Podczas wspólnego życia Stanisław Dudkowski okazał się człowiekiem słabego charakteru i pozbawionym własnej woli.
Każdy jego dzień zależał od humoru, z jakim się budził. Zdarzało się, że pewnego ranka wstawał pełen energii i żartował przez cały dzień, śmiejąc się dźwięcznym śmiechem.
Jednak przez większość życia pogrążał się w ciężkich rozmyślaniach, pił za dużo kawy, chodził po domu jak chmura gradowa jak to artyści mają w zwyczaju. Stanisław zresztą do nich należał: był nauczycielem w małej wiejskiej szkole, gdzie uczył plastyki, techniki, a czasem nawet muzyki, gdy pani muzyczka szła na zwolnienie.
Pociągała go sztuka. W szkole nie mógł się zrealizować, więc ucierpiał na tym dom. Największy i najjaśniejszy pokój, który żona, Żaneta, upatrzyła już jako przyszły pokój dla dziecka, przerobił na swoją pracownię. Ale dom należał do niego, więc Żaneta się nie sprzeciwiała.
Stanisław zastawił pokój sztalugami, a wolną przestrzeń załadował tubkami z farbami, gliną i innymi akcesoriami. Siedział tam godzinami, z zapałem malując, rzeźbiąc, lepiąc.
Potrafił malować dziwaczny martwy naturę przez całą noc, albo przez weekend lepić niepojętą figurkę z gliny.
Swoich arcydzieł” nie sprzedawał; wisiały na ścianach wszystkich pokoi, które, mimo usilnych prób męża, Żanecie zupełnie się nie podobały. Szafki i półki uginały się od glinianych figurek.
I gdyby to były naprawdę piękne rzeczy… Ale nie.
Nieliczni znajomi artyści, z którymi Stanisław studiował, odwiedzali go od czasu do czasu i milcząc, spuszczali wzrok, rzucając tylko ukradkowe spojrzenia na płótna i rzeźby.
Nikt nigdy słowem nie pochwalił.
Tylko Lech Geremek, najstarszy z tej grupy, zerknął kiedyś, po butelce żubrówki, i wykrzyknął:
Boże święty, co za bezsensowna maź. Co to ma być? Nie widzę tu nic wartościowego. No Poza cudowną gospodynią!
Stanisław źle zniósł krytykę; krzyczał, tupał nogami i kazał żonie wyrzucić chama” za drzwi.
Do widzenia, won! Ty wcale nie jesteś artystą to ty nie potrafisz utrzymać pędzla w pijanych rękach! Zazdrościsz mi, dlatego wszystko krytykujesz!
Lech, schodząc po schodach, o mało nie wywrócił się na furtce. Żaneta wybiegła za nim i przeprosiła za męża:
Proszę się nie gniewać. Nie trzeba było krytykować jego prac, sama powinnam była pana ostrzec.
Nie przepraszaj za niego, dziecko uśmiechnął się Lech. Dobrze cię rozumiem, szkoda mi ciebie. Masz piękny dom, ale te okropne obrazy Stanisława wszystko psują! A te gliniane stwory… Lepiej je chować przed ludźmi, a on się nimi szczyci. Wiesz, dla nas artystów to, co tworzymy, to odbicie duszy. A Stanisław ma duszę pustą jak te wszystkie płótna.
Na pożegnanie pocałował gospodynię w dłoń i więcej już się nie pojawił.
Stanisław długo nie mógł się uspokoić; cały miesiąc krzyczał, tłukł swoje rzeźby”, darł obrazy, zanim w końcu ochłonął.
***
A jednak Żaneta nigdy mu nie sprzeciwiała.
Wierzyła, że nadejdzie czas, kiedy będą mieli dzieci, wtedy mąż porzuci swe kaprysy i przerobi pracownię na dziecięcy pokój. Na razie niech się bawi swoimi dziwactwami.
Początkowo, zaraz po ślubie, Stanisław starał się być przykładnym mężem przynosił świeże owoce, całą pensję, troszczył się o żonę.
