Teściowa do kwadratu – No nie wierzę! – zamiast zwykłego „cześć” powiedział Eryk, gdy w drzwiach zobaczył niską, żwawą staruszkę w dżinsach, z filuternym uśmiechem i błyskiem psoty w oczach spod przymrużonych powiek. „Babcia Iwony, pani Walentyna – rozpoznał. – Ale jak to? Bez uprzedzenia, nawet bez telefonu…” – Witaj, wnuczku! – rzuciła wciąż rozbawiona. – Wpuścisz mnie do mieszkania? – Oczywiście, proszę bardzo! – speszony otworzył drzwi Eryk. Pani Walentyna wprowadziła do środka walizkę na kółkach. Gdy Eryk podawał jej herbatę, zarządziła stanowczo: – Dla mnie mocną! Iwonka w pracy, Ola w przedszkolu, a ty co tu się lenisz? – Wysłali mnie na urlop… na dwa tygodnie, z powodu przestoju – odparł markotnie Eryk, czując, jak marzenia o słodkim lenistwie się oddalają. Z nadzieją spojrzał na gościa: – Zostanie Pani u nas na długo? – Zgadłeś – odparła, skutecznie gasiąc resztki nadziei – na długo. Eryk westchnął ciężko. Z panią Walentyną prawie się nie znał – widział ją tylko przelotnie na swoim ślubie z Iwoną, przyjechała wtedy z innego miasta. Słyszał jednak niejedną historię od swojego teścia, który, opowiadając o teściowej, zniżał głos i rozglądał się nerwowo. Od razu było widać, że darzy ją respektem, aż do dreszczy w kolanach. – Pozmywaj naczynia i się zbieraj! – rozkazała. – Zrobię sobie orientacyjną wycieczkę po mieście, będziesz moim przewodnikiem! Eryk nawet nie protestował – ton głosu przywodził mu na myśl srogiego sierżanta z wojska. Sprzeciwić się to byłby głupi pomysł. – Pokażesz mi bulwary nad Wisłą! – poleciła pani Walentyna. – A jak tam najlepiej dojechać? – Chwyciła Eryka pod ramię i raźno ruszyła w stronę wyjścia, rozglądając się z ciekawością. – Taksówką – wzruszył ramionami Eryk. Pani Walentyna nagle włożyła palce do ust i głośno zagwizdała. Jadąca obok taksówka natychmiast zahamowała. – Po co tak gwiżdżecie? Co ludzie powiedzą? – upominał ją Eryk, pomagając jej wsiąść. – Nic nie powiedzą – zaśmiała się pogodnie drobna, siwa pani. – Pomyślą, że to ty się niegrzecznie zachowujesz. Kierowca wybuchnął śmiechem razem z Walentyną. Przybili sobie „piątkę”, jak starzy znajomi po udanym żarcie. – Jesteś, Eryczku, chłopak grzeczny i spokojny – mówiła seniorka, gdy spacerowali nad wodą. – Twoja babcia to pewnie dama z manierami, a ja tak nie umiem. Mój mąż, dziadek Iwony, niech mu ziemia lekką będzie, długo się do mnie przyzwyczajał. Całe życie był cichy, zaczytany, a tu nagle pojawiłam się w jego życiu ja… I się zaczęło! Wbiegałam z nim w góry, z samolotu uczyłam skakać ze spadochronem! Tylko na lotnię go nie namówiłam, bał się jak ognia. Zostawał z córką na dole, gdy ja latałam nad nimi. Eryk słuchał z niedowierzaniem. Iwona nigdy nie wspominała o pasjach swojej babci. Wyglądało na to, że życie miała barwne i pełne przygód. To wiele wyjaśniało w jej charakterze. Spojrzała na niego surowo: – Sam kiedyś skakałeś ze spadochronem? – W wojsku, czternaście razy – odpowiedział z dumą Eryk. – No to szacunek! – pokiwała głową Walentyna i zanuciła: „Długo będziemy spadać W tym skoku długim jak świat…” Eryk znał piosenkę i chętnie dołączył: „Obłok biały nad głową, Jak mewa, co w plecy gra…” To ich zbliżyło i Eryk przestał czuć onieśmielenie w towarzystwie tej niezwykłej staruszki. – Odpocząć trzeba i coś przekąsić – zaproponowała – Widzisz tamtą budkę? Cudowna woń, pewnie robią wyśmienitego szaszłyka! Za ladą stał ciemnowłosy, groźnie wyglądający właściciel i zamaszyście nadziewał marynowane mięso na szpikulec, sprawiając wrażenie, że w jednej chwili byłby w stanie przebić nim swoich wrogów – i jeszcze świetnie się przy tym bawić… Aż chciało