Niedzielny tata. Opowieść. Gdzie jest moja córka? – powtórzyła Olesia, czując, jak szczękają jej zęby, czy to ze strachu, czy z zimna. Zostawiła Zosię na urodzinach, w pokoju zabaw centrum handlowego. Rodziców solenizantki znała tylko z widzenia, ale zostawiła córkę spokojnie – to nie pierwszy raz na takiej dziecięcej imprezie, to był zwyczajny rytuał. Tylko dziś się spóźniła – autobus długo nie przyjeżdżał. Centrum handlowe leżało w niewygodnym miejscu, wszyscy dojeżdżali samochodem, ale Olesia auta nie miała. Odprowadziła więc Zosię autobusem, wróciła do domu – miała zaplanowane lekcje, nie mogła odwołać – a potem pojechała po nią. Spóźniła się raptem piętnaście minut – biegła po oblodzonym parkingu, aż wiatr odbierał jej dech. I teraz mama solenizantki, niewysoka blondynka z dużymi, niebieskimi oczami, patrzyła na Olesię z zaskoczeniem i powtarzała: — Jej tata ją odebrał. Ale Zosia nie miała taty. To znaczy, był, ale dziecka nigdy nie poznał. Olesia poznała Andrzeja przypadkiem – spacerowały z koleżanką bulwarem nad Wisłą, koleżanka skręciła nogę, chłopaki zaoferowali pomoc. I jak w kinie, skłamali, że studiują na Uniwersytecie Warszawskim, jeden ma ojca generała, drugi profesora. Po co im to było, nie wiadomo – młodzi, głupi. Gdy Olesia zaszła w ciążę, a Andrzej dowiedział się, że jest studentką pedagogicznego, a tata kierowcą autobusu, dał jej pieniądze na aborcję i zniknął. Nie zrobiła aborcji i nigdy nie żałowała – Zosia była jej towarzyszką, nad wiek rozważną, niezawodną. Razem miały zawsze wesoło; gdy Olesia prowadziła lekcje, Zosia cicho bawiła się lalkami, a potem razem gotowały mleczną zupę czy jajko w koszulce, piły herbatę z ciasteczkami z masłem. Na pieniądze nie narzekały, wszystko szło na wynajem, lecz ani Olesia, ani Zosia nie robiły z tego tragedii. — Jak mogła Pani oddać moje dziecko obcemu? – głos Olesi drżał, łzy wzbierały jej w oczach. — Ale jaki obcy? – zirytowała się niebieskooka kobieta. – Przecież to jej ojciec! Olesia mogłaby wyjaśnić, że żadnego ojca nie ma, ale to nie miałoby sensu. Trzeba było już biec do ochrony, prosić o nagrania kamer… — Kiedy? – zapytała. — Około dziesięć minut temu… Olesia ruszyła biegiem. Ile razy powtarzała Zosi – nie odchodź z obcymi! Ze strachu nogi ją nie słuchały, świat rozmywał się przed oczami, kilka razy na kogoś wpadła, nawet się nie przepraszała, gnała dalej. W końcu, z rozpaczy, wykrzyczała: — Zosia! Zosiu!!! Na dużym foodcourcie był tłum, niewielu zwróciło uwagę, choć kilka osób się obejrzało. Olesia łapczywie łapała powietrze, próbując zdecydować – gdzie najpierw szukać? Może on jej jeszcze nie zabrał, może… — Mamusiu! Najpierw nie uwierzyła oczom. Jej córka z rozpiętą kurteczką i twarzą ubrudzoną lodami biegła do niej. Olesia złapała ją mocno, jakby miała ją już nigdy nie wypuścić – albo jakby miała sama upaść. Wbiła wzrok w stojącego obok mężczyznę. Schludny, krótko ostrzyżony, w głupim swetrze z bałwankiem i lodami w ręku. Coś zobaczył w jej oczach, bo zaczął szybko tłumaczyć: — Przepraszam, to moja wina! Powinienem poczekać na Panią na miejscu, ale tak chciałem pokazać tym małym łobuzom! Zosię zaczęli drażnić, mówili, że nie ma taty i że nikt po nią nie