Ale to się szybko skończyło. Do żony z czasem zupełnie ostygł, przestał przekazywać jej wypłatę, wszystkie obowiązki i troski domowe spadły na Żanetę. Do tego ogródek, kurnik i teściowa.
Wieść o ciąży Żaneta przyjęła z nadzieją. Stanisław na początku był szczęśliwy, ale radość nie trwała długo tydzień później Żaneta trafiła do szpitala wskutek poronienia.
Stanisław, gdy się o tym dowiedział, zmienił się nie do poznania: stał się płaczliwy, nerwowy, nakrzyczał na młodą żonę i zatrzasnął się w domu.
Gdy została wypisana, czuła się jak cień samej siebie. Wróciła do domu, po którym nikt nawet nie wyszedł jej naprzeciw. A najgorsze dopiero czekało: Stanisław nie wpuścił jej do środka.
Otwórz, Staś!
Nie otworzę żałośnie odparł zza drzwi. Po co przyszłaś? Miałaś donosić moje dziecko, ale się nie udało! Przez ciebie moja mama wylądowała w szpitalu z zawałem! Po co się w ogóle z tobą ożeniłem…
W oczach Żanety pociemniało, usiadła więc na schodkach.
Stasiu, przecież mi też jest ciężko, też cierpię, otwórz…
Nie reagował na łzy, więc Żaneta siedziała na schodach aż do zmierzchu.
Kiedy w końcu drzwi zaskrzypiały i Stanisław wyszedł, był blady i chudy, zatrzasnął dom, ale zamka nie mógł znaleźć.
Zawsze wszystko pytał Żanetę.
Stał chwilę zamyślony, potem ruszył do furtki, nie patrząc nawet na żonę.
Gdy zniknął za zakrętem, Żaneta otworzyła dom i padła na łóżko bez sił.
W nocy czekała na męża, rankiem przyszła sąsiadka i przekazała straszną nowinę: teściowa nie przeżyła zawału.
To wydarzenie dobiło Stanisława; rzucił pracę, położył się do łóżka i wyznał żonie:
Nigdy cię nie kochałem. Ożeniłem się z tobą dla mamy, ona chciała wnuka. Zrujnowałaś nasze życie, nigdy ci nie wybaczę.
Słowa bolały, Żaneta postanowiła jednak nie opuszczać męża.
Mijał czas, było coraz gorzej. Stanisław nie wychodził z łóżka, pił tylko wodę, stracił apetyt. Okazało się, że zaostrzyła się jego wrzodowa choroba.
Przestał jeść niemal zupełnie, pogrążając się w apatii.
Potem wyszło na jaw, że złożył pozew o rozwód i sędzia rozwiązał ich małżeństwo.
Żaneta przelała niejedną łzę.
Próbowała przytulić Stanisława, pocałować, ale on odpychał ją i szeptał, że jak tylko wyzdrowieje, wyrzuci ją za drzwi. Twierdził, że zniszczyła mu życie.
***
Żaneta nie mogła sobie pozwolić na odejście, bo nie miała gdzie się podziać.
Matka, która wydała ją za mąż jeszcze za licealnych czasów, zdążyła już zadbać o własną przyszłość. Poślubiła wdowca mieszkającego nad Bałtykiem. Po ślubie wróciła tylko na chwilę, żeby sprzedać dom pieniądze zachowała dla siebie, zostawiając córkę bez własnego kąta.
Tak Żaneta znalazła się w pułapce losu.
***
Nadszedł dzień, gdy w domu skończyły się wszelkie zapasy. Z ostatnich resztek zrobiła lepką kaszę, ugotowała jedyne jajko spod kury-nioski i karmiła Stanisława kleikiem i zmiksowanym żółtkiem.
Tak okrutnie poukładało jej się życie: zamiast dziecka mąż, zamiast opieki nad maleństwem dogadzanie byłemu, który nie szanował jej zupełnie.
Wyjdę na chwilę, na jarmark w sąsiedniej wsi. Może uda się sprzedać kurę albo wymienić na coś do jedzenia powiedziała.
Stanisław, patrząc tępo w sufit, spytał tylko:
Po co ją sprzedawać? Zrób rosół, już mam dosyć tych kleików.