się zakrzyknąć „Hopak!” i zatańczyć kozaka! Siadając przy stoliku, pani Walentyna błysnęła figlarnie oczami i zaśpiewała czystym głosem: „Gamarjoba, przyjacielu, Fajnie by pośpiewać na weselu…” Szaszłykowy gawrosz spojrzał zdziwiony, po czym rozświetlił mu się wzrok i razem wyciągnęli na dwa głosy: „Na weselu śpiewać warto, Przyjacielu, gamarjoba!” – Częstujcie się, szanowna pani – uśmiechnął się szeroko gospodarz, stawiając na stole miski z szaszłykiem, chlebem i zieleniną, do tego przyniósł dwa kieliszki lodowatego gruzińskiego wina i z szacunkiem się skłonił. Przyciągnięty zapachem pieczonego mięsa, spod krzaków wynurzył się szary kociak i spojrzał na nich z cichą nadzieją. – Ach, właśnie ciebie nam brakowało – uśmiechnęła się pani Walentyna. – Chodź do nas, malcze. – I zwróciła się do szaszłykowego mistrza: – Przynieś dla naszego przyjaciela świeżutkiego mięska, tylko drobno pokrój! Gdy kotek łakomie pożerał w miseczce kąski, pani Walentyna perswadowała Erykowi: – Rośnie wam dziecko, i to dziewczynka! Jak chcecie nauczyć ją dobroci, troski, miłości do świata, jeśli nie macie w domu kota? Ten malec to wasz klucz. Po spacerze pani Walentyna wykąpała znalezisko, a Eryka wysłała po wyprawkę dla kota według listy. Kiedy Eryk wrócił objuczony kuwetą, miskami, drapakiem i legowiskiem, w domu panowała wesoła wrzawa. Iwonka i Ola obłapiały babcię, a ta, rozpromieniona, obsypywała je pocałunkami. Kotek, już ochrzczony Lwem, ze zdziwieniem przyglądał się rodzinie ze szczytu sofy. – To dla ciebie, Olu – letni komplecik z szortami – a to dla ciebie, Iwonko. Nie ma to jak koronkowe majtki, żeby kobieta czuła się doceniona przez męża… Przez cały kolejny tydzień Ola nie chodziła do przedszkola. Z babcią całe ranki znikały na spacerach, wracały zmęczone, ale szczęśliwe. W domu już czekali Eryk i Lew. Wieczorami dołączała Iwona i cała rodzina znów ruszała na spacery z kotem w komplecie. – Muszę z tobą porozmawiać, Eryczku – powiedziała pani Walentyna któregoś wieczoru poważniejszym niż zwykle tonem. – Jutro wyjeżdżam, już pora. To, po moim wyjeździe, dasz Iwonie. – Podała mu dokument w plastikowej koszulce. – To moje testament. Mieszkanie i wszystko zostawiam Iwonie, tobie – bibliotekę, którą mój mąż całe życie zbierał. Są tam skarby z autografami słynnych nazwisk… – Ależ dlaczego… – zaprotestował Eryk, lecz uciszyła go gestem. – Iwonie nic nie mówiłam, ale tobie powiem: mam problem z sercem, poważny. Może się to skończyć nagle, trzeba być gotowym. – Ale jak to panna sama? – nie mógł się pogodzić Eryk. – Przecież powinna pani z kimś być! – Ze mną zawsze ktoś jest – uśmiechnęła się krzepko. – Zresztą córka, twoja teściowa, mieszka w sąsiednim mieście. A ty – dbaj o Iwonę, wychowuj Olę. Jesteś dobrym chłopakiem, można na tobie polegać. A wiesz, jestem dla ciebie… teściowa do kwadratu! – uderzyła go w ramię i zaraz wybuchła śmiechem. – Może by pani jeszcze została? – zaproponował nieśmiało Eryk. – Choćby na chwilę… Pani Walentyna uśmiechnęła się z wdzięcznością, ale pokręciła przecząco głową. Odprowadzili ją całą rodziną, nawet Lew na rękach u Oli wydawał się zasmucony. Walentyna wsunęła palce do ust i zagwizdała – taksówka zatrzymała się z piskiem opon. – No, zięciu, jedziesz ze mną na dworzec! – zarządziła, ucałowała Iwonę i Olę, i wsiadła na przednie siedzenie. Kierowca patrzył z niedowierzaniem na staruszkę, która zatrzymała go w tak niezwykły sposób. – A czego się pan tak patrzy? – burknął Eryk. – Porządnej kobiety jeszcze nie widział? Drobna babcia potrząsnęła siwymi loczkami i ryknęła śmiechem, z radością klepiąc Eryka po dłoni. Teściowa do kwadratu