przyjdzie, bo jest brzydka! Chciałem im dać nauczkę – podszedłem i powiedziałem: córeczko, zanim mama wróci, kupmy lody. Przepraszam, nie pomyślałem, że Pani tak się wystraszy… Olesią wstrząsnęło. Nie zamierzała wierzyć temu nieznajomemu. Ale czy Zosię rzeczywiście przezywali? Spojrzała córce w oczy, ta natychmiast zrozumiała pytanie. Pociągnęła nosem, podniosła dumnie brodę. — I co z tego! Teraz mam też tatę! Mężczyzna zrobił nieśmiałą minę, Olesia wciąż nie mogła wykrztusić słowa. — Wracamy, – w końcu wydusiła. – Już późno, nie zdążymy na autobus. — Proszę, może podwiozę was? Skoro tak się złożyło… Niech Pani nie myśli, nie jestem żadnym maniakiem! Nazywam się Artur. Jestem porządny! Tam siedzi moja mama, potwierdzi! Wskazał kobietę o fioletowych lokach, wczytaną w książkę przy stoliku. — Jeśli zechce Pani, podejdziemy do niej, da mi najlepszą rekomendację! — Nie wątpię, – syknęła Olesia, wciąż gotowa potraktować nieznajomego z pięści. – Dziękuję, ale poradzimy sobie same! — Mamo… – Zosia pociągnęła za rąbek jej kurtki. – Niech zobaczą, że tata nas odwozi! Przy pokoju zabaw stały jeszcze solenizantka z mamą i jakaś dziewczynka, imienia Olesia nie pamiętała. W oczach córki była taka prośba, a w takim stanie iść po lodzie… Olesia się przełamała. — Dobrze, – rzuciła. — Świetnie! Zaraz, tylko powiadomię mamę! „Maminsynek” – pomyślała złośliwie Olesia. Kobieta pomachała jej życzliwie, a Olesia pospiesznie odwróciła wzrok. Co za głupia sytuacja! Po drodze nie patrzyła Arturowi w oczy, ale nie mogła nie zauważyć, jak delikatnie rozmawiał z Zosią. Ona śpiewała jak skowronek – Olesia nigdy jej takiej nie słyszała. Ale gdy wysiedli przy bloku, Zosia nagle posmutniała. — Już się nie zobaczymy? – zapytała cicho Artura, zerkając na mamę. Wtedy Olesia poczuła na sobie jego spojrzenie – pytał o zgodę. Zamierzała powiedzieć, że nie wypada, ale patrząc na smutną buzię córki… Kiwnęła głową. — Jeśli twoja mama pozwoli, mogę zabrać cię w weekend do kina na bajkę. Byłaś w kinie? — Naprawdę? Nie, nie byłam! Mamo, mogę iść z tatą do kina? Olesia poczuła niezręczność, aż sama zaczęła szybko mówić. — Zosiu, pozwolę, ale na dwóch warunkach. Po pierwsze – musisz zrozumieć, że nazywanie nieznajomego tatą nie jest grzeczne, mów do niego „wujek Artur”, dobrze? Po drugie – na bajkę idę razem z wami, bo pamiętasz, co mówiłam? Nie wolno chodzić z obcymi, nawet jeśli wyglądają na miłych! — Ja jej to też powiedziałem, – wtrącił Artur. – O tym, że nie wolno chodzić, – dodał. — No to mogę? — Powiedziałam przecież – tak. — Hurra!!! Rozum Olesi podpowiadał, żeby natychmiast przerwać te głupoty, ale nie potrafiła. Nikogo nie miała na świecie poza Zosią. Chciała się z kimś poradzić! Na przykład z mamą. Olesia słabo ją pamiętała – mama zginęła, gdy Olesia miała pięć lat, tyle co Zosia teraz. Chłopiec wpadł do przerębla, nikt nie miał odwagi, a ona się odważyła. Chłopca uratowała, ale sama… Zachorowała ciężko, zmarła w tydzień – miała cukrzycę, i zdrowie słabe od zawsze. Cukrzycę odziedziczyła też Zosia, co bardzo martwiło Olesię – to przecież ona przekazała jej te geny. Do kolejnego weekendu Olesia dużo rozmyślała, ale niepotrzebnie się martwiła – wszystko potoczyło się