce, a my nawet nie mamy szansy zdecydować, czy w ogóle chcemy gości czy nie. Telefonu z pytaniem o zgodę oczywiście brak.
Tak się to ciągnie już prawie cały rok i coraz trudniej mi zacisnąć zęby i udawać, że wszystko jest OK. Lubię ludzi, naprawdę, ale wszystko ma swoje granice a tu nawet przez chwilę nie mogę odpocząć po pracy, nacieszyć się ciszą, załatwić własnych spraw. Zamiast tego cały weekend uwijam się w kuchni, potem rozweselam ich rozmowami chociaż najchętniej zaszyłabym się z książką na kanapie a po ich wyjeździe zostaje mi sterta pościeli do prania i ogarniania mieszkania po pięciu dodatkowych osobach.
Za każdym razem zastanawiam się: czy oni serio nie widzą, że takie wbijanie się na nocowanie bez zapowiedzi jest zwyczajnie niewłaściwe? Nawet jeśli to rodzina. Gdyby to były jednorazowe akcje, pewnie bym wybaczyła. Ale oni pojawiają się przynajmniej trzy razy w miesiącu! Ciekawa jestem, czy odwiedziliby innych krewnych równie nachalnie jak nas? Ja i mój mąż nigdy nie wpadlibyśmy na taki pomysł.
Mówiłam Staszkowi, żeby pogadał z siostrą, ale on wiecznie się waha boi się, że ją urazi. Może jemu to nie przeszkadza? Ostatecznie wzięłam sprawy w swoje ręce.
Najpierw przestałam gotować w weekendy czekało w lodówce to, co zostało z tygodnia, a jak się skończy trudno, głodni niech sobie zrobią. Dobrze wiem, że mogę przeżyć dzień bez schabowych. Pamiętam jedno popołudnie cała piątka siedzi przy stole, czeka na obiad i tylko zerka na mnie z pytającym wyrazem twarzy. Uprzejmie oznajmiłam, że obiadu dziś nie ma, ale kuchnia stoi otworem, więc jeśli ktoś jest głodny niech działa. Odpowiedziała mi cisza. Wypili tylko herbatę i rozeszli się po kątach.
Drugim krokiem była rezygnacja ze sprzątania na błysk przed każdą ich wizytą. Pamiętam, jak kiedyś szwagierka narzekała, że białe skarpetki Oli stały się szare. Powiedziałam jej wtedy szczerze: Nie miałam czasu myć podłóg, ale mop i wiadro stoją w łazience jak Ci przeszkadza, śmiało możesz umyć. Więcej już się nie odezwała w tym temacie.
Najważniejsze jednak, że przestałam odkładać swoje sprawy tylko dlatego, że przyjeżdżają goście. Przestałam zmieniać plany, rezygnować ze spotkań z przyjaciółmi czy własnych pasji. Kiedy przyjeżdżali, zostawałam z nimi chwilę, a potem przepraszałam i wracałam do swoich zajęć. Jeśli Staszek chce zabawiać rodzinę jego sprawa. Gdy nic konkretnego nie miałam w planach, specjalnie zaczynałam generalne porządki, żeby mieć wymówkę na jak najkrótsze pogaduchy.
Po jednej z takich wizyt szwagier rzucił do Staszka: Chyba kończy nam się czas u was?. No proszę, ciekawe w jaki sposób w końcu to zauważyli. Od tego momentu, zanim zapowiedzą wizytę, zawsze dzwonią, pytają czy możemy się spotkać i już nie oczekują noclegu. Takie wizyty są teraz dużo rzadsze.
Zastanawiam się, czy inni też mieli takie rodzinne przygody i jak sobie poradzili z podobną sytuacją. Ja przynajmniej odzyskałam odrobinę normalności i własnego czasu.