8 czerwca

No proszę, tego się nie spodziewałem! pomyślałem, kiedy w moich drzwiach stanęła drobna, żwawa staruszka w niebieskich dżinsach, z figlarnymi iskierkami w oczach i uśmiechem tak przebiegłym, że od razu poczułem się nieswojo.

Babcia Hani Zofia Zielińska, szybko rozpoznałem. Ale jak to tak? Bez zapowiedzi, nawet nie zadzwoniła?

Witaj, wnuczku! powiedziała z tym samym filuternym uśmiechem. Wpuścisz mnie do środka?
Tak, tak, oczywiście! Proszę, wejdź aż podskoczyłem i ustąpiłem miejsca w korytarzu.

Zofia Zielińska wprowadziła do mieszkania niewielką walizkę na kółkach… Mocną herbatę poproszę! zdecydowanie zażądała, kiedy postawiłem wodę. Hanka w pracy, Ola w przedszkolu, a ty co, próżnujesz?
Dali mi wolne mruknąłem bez entuzjazmu. Przymusowy urlop na dwa tygodnie. Moje plany na dwutygodniowy odpoczynek właśnie się rozpłynęły. Zostaniesz z nami na długo? spytałem, licząc na jakąś iskierkę nadziei.

Długo, długo, zgadłeś pokręciła głową, gasząc moje nadzieje od razu.
Westchnąłem. Babcię Zofię widziałem tylko raz, na naszym ślubie z Hanką przyjechała wtedy aż z Poznania. Ale teść, pan Artur, nie raz o niej mówił z takim szacunkiem, że aż czułem ciarki. Gdy o niej opowiadał, mówił półgłosem i rozglądał się po kątach.

Pozmywaj naczynia, zbieraj się, poprowadzisz mnie po mieście! zarządziła nagle.
Nie dyskutowałem. Jej ton przypominał mi sierżanta Orłowskiego z wojska wszelkie sprzeciwy były zgubne.

Najpierw zabierzesz mnie na nadwiślański bulwar! zadecydowała. Jak tam najlepiej dojść? Złapała mnie pod ramię i zadziornie ruszyła chodnikiem, uważnie rozglądając się dookoła.
Najprościej taksówką wzruszyłem ramionami.

Nagle, jakby była zawodowym gwizdaczem, zwinęła palce w kółko, przyłożyła je do ust i zagwizdała. Taksówka zatrzymała się z piskiem opon.

Babciu, no co ty! Co ludzie powiedzą? mruknąłem, pomagając jej wsiąść do przodu.