zupełnie inaczej, bo Artur do kina przyprowadził swoją mamę. — Żeby Pani nie myślała, że jestem jakiś dziwny, niech mama mnie zareklamuje, – uśmiechnął się. — Ty zawsze byłeś dziwny, – stwierdziła matka z takim uśmiechem, że widać było, iż syna kocha nad życie. Oczywiście, gdy Artur poszedł z Zosią po popcorn, faktycznie dostał „reklamę”. — Proszę, możemy mówić sobie po imieniu? On sam też bez ojca rósł. Cztery razy byłam mężatką, ostatni mąż to ideał! Artur cały w niego. Ale los odwrócił kartę – nie zdążył nawet przytulić syna – zmarł na zawał. Urodziłam przed terminem, nie wiem, jak to zniosłam. Pierwsi moi mężowie pomagali… Co się Pani tak dziwi? Z wszystkimi mam cudowne stosunki – pierwszy mnie wciąż kocha, drugi okazał się „nie po naszej płci”, trzeci – za bardzo lubił kobiety, jednej mu było mało. W każdym razie próbowali zastąpić Arturowi ojca, ale tata to tata. Dlatego tak polubił Zosię – jego też w szkole przezywali. Biedny chłopak, ile ja się nasłuchałam u nauczycieli! Nic nie pomagało! Robił ryzykowne głupoty, żeby udowodnić chłopakom… Raz prawie przypłacił to życiem… Co tu mówić – niesamowita kobieta. Niska, szczupła, z fioletowymi włosami, w garsonce od Zienia i z tomikiem Chmielewskiej w ręku. Olesi bardzo się spodobała. — Niech się Pani nie martwi, on nie ma złych zamiarów – ma po prostu dobre serce, – mrugnęła znacząco. – A Pani też mu się bardzo podoba… Olesia się zarumieniła. Tego tylko brakowało! Czuła, że nie powinna się angażować, ale żal jej było Zosi… Po seansie podała Arturowi pieniądze za bilety, ale on odmówił. — Zapraszam – płacę sam! To się Olesi nie spodobało – zawsze płaciła za siebie, nie znosiła zależności. A te okruchy o tym, że mu się podoba – głupstwa, tak nie bywa! Gdy Artur odwoził je do domu, Zosia spytała: — Tato, gdzie pójdziemy następnym razem? — Zosia! – zganiła ją Olesia. Zosia śmiesznie zakryła usta dłońmi. — Myślę, że moglibyśmy wybrać się do Muzeum Zoologicznego, – udawał, że nie zauważył przejęzyczenia Artur. – Co powiesz? — Super! Mamo, pójdziemy? — Idźcie sami, – rzuciła sucho Olesia. – Weźcie panią Katarzynę Aleksandrową, ona mówiła, że uwielbia motyle. Pierwsza wysiadła z auta – chciała zakończyć tę farsę. Słyszała, jak Artur szepcze Zosi: — Kiedy mamy nie ma w pobliżu, możesz mówić do mnie „tato”. Tak Zosia zyskała niedzielnego tatę. Czasem Olesia chodziła z nimi, czasem zostawiała Zosię pod opieką Katarzyny Aleksandrowej – Artura ciągle miała za obcego i podejrzanego, choć Zosia opowiadała zawsze z zachwytem, jak Artur jest wesoły i ile rzeczy potrafi. Olesia mimowolnie udzielała się tych emocji, ale nie pozwalała sobie rozwinąć: przecież w życiu nie zdarza się, że nagle pojawia się książę na białym koniu. Jeszcze i matka Artura go wychwalała tak, że Olesia zastanawiała się – co z nim nie tak? Przecież taka kobieta nie szukałaby prostej synowej dla swojego jedynaka! Ale serce Olesi stopniowo miękło. Artur był tak delikatny – zostawiał jej czekoladę na półce w przedpokoju, zawsze pytał o zdanie przed zaproszeniem Zosi gdzieś, łapał jej wzrok w samochodzie. Najbardziej polubiła Katarzynę Aleksandrową – okazała się cudowną rozmówczynią! Gdyby Artur nie był jej synem, właśnie z