Opiekunka dla żony
Jak to?! Justyna aż nie mogła uwierzyć własnym uszom. Mam się wyprowadzić? Ale dokąd? Po co? Dlaczego?
Oj, tylko mi tu scen nie rób skrzywił się Grzegorz. Co tu jest niezrozumiałego? Nie masz się już kim opiekować. A gdzie pójdziesz to mnie w ogóle nie interesuje.
Grzesiek, co ty wygadujesz? Przecież mieliśmy się pobrać!
To sobie sama wymyśliłaś. Ja niczego takiego nie obiecywałem.
Justyna miała wtedy 32 lata, kiedy postanowiła w końcu zmienić swoje życie i zostawić rodzinne miasteczko.
Co tu po niej? Słuchać wyrzutów matki?
Ta wiecznie jej wyrzucała rozwód Jak ty mogłaś pozwolić mu odejść?.
A ten cały Paweł? Ani dobrego słowa nie był wart alkoholik i kobieciarz pierwszej wody! I jakim cudem w ogóle osiem lat temu za niego wyszła?
Rozwód w sumie ją nawet nie zabolał poczuła ulgę, jakby w końcu złapała oddech. Ale z matką i tak się o to kłóciły. I jeszcze dochodziły ciągłe spięcia o pieniądze, których całe życie brakowało.
Aż postanowiła: wyjeżdża do Poznania i tam sobie świetnie wszystko poukłada!
Jakby co, jej koleżanka ze szkoły, Magda, już od pięciu lat mieszka w dużym mieście wyszła za mąż za wdowca.
No i co, że starszy od niej szesnaście lat i do najprzystojniejszych nie należy Za to ma swoje mieszkanie i żyją im się dobrze.
A ja gorsza od Magdy nie jestem! pomyślała Justyna.
No, nareszcie! dopingowała ją Magda. Pakuj się i wpadaj do nas, na początek możesz się u nas zatrzymać, a pracy się poszuka!
Ale Twój Andrzej nie będzie miał nic przeciwko? zapytała z wahaniem Justyna.
Głupia! On się na wszystko zgadza, co mu powiem! Przetrwamy, zobaczysz!
Ale jednak długo u przyjaciółki nie została.
Kilka tygodni dorabiała się jak mogła, aż zarobiła pierwsze pieniądze i wynajęła pokój.
I tu miała wielkie szczęście.
Jak to możliwe, że taka kobieta musi handlować na ryneczku? zapytał z troską jej stały klient, Edward.
Zdążyła się już zaznajomić ze stałymi bywalcami, znała ich wszystkich po imieniu.
Cóż zrobić, panie Edwardzie? wzruszyła ramionami. Rachunki same się nie zapłacą.
Dodała z lekkim uśmiechem:
Chyba, że ma pan lepszą propozycję?
Edward na kasę marzeń jej nie przypominał grubo po pięćdziesiątce, już łysiejący, lekko nalany, ale taksówką na targ zawsze przyjeżdżał. Widać było, że biedy nie klepie.
Pierścionek na palcu sugerował żonatego faceta, więc zupełnie o nim nie myślała jako o kandydacie na męża.
Jesteś rzetelna, odpowiedzialna, czysta przeszedł gładko na ty. Opiekowałaś się kiedyś chorymi?
No, bywało. Sąsiadkę z drugiego piętra pielęgnowałam po udarze, dzieci daleko, nie miały czasu się nią zająć, no to poprosiły mnie.
Idealnie! aż mu się oczy zaświeciły. Moja żona, Halina, jest po udarze. Lekarze nie wróżą wielkiej poprawy. Zabrałem ją do domu, ale sam nie mam czasu przy niej siedzieć. Mogłabyś pomóc? Zapłacę jak należy.
Justyna nie zastanawiała się długo. Lepsze ciepłe mieszkanie, nawet kosztem przewijania chorej, niż marznięcie po dziesięć godzin na straganie dla marudnych klientów!
Poza tym Edward zaproponował, że może u nich zamieszkać, więc odpadał koszt wynajmu.
Słuchaj, mają trzy oddzielne pokoje! opowiadała podniecona Magdzie A dzieci żadnych nie mają.
Mama Haliny to też niezła figura prawie siedemdziesiątka, a cały czas po nowych mężach się rozgląda, obecnie ma świeżego. Nikt nie miał czasu z chorymi się guzdrać.
Bardzo ona schorowana? dopytywała Magda.