Nic sobie nie pomyślą uśmiechnęła się szeroko. Najwyżej, że to ty się tak zachowujesz!
Taksówkarz zaśmiał się razem z babcią Zofią. Przybili sobie piątkę, jakby byli starymi kumplami.

Jesteś grzeczny i porządny, Grzesiu mówiła mi babcia podczas spaceru nad Wisłą. Twoja babcia to pewnie dama z klasą, a ja Ja nie potrafię być taka. Mój mąż, dziadek Hani niech mu ziemia lekką będzie bardzo długo przyzwyczajał się do mojej energii. Ledwo co zdołał! On był cichy i spokojny, typowy bibliofil, a tu pojawiłam się ja i zaczęło się! W tatry go ciągnęłam, uczyłam na spadochronie skakać, tylko lotni się bał jak ognia. Ziemianin z krwi i kości, czekał na mnie z Hanią, kiedy latałam mu nad głową.

Ze zdumieniem słuchałem opowieści babci Zofii Hanka nigdy nie wspominała o przygodach swojej babci! Życie musiała mieć naprawdę barwne i pełne zwrotów.

A ty, spadochroniarzem byłeś?
W wojsku czternaście skoków nie pozostałem dłużny, z dumą w głosie.
Szacun, chłopaku! pokiwała z aprobatą i zanuciła refren:

Ach, polecieć trzeba nam,
Skok to długi będzie sam

Podchwyciłem melodię, bo znałem ją z piosenek żołnierskich:

Białą chmurką pod plecami,
Skrzydłem wzleci ponad nami

Ta wspólna pieśń od razu jakoś nas do siebie zbliżyła czułem się przy niej swobodniej.

Odpocznijmy i coś zjedzmy zaproponowała. Tam stoi budka czuć świetny zapach grilla!

Przy budce królował pan z gęstą czarną brodą i groźnym spojrzeniem, który z wielką wprawą nadziewał kawałki karkówki na szpadę. Wyglądał, jakby potrafił tym szpikulcem przebijać nie tylko mięso Patrząc na niego, aż robiło się gorąco i chciało się krzyknąć: Hej, górale! i zatańczyć żywiołowego kujawiaka.

Usiedliśmy przy stoliku, a babcia Zofia na cały regulator, pięknym głosem, zaśpiewała:

Siadaj blisko i nie żałuj,
Niech się śpiew rozlegnie wkoło!

Pan z grilla spojrzał zaskoczony, po czym dołączył swym niskim basem:

Niech panienka da znak łaskawy,
Zaśpiewamy, jak na weselu!

Proszę się częstować, szanowna pani! po polsku, z szerokim uśmiechem położył przed nami talerze z soczystym szaszłykiem, pajdą chleba i świeżymi ogórkami. Przyniósł dwa kufle zimnego piwa, po czym zniknął.

Na zapach mięsa z krzaków wyszedł mały szary kotek, podszedł do stolika i spojrzał prosząco.

To właśnie ciebie nam brakowało uśmiechnęła się do niego babcia. Chodź tu, maluchu. A do grillmana rzuciła: Proszę, da pan naszemu przyjacielowi trochę świeżego mięsa, pokrojonego drobniej!

Gdy kotek łapczywie jadł, babcia spojrzała na mnie z naganą:
Masz córkę, a w domu nawet kota nie ma, jak nauczycie ją dobroci? Dziecko powinno troszczyć się o słabszych. Niech ten maluch będzie początkiem!

Po powrocie babcia Zofia wykąpała znajdę, a mnie wysłała do sklepu z listą: kuweta, miseczki, drapak, miękka poduszka Kiedy wróciłem objuczony zakupami, w mieszkaniu rozlegały się radosne piski. Hania i Ola nie odstępowały babci na krok, a ona śmiała się, całując je serdecznie. Kociak, który dostał imię Leoś, zdumiony przyglądał się nowym zwyczajom.

To dla ciebie, Olu, letni komplet rozdawała babcia prezenty a tu coś dla ciebie, Haniu. Mam nadzieję, że twój mąż doceni nowe koronkowe majteczki, nic tak nie podnosi samopoczucia kobiety!