nią radziłaby się najchętniej. Pewnego dnia Artur zadzwonił, zaczął coś o kinie. Zosia od razu podbiegła – szeptem spytała: — To Artur? I zadowolona usiadła obok. — Tak, oczywiście, Zosia będzie szczęśliwa, – odparła Olesia z przyzwyczajenia. — Poczekaj… Tak naprawdę zapraszam Zosię i Panią. No, żebyśmy poszli razem. We dwoje. W tle rozległ się głos Katarzyny Aleksandrowej: — Nareszcie! — Mamo, przestań podsłuchiwać! – zawołał. – Olesiu, przepraszam… Zawsze podgląda! W tej chwili Zosia szepnęła: — On zaprosił cię do kina? Olesia roześmiała się. — Też mam uszy. Proszę, Artur… Ja… — Proszę, nie odmawiaj, tylko jedna szansa, obiecuję być rycerzem! — Powiedz o oczach, Artur, powiedz o oczach, tym co powiedziałeś mi wtedy, że ma oczy jak jej mama… Jakby ją ktoś oblał lodowatą wodą. Olesia nic nie rozumiała – co ma do tego jej mama? Artur coś powiedział matce, po czym rzekł: — Olesiu, zaraz przyjadę i wszystko wyjaśnię. Mogę? Wyjaśnienia by się przydały… Chodziła w kółko do przyjazdu Artura, a Zosia, jakby przeczuwając, zaczęła rysować przy swoim stoliku. — Powinienem powiedzieć od razu, – zaczął Artur. – Miałem, ale tak mi się spodobałaś… Nie chciałem, żebyś myślała, że to przez mamę. Twoją mamę, znaczy. Bałem się, że mnie znienawidzisz. Przez mnie ona zginęła… Mówił chaotycznie, skakał z tematu na temat, błagał wzrokiem. Olesia drżała, jak wtedy, gdy myślała, że Zosia zniknęła. — Wybaczysz mi? Olesia nie odezwała się ani słowem, z trudem wycisnęła: — Muszę pomyśleć. — Mamo, no, wybacz tacie… Artur zrobił wielkie oczy do Zosi, przypominając umowę. Spojrzał raz jeszcze na Olesię. Powtórzyła: — Potrzebuję czasu. Muszę się zastanowić, rozumiesz? Chciała zadać tysiąc pytań, nie potrafiła wykrztusić żadnego. Dopiero gdy zadzwoniła Katarzyna Aleksandrowa, Olesia dowiedziała się wszystkiego. — On nie wiedział, że ona zginęła – chroniłam jego psychikę. Potem się wygadałam, więc Artur chciał Was odnaleźć. Tamtego wieczoru chciał się poznać i zaproponować pomoc, ale najpierw wyszło z Zosią, potem Ty… On zakochał się od pierwszego wejrzenia! Bał się, że to źle odbierzesz. Nie obwiniaj go – to Artur chciał udowodnić chłopcom, że jest prawdziwym mężczyzną, choć nie ma ojca. Wszyscy bali się wejść na lód, a on poszedł i… Katarzyna Aleksandrowa nie naciskała, delikatnie usprawiedliwiała syna. Ale Zosia naciskała, oj jak! — Mamo, on jest dobry! I kocha cię, sam mi mówił! I zostanie moim tatą, prawdziwym, rozumiesz? Olesia rozumiała. Ale czuła się… Dziwnie? Minął niemal miesiąc, Olesia nie mogła się odważyć na rozmowę z nim. Nie odbierała, nie czytała jego wiadomości. Im dłużej zwlekała, tym bardziej chciała zadzwonić. Ale to stawało się coraz trudniejsze. Zosia obudziła ją w nocy – płakała, że boli ją brzuszek. Wieczorem też narzekała, Olesia składała to na kwaśny kefir. Teraz Zosia płonęła – nawet termometru nie musiała brać. Trzęsącymi dłońmi wykręciła numer pogotowia, a później – sama nie wiedząc czemu – Artura. Przyjechał razem z karetką. W spodniach dresowych, zaspany, rozczochrany. Pojechał z nimi do szpitala, uspokajał i obiecywał, że wszystko będzie dobrze. Sam też był roztrzęsiony. — Ostre zapalenie otrzewnej to nic strasznego, – powtarzał. – Wszystko