Oj Bidulka leży i tylko jakieś dźwięki wydaje. Małe szanse na wyzdrowienie.
Ty się przypadkiem z tego nie cieszysz? spojrzała Magda podejrzliwie.
Nie, no coś Ty spojrzała w bok Justyna. Ale jak się Halinie pogorszy, Edward będzie wolny
Już Ty chyba zgłupiałaś! Życie ludzkie za mieszkanie chcesz wymieniać?!
Nikomu źle nie życzę, ale swojego szczęścia też nie przegapię! Łatwo się mówi, jak się ma wszystko jak w bajce!
Mocno się wtedy pokłóciły i dopiero po pół roku Justyna przyznała się, że ma z Edwardem romans.
Tak się do siebie przywiązali, że nie wyobrażali sobie życia osobno. Tylko że Edward żony nie zostawi to nie ten typ. Więc na razie byli, jak to mówiła Justyna, wolnymi kochankami.
Czyli Wy tu się tulicie, a w sąsiednim pokoju żona jego umiera? zapytała Magda ostro. Rozumiesz jak to wygląda? Ty naprawdę już tylko mieszkanie i pieniądze widzisz przed oczami?
Nigdy się od Ciebie nie doczekam ciepłego słowa! obraziła się Justyna.
I znowu przestały się odzywać. Justyna w sumie nie czuła się winna (no, może tylko troszeczkę).
Co wszyscy tacy święci? Syty głodnego nie rozumie prawda stara jak świat. Poradzi sobie, kto jak nie ona! Bez przyjaciółki można żyć!
Opiekowała się Haliną najlepiej jak potrafiła. Odkąd zaczęło się coś z Edwardem, sama przejęła też domową robotę.
Mężczyzna to nie tylko w łóżku potrzebuje troski trzeba i dobrze nakarmić, i koszule poprasować, i mieszkanie posprzątać, żeby panu czysto było.
Justyna była przekonana, że Edward jest zadowolony. Ona sama też czuła się na swoim miejscu.
Nawet nie zauważyła, kiedy przestał jej płacić za opiekę nad żoną. W końcu byli już prawie jak małżeństwo!
Edward dawał jej pieniądze na zakupy i na bieżące potrzeby, a ona gospodarowała, jak umiała, nie zwracając uwagi, że coraz trudniej się w budżecie mieści.
A przecież on, jako kierownik w dużej firmie, zarabiał nie najgorzej. Ale nic to, jeszcze trochę i się pobiorą, wszystko się wyjaśni.
Z czasem między nimi zrobiło się spokojniej, Edward coraz mniej czasu spędzał w domu, co Justyna tłumaczyła zmęczeniem i presją przy chorej żonie.
Czemu się męczy, skoro do Haliny podchodził czasem raz dziennie na minutę tego już nie wiedziała. Ale było jej go żal.
Kiedy Halina w końcu zmarła, Justyna mimo wszystko się popłakała.
W końcu półtora roku poświęciła tej kobiecie kawał czasu. Organizacją pogrzebu Justyna zajęła się od początku do końca, bo Edward niby nie miał do tego głowy.
Pieniędzy dał jej mniej niż zakładała, ale wszystko zorganizowała porządnie, nikt nie miał prawa się przyczepić.
Nawet sąsiadki, które wcześniej patrzyły krzywo przez jej romans z Edwardem, na pogrzebie potakiwały jej z uznaniem. Nawet teściowa była wdzięczna.
Justyna zupełnie nie spodziewała się tego, co usłyszała od Edwarda.
Jak widzisz, nie jesteś mi już potrzebna. Masz tydzień, żeby się wyprowadzić powiedział sucho dziesiątego dnia po pogrzebie.
Jak to? Justyna nie wierzyła w to, co słyszy. Gdzie mam się podziać? Dlaczego?
Proszę Cię, oszczędź mi tych argumentów skrzywił się Edward. Nie masz się kim zajmować. A co dalej robisz, w ogóle mnie nie obchodzi.
Grzegorz, mieliśmy się przecież pobrać?!…
To były tylko Twoje wyobrażenia. Nic nie obiecywałem.
Następnego ranka, po całej nieprzespanej nocy, Justyna postanowiła jeszcze raz spróbować porozmawiać z Edwardem, ale on powtórzył jej to samo, naciskając, żeby się pośpieszyła z wyprowadzką.
Moja narzeczona chce tu zrobić remont jeszcze przed ślubem wywalił z siebie.