Przez cały kolejny tydzień Ola nie chodziła do przedszkola. Babcia zabierała ją codziennie na długie spacery wracały zawsze późno, zmęczone, ale szczęśliwe.

W domu czekaliśmy: ja i Leoś. Wieczorami dołączała Hania i całą czwórką wędrowaliśmy jeszcze na wieczorną przechadzkę oczywiście z kotem, który stał się ulubieńcem rodziny.

Pewnego wieczoru babcia Zofia powiedziała poważnie:
Musimy porozmawiać, Grzesiu. Jutro wyjeżdżam, czas wracać. A to, po moim wyjeździe, przekażesz Hani. Wręczyła mi dokument w przezroczystej koszulce. To mój testament. Mieszkanie i wszystko zapisuję Hani, a tobie bibliotekę męża zbierał ją całe życie. Są tam książki z autografami wybitnych ludzi

Babciu Zofio, po co teraz o tym mówić? próbowałem zaprotestować, ale uciszyła mnie gestem.
Hani nic nie mówiłam, ale tobie powiem: mam poważne problemy z sercem. Może się wszystko skończyć nagle. Lepiej przygotować, co trzeba.

Ale pani nie może być sama! zaprotestowałem.
Ja nigdy nie jestem sama uśmiechnęła się spokojnie. Poza tym, moja córka twoja teściowa mieszka w sąsiednim mieście. Ty dbaj o Hanię, wychowuj Olę. Jesteś świetnym facetem, można na tobie polegać. A pamiętaj, ja dla ciebie jestem teściowa w kwadracie! klepnęła mnie w ramię i roześmiała się aż zaraziła wszystkich.

Może zostaniesz jeszcze chociaż parę dni? zaproponowałem cicho.
To już czas podziękowała z uśmiechem i delikatnie pokręciła głową.

Wyszedłem ją odprowadzić razem z całą rodziną. Nawet Leoś siedział u Oli na rękach i wyglądał na zasmuconego.

Babcia Zofia znów zwinęła palce w kółeczko i dała głośny gwizd! Nadjeżdżająca taksówka natychmiast stanęła.

No to jazda, zięciuniu, odstaw mnie na PKP! rozkazała, wycałowała Hanię i Olę, po czym usiadła z przodu.

Taksówkarz spojrzał z niedowierzaniem na żwawą staruszkę.
Co się pan tak patrzy? burknąłem. Pierwszy raz pan widzi normalną kobietę?

Babcia, potrząsnęła siwymi lokami i zaśmiała się, przybijając mi z rozmachem piątkę.