Żaneta zaczęła nerwowo skubać rąbek swojej jedynej sukienki tej samej, w której była na studniówce, wyszła za mąż, a teraz nosiła w upały, bo nie miała nic innego.
Nie, nie dam rady zabić Spróbuję ją wymienić albo sprzedać. Sąsiedzi już wykupili wszystkie poprzednie, ale Pstrokatka jest za bardzo do mnie przywiązana.
Pstrokatka przewrócił oczami Stanisław. Nadajesz imiona każdej kurze? Co za głupota Cóż można po tobie oczekiwać
Żaneta wbiła wzrok w podłogę.
Idziesz na jarmark? ożywił się Stanisław Weź kilka moich obrazów i figurek. Może ktoś się skusi?
Z trudem stłumiła zawstydzenie. Wybrała dwie gliniane ptaszki udające bolesławiec i dużą świnkę-skarbonkę dumę męża.
Wyskoczyła za drzwi, mając nadzieję, że Staszek nie wybiegnie za nią z kolejnym obrazem.
Bo figurki może jeszcze ktoś kupi, ale obrazy były tak brzydkie, że wstyd było z nimi wychodzić.
***
Dzień był upalny. Choć ubrana była lekko, pot spływał po jej twarzy, a grzywka kleiła się do czoła.
To był dzień wsi.
Żaneta nie pamiętała, kiedy ostatni raz wyszła się przejść. Tym razem patrzyła z zadziwieniem na odświętnie ubranych ludzi, biegających od stoiska do stoiska.
Wokół kusiły miody, kolorowe chusty, łakocie dla najmłodszych, a w oddali przewijał się zapach kiełbasek z grilla. Zewsząd muzyka i śmiech.
Przystanęła przy jednym z ostatnich straganów. Przytuliła szmacianą torbę tam trzymała kurę i pogładziła ptaka.
Było jej ogromnie żal rozstać się z nią. Pstrokatka, kiedyś chora, stała się z czasem prawdziwą ulubienicą domu i zawsze biegła ku Żanecie, gdy tylko pojawiła się w kurniku.
Teraz też wyglądała na zaciekawioną wycieczką i próbowała łagodnie dziobać dłoń właścicielki.
***
Starsza kobieta zza straganu spojrzała na Żanetę:
Może chcesz biżuterię, dziewczyno? Stal, srebro, pozłacane łańcuszki.
Dziękuję, ale chcę sprzedać kurę nioskę. Świetnie znosi jajka powiedziała cicho Żaneta.
Kura? A co ja zrobię z kurą
Wtedy młody mężczyzna stojący przy stoisku spojrzał z zainteresowaniem:
Pokaż no tę kurę.
Żaneta delikatnie podała mu Pstrokatkę. Nie znała tego człowieka.
Ile za nią chcesz? Tak tanio? W czym haczyk?
Zarumieniona, odpowiedziała:
Trochę kuleje, ale jest zdrowa, mocna nioska.
No dobrze, kupię ją od ciebie. Co jeszcze masz tam?
Wskazał na gliniane figurki, które trzymała.
A to To figurki. Gwizdki i skarbonka.
Mężczyzna uśmiechnął się pod nosem, oglądając wielką świnkę:
Ręczna robota?
Tak, sama robiłam. Tanio sprzedam, bardzo potrzebuję pieniędzy.
Wszystko biorę. Lubię takie rzeczy.
Sprzedawczyni biżuterii cmoknęła z dezaprobatą:
Po co ci to, Dawidzie? Dość masz już zabawek.
Przestraszona Żaneta aż zadrżała:
To pan handluje kiełbaskami? Nie sprzedam panu kury!
Próbowała odebrać Pstrokatkę, ale Dawid zręcznie ją wyminął.
Proszę odebrać pieniądze! poprosiła z drżeniem w głosie Nie nadaje się na rosół! To nie ta rasa!
Spokojnie, oddam ją mamie ona ma kwokę. Może pani przyjeżdżać w odwiedziny.
Naprawdę nie okłamuje pan mnie?
Nie, może pani sprawdzić. Sam się zdziwiłem, że kura może mieć imię!