Narzeczona? Jaka narzeczona?
Nie Twoja sprawa.
To już tak? Ok. Ale najpierw zapłać mi za pracę. Tak, tak! I nawet się nie wygłupiaj z miną.
Obiecałeś mi 4 tysiące złotych miesięcznie. Dostałam od Ciebie tylko dwa razy. Czyli jesteś mi winien 64 tysiące.
O, jaka matematyczka zaśmiał się ironicznie. Zejdź na ziemię…
Dodaj do tego sprzątanie, pranie, prasowanie będzie równo stówka! Płać mi 100 tysięcy i po sprawie.
Serio? Do sądu pójdziesz? Umowy nie ma.
Powiem Grażynie powiedziała cicho. To ona kupiła Wam ten apartament.
Wierz mi po mojej rozmowie nie tylko mieszkania, ale i pracy się pozbędziesz. Sam ją lepiej znasz.
Edward pobladł, ale szybko się opanował.
Kto Ci uwierzy? Straszyć mnie tu przyszłaś. Nie chcę Cię widzieć, wynoś się natychmiast.
Daję Ci trzy dni, kochanie. Nie zapłacisz będzie afera Justyna spakowała walizki i przeniosła się do hostelu. Coś tam jeszcze z domowych pieniędzy udało się jej odłożyć.
Czwartego dnia, nie doczekawszy się żadnej odpowiedzi, poszła do mieszkania Edwarda. Trafiła idealnie była tam też Grażyna.
Już po twarzy Edwarda wiedziała, że nie zamierza nic płacić, więc opowiedziała całą historię jego teściowej.
Wymyśla jakieś bajki! Nie słuchaj jej! zaczął bronić się wdowiec.
Oj, nacłuchałam się na pogrzebie różnych rzeczy, nie wierzyłam Teraz wszystko jasne spojrzała chłodno Grażyna. I Tobie radzę przypomnieć sobie, że mieszkanie jest na mnie.
Edward oniemiał.
Żeby Cię tu za trzy dni nie było, rozumiesz?
Grażyna już miała wychodzić, ale zatrzymała się przy Justynie.
A Ty, dziewczyno, czego tu jeszcze stoisz jak słup? Nagrody czekasz? Wynocha!
Justyna wybiegła jak poparzona. Teraz już wiedziała, że pieniędzy nie zobaczy. Chyba trzeba będzie wrócić na rynek tam zawsze znajdzie się jakaś robotaNa zewnątrz padał lekki deszcz, a Justyna przez chwilę wpatrywała się w brudny chodnik, nie mogąc złapać tchu. W głowie szumiało jej od wstydu i żalu, jednak po raz pierwszy od dawna, zamiast wrócić się do nikogo, usiadła na ławce i po prostu pozwoliła sobie odetchnąć.
Tak, znów wszystko straciła. Wiara w ludzi rozsypała się w pył, a złudzenia o szybkim szczęściu zostały na klatce schodowej apartamentu, z którego ją przegonili. Ale nie miała już sił płakać przesiąknęły je poprzednie lata.
Wyjęła z torby telefon. Kusiło ją, by zadzwonić do Magdy i ze wstydem poprosić o pomoc lecz nie zrobiła tego. Zamiast tego wystukała kilka ofert pracy opiekunek, sprzątaczek, kelnerki. Bez żadnych oczekiwań, bez łudzenia się, że tym razem los się odmieni.
Wieczorem w hostelu pierwsza przyszła odpowiedź. Starsza pani szukała pomocy po operacji biodra. Wynagrodzenie: niewiele, ale pokój, serdeczność i domowe zupy gwarantowane.
Justyna uśmiechnęła się blado. Pakując się rano, zobaczyła swoje odbicie w popękanym lusterku: trochę starsza, uboższa, ale nie zepsuta do końca. W sunącym autobusie, z walizką przy nodze, poczuła coś nowego cichą ulgę, że przynajmniej tym razem nie idzie na kompromisy. Nie będzie już czyjąś opiekunką od wszystkiego, nie będzie czekać na cudze obietnice.
Wystarczy jej to, co może sama sobie przynieść. Nawet jeśli to na początek tylko kubek herbaty i jedno miejsce przy kuchennym stole, gdzie nikogo nie musi udawać.
Po raz pierwszy od dawna poczuła, że cokolwiek się wydarzy poradzi sobie. Sama, na własnych zasadach.