Rate article
Fajna Tajna
Teściowa do kwadratu – No nie wierzę! – zamiast zwykłego „cześć” powiedział Eryk, gdy w drzwiach zobaczył niską, żwawą staruszkę w dżinsach, z filuternym uśmiechem i błyskiem psoty w oczach spod przymrużonych powiek. „Babcia Iwony, pani Walentyna – rozpoznał. – Ale jak to? Bez uprzedzenia, nawet bez telefonu…” – Witaj, wnuczku! – rzuciła wciąż rozbawiona. – Wpuścisz mnie do mieszkania? – Oczywiście, proszę bardzo! – speszony otworzył drzwi Eryk. Pani Walentyna wprowadziła do środka walizkę na kółkach. Gdy Eryk podawał jej herbatę, zarządziła stanowczo: – Dla mnie mocną! Iwonka w pracy, Ola w przedszkolu, a ty co tu się lenisz? – Wysłali mnie na urlop… na dwa tygodnie, z powodu przestoju – odparł markotnie Eryk, czując, jak marzenia o słodkim lenistwie się oddalają. Z nadzieją spojrzał na gościa: – Zostanie Pani u nas na długo? – Zgadłeś – odparła, skutecznie gasiąc resztki nadziei – na długo. Eryk westchnął ciężko. Z panią Walentyną prawie się nie znał – widział ją tylko przelotnie na swoim ślubie z Iwoną, przyjechała wtedy z innego miasta. Słyszał jednak niejedną historię od swojego teścia, który, opowiadając o teściowej, zniżał głos i rozglądał się nerwowo. Od razu było widać, że darzy ją respektem, aż do dreszczy w kolanach. – Pozmywaj naczynia i się zbieraj! – rozkazała. – Zrobię sobie orientacyjną wycieczkę po mieście, będziesz moim przewodnikiem! Eryk nawet nie protestował – ton głosu przywodził mu na myśl srogiego sierżanta z wojska. Sprzeciwić się to byłby głupi pomysł. – Pokażesz mi bulwary nad Wisłą! – poleciła pani Walentyna. – A jak tam najlepiej dojechać? – Chwyciła Eryka pod ramię i raźno ruszyła w stronę wyjścia, rozglądając się z ciekawością. – Taksówką – wzruszył ramionami Eryk. Pani Walentyna nagle włożyła palce do ust i głośno zagwizdała. Jadąca obok taksówka natychmiast zahamowała. – Po co tak gwiżdżecie? Co ludzie powiedzą? – upominał ją Eryk, pomagając jej wsiąść. – Nic nie powiedzą – zaśmiała się pogodnie drobna, siwa pani. – Pomyślą, że to ty się niegrzecznie zachowujesz. Kierowca wybuchnął śmiechem razem z Walentyną. Przybili sobie „piątkę”, jak starzy znajomi po udanym żarcie. – Jesteś, Eryczku, chłopak grzeczny i spokojny – mówiła seniorka, gdy spacerowali nad wodą. – Twoja babcia to pewnie dama z manierami, a ja tak nie umiem. Mój mąż, dziadek Iwony, niech mu ziemia lekką będzie, długo się do mnie przyzwyczajał. Całe życie był cichy, zaczytany, a tu nagle pojawiłam się w jego życiu ja… I się zaczęło! Wbiegałam z nim w góry, z samolotu uczyłam skakać ze spadochronem! Tylko na lotnię go nie namówiłam, bał się jak ognia. Zostawał z córką na dole, gdy ja latałam nad nimi. Eryk słuchał z niedowierzaniem. Iwona nigdy nie wspominała o pasjach swojej babci. Wyglądało na to, że życie miała barwne i pełne przygód. To wiele wyjaśniało w jej charakterze. Spojrzała na niego surowo: – Sam kiedyś skakałeś ze spadochronem? – W wojsku, czternaście razy – odpowiedział z dumą Eryk. – No to szacunek! – pokiwała głową Walentyna i zanuciła: „Długo będziemy spadać W tym skoku długim jak świat…” Eryk znał piosenkę i chętnie dołączył: „Obłok biały nad głową, Jak mewa, co w plecy gra…” To ich zbliżyło i Eryk przestał czuć onieśmielenie w towarzystwie tej niezwykłej staruszki. – Odpocząć trzeba i coś przekąsić – zaproponowała – Widzisz tamtą budkę? Cudowna woń, pewnie robią wyśmienitego szaszłyka! Za ladą stał ciemnowłosy, groźnie wyglądający właściciel i zamaszyście nadziewał marynowane mięso na szpikulec, sprawiając wrażenie, że w jednej chwili byłby w stanie przebić nim swoich wrogów – i jeszcze świetnie się przy tym bawić… Aż