***
Gdy Żaneta wracała do domu, zatrzymał się przy niej samochód, z którego wysiadł Dawid.
Proszę pani! Ma pani w domu więcej takich glinianych figurek? Kupiłbym, na prezenty.
Żaneta przymrużyła oczy od słońca i uśmiechnęła się:
Oj, tego mamy w domu pełno!
***
Stanisław, leżący w łóżku, jęknął, słysząc rozmowę za drzwiami.
Kto tam, Żanetko? Przynieś mi wodę, pić mi się chce.
Gość, stojący na progu, zerknął na Stanisława, a potem na obrazy.
Niesamowite szepnął. To pan malował?
Ja! podniósł się w łóżku Stanisław. I nie maluję! Malują dzieci kredą po chodniku, ja tworzę!
A komu to przeszkadza? zapytał Dawid. Podobają mi się. Chcę kupić. A te figurki?
Też moje! Wszystko moje! odtrącił żonę, która podawała mu szklankę z wodą. Wszystko tutaj moje!
Zrzucił kołdrę i, utykając, podszedł bliżej.
Ciekawe szkice powiedział Dawid, zerkając kątem oka na Żanetę.
Gdy Stanisław prezentował malowidła, gość ukradkiem patrzył na żonę gospodarza, dostrzegając subtelny rumieniec i jej zmieszanie.
Epilog
Żaneta nie mogła się nadziwić cudownemu ozdrowieniu byłego męża.
Okazało się, że Stanisław wcale nie był chory!
Wystarczyło, że pojawił się ktoś, kto zainteresował się twórczością, aby zdrowie cudownie powróciło.
Tajemniczy gość Dawid każdego dnia kupował nowe płótna i figurki.
Gdy skończyły się obrazy, zaczął brać wyroby z gliny.
Stanisław, widząc, że sztuka się sprzedaje, zamknął się znowu w pracowni i produkował kolejne dzieła.
Nie zdawał sobie sprawy, że to nie jego arcydzieła przyciągały gościa, tylko była żona.
Każdego dnia Dawid, wychodząc z kolejną rzeźbą, długo rozmawiał z Żanetą na ganku.
Narodziła się między nimi sympatia, a z czasem uczucie.
W końcu Dawid zabrał z domu Dudkowskiego to, po co przyjeżdżał Żanetę.
Od tej pory para była razem.
Wracając do rodzinnej wsi, Dawid wrzucał kupione obrazy do pieca, a gliniane stworki chował do worka, nie wiedząc jeszcze, co z nimi zrobić.
Myślał wtedy o dobrym sercu i ślicznej buzi Żanety.
Wiedział od pierwszego spotkania, że to jest jego przeznaczenie.
Wkrótce dowiedział się, jak naprawdę żyje kobieta samotna, chora na miłość, uwięziona obok człowieka zapatrzonego wyłącznie w siebie.
Dlatego codziennie jeździł, aby zobaczyć ją pod pretekstem kupna kolejnego obrazu.
W końcu i Żaneta wszystko zrozumiała.
***
Stanisław nie spodziewał się takiego obrotu spraw.
Dawid, który hurtem skupywał jego dzieła, przestał się pojawiać, gdy tylko odszedł z Żanetą.
Długo bolało go to rozstanie.
Po czasie doszło do niego, co naprawdę stracił.
Dobrej żony nie tak łatwo jest znaleźć a Żaneta była właśnie tą jedyną.
Nie tylko znosiła jego humory, ale jeszcze współczuła, otaczała opieką, była niczym druga matka. I do tego tak piękna.
A on ten skarb rozwiał, jakby nie znaczył nic.
Chciał popaść w rozpacz, ale szybko się opamiętał.
Teraz nie było już nikogo, kto by przyniósł szklankę wody, nakarmił drobnymi kawałkami jajka, ogarnął dom i podwórko
I wtedy zrozumiał: prawdziwy skarb w życiu to nie rzeczy, które się posiada, ani nie uznanie w oczach innych, lecz cichy gest, dobre słowo, obecność tej, która trwa przy tobie na dobre i na złe. Trzeba docenić szczęście zanim się je straci, bo drugiej takiej szansy los nie zawsze daje.