chciało się zakrzyknąć „Hopak!” i zatańczyć kozaka! Siadając przy stoliku, pani Walentyna błysnęła figlarnie oczami i zaśpiewała czystym głosem: „Gamarjoba, przyjacielu, Fajnie by pośpiewać na weselu…” Szaszłykowy gawrosz spojrzał zdziwiony, po czym rozświetlił mu się wzrok i razem wyciągnęli na dwa głosy: „Na weselu śpiewać warto, Przyjacielu, gamarjoba!” – Częstujcie się, szanowna pani – uśmiechnął się szeroko gospodarz, stawiając na stole miski z szaszłykiem, chlebem i zieleniną, do tego przyniósł dwa kieliszki lodowatego gruzińskiego wina i z szacunkiem się skłonił. Przyciągnięty zapachem pieczonego mięsa, spod krzaków wynurzył się szary kociak i spojrzał na nich z cichą nadzieją. – Ach, właśnie ciebie nam brakowało – uśmiechnęła się pani Walentyna. – Chodź do nas, malcze. – I zwróciła się do szaszłykowego mistrza: – Przynieś dla naszego przyjaciela świeżutkiego mięska, tylko drobno pokrój! Gdy kotek łakomie pożerał w miseczce kąski, pani Walentyna perswadowała Erykowi: – Rośnie wam dziecko, i to dziewczynka! Jak chcecie nauczyć ją dobroci, troski, miłości do świata, jeśli nie macie w domu kota? Ten malec to wasz klucz. Po spacerze pani Walentyna wykąpała znalezisko, a Eryka wysłała po wyprawkę dla kota według listy. Kiedy Eryk wrócił objuczony kuwetą, miskami, drapakiem i legowiskiem, w domu panowała wesoła wrzawa. Iwonka i Ola obłapiały babcię, a ta, rozpromieniona, obsypywała je pocałunkami. Kotek, już ochrzczony Lwem, ze zdziwieniem przyglądał się rodzinie ze szczytu sofy. – To dla ciebie, Olu – letni komplecik z szortami – a to dla ciebie, Iwonko. Nie ma to jak koronkowe majtki, żeby kobieta czuła się doceniona przez męża… Przez cały kolejny tydzień Ola nie chodziła do przedszkola. Z babcią całe ranki znikały na spacerach, wracały zmęczone, ale szczęśliwe. W domu już czekali Eryk i Lew. Wieczorami dołączała Iwona i cała rodzina znów ruszała na spacery z kotem w komplecie. – Muszę z tobą porozmawiać, Eryczku – powiedziała pani Walentyna któregoś wieczoru poważniejszym niż zwykle tonem. – Jutro wyjeżdżam, już pora. To, po moim wyjeździe, dasz Iwonie. – Podała mu dokument w plastikowej koszulce. – To moje testament. Mieszkanie i wszystko zostawiam Iwonie, tobie – bibliotekę, którą mój mąż całe życie zbierał. Są tam skarby z autografami słynnych nazwisk… – Ależ dlaczego… – zaprotestował Eryk, lecz uciszyła go gestem. – Iwonie nic nie mówiłam, ale tobie powiem: mam problem z sercem, poważny. Może się to skończyć nagle, trzeba być gotowym. – Ale jak to panna sama? – nie mógł się pogodzić Eryk. – Przecież powinna pani z kimś być! – Ze mną zawsze ktoś jest – uśmiechnęła się krzepko. – Zresztą córka, twoja teściowa, mieszka w sąsiednim mieście. A ty – dbaj o Iwonę, wychowuj Olę. Jesteś dobrym chłopakiem, można na tobie polegać. A wiesz, jestem dla ciebie… teściowa do kwadratu! – uderzyła go w ramię i zaraz wybuchła śmiechem. – Może by pani jeszcze została? – zaproponował nieśmiało Eryk. – Choćby na chwilę… Pani Walentyna uśmiechnęła się z wdzięcznością, ale pokręciła przecząco głową. Odprowadzili ją całą rodziną, nawet Lew na rękach u Oli wydawał się zasmucony. Walentyna wsunęła palce do ust i zagwizdała – taksówka zatrzymała się z piskiem opon. – No, zięciu, jedziesz ze mną na dworzec! – zarządziła, ucałowała Iwonę i Olę, i wsiadła na przednie siedzenie. Kierowca patrzył z niedowierzaniem na staruszkę, która zatrzymała go w tak niezwykły sposób. – A czego się pan tak patrzy? – burknął Eryk. – Porządnej kobiety jeszcze nie widział? Drobna babcia potrząsnęła siwymi loczkami i ryknęła śmiechem, z radością klepiąc Eryka po dłoni. Teściowa do kwadratu