będzie dobrze, na pewno! Olesia sama chwyciła go za rękę – chyba żeby uspokoić jego lub siebie. W poczekalni było chłodno, a oboje nie zabrali nic ciepłego, siedzieli tak blisko, jak to możliwe, grzejąc się wzajemnie. Do lekarza pobiegł pierwszy, pytał o wszystko. Olesia nie śmiała się ruszyć. Gdyby Zosi coś się stało, nie przeżyłaby tego! Ale wszystko skończyło się dobrze. Lekarze spisali się na medal, Zosia była dzielna – walczyła o siebie, choć sytuacja była poważna. — Jakby dobry anioł nad nią czuwał, — stwierdził lekarz, a Olesia wyszeptała: dziękuję, mamo! Artur długo dziękował lekarzowi, a ten kazał im jechać do domu – teraz i tak nie można jeszcze do Zosi, jest w reanimacji, a rodzice powinni odpocząć. Odprowadził ją pod blok, Olesia myślała, że poprosi, by wejść, ale on zamilkł. Wtedy powiedziała: — Już świta. Chcesz, wpadnij, zaparzę ci kawę. I poczuła, że naprawdę chce, by wszedł. I został. Już na zawsze. Zosia wracała do zdrowia zadziwiająco szybko – wszyscy lekarze i pielęgniarki to zauważyli. — Bo mam i mamę, i tatę, – mówiła Zosia. Nikt, poza Olesią i Arturem, nie rozumiał, dlaczego dziewczynka tak bardzo się z tego cieszyła…

Gdzie jest moja córka? powtarzała Malwina, czując, jak zęby zaczynają jej dygotać, czy to ze strachu, czy z zimna.

Wiktorię zostawiła na przyjęciu urodzinowym, w pokoju zabaw w galerii handlowej. Rodziców solenizantki znała zaledwie pobieżnie, ale zostawiła córkę ze spokojem nie pierwszy raz na tego typu dziecięcej imprezie, to było czymś zupełnie zwyczajnym. Jednak tym razem się spóźniła autobus długo nie przyjeżdżał. Centrum handlowe stało w nieciekawej okolicy, wszyscy podjeżdżali tam samochodem, ale Malwina auta nie miała. Dlatego pojechała tam z córką autobusem, wróciła do domu musiała poprowadzić lekcje, których nie mogła odwołać a potem znowu jechała po Wiktorię. I spóźniła się zaledwie o piętnaście minut biegła po oblodzonym parkingu z całych sił, aż zabrakło jej tchu. A teraz mama solenizantki, niska kobieta z okrągłymi niebieskimi oczami, patrzyła na Malwinę ze zdziwieniem i powtarzała:

Przecież zabrał ją tata.

Ale Wiktoria nie miała taty. To znaczy oczywiście, był, lecz nigdy nie widział swojej córki.

Malwina poznała Pawła zupełnie przez przypadek spacerowała z koleżanką nad Wisłą; koleżanka skręciła nogę, chłopcy zaoferowali pomoc. A jak w jakimś dawnym filmie, skłamali, że studiują na Uniwersytecie Warszawskim, że jeden ma ojca generała, drugi profesora. Po co to wszystko? Młodzi byli, głupi i beztroscy. Gdy Malwina zaszła w ciążę, a Paweł dowiedział się, że ona uczy się w pedagogicznym i jej ojciec jest kierowcą autobusu, dał pieniądze na aborcję i zniknął.

Malwina aborcji nie zrobiła, nigdy tego nie żałowała Wiktoria była jej towarzyszką, przedwcześnie mądrą i godną zaufania. Razem było im zawsze wesoło, podczas lekcji Wiktoria cichutko bawiła się lalkami, potem razem szły do kuchni i gotowały zupę mleczną lub jajko w koszulkach, piły herbatę z ciastkami posmarowanymi masłem. Z pieniędzmi było ciężko, wszystko znikało na czynsz, lecz ani Malwina, ani Wiktoria na to nie narzekały.

Jak mogła pani oddać moją córkę obcemu człowiekowi?!

Głos Malwiny drżał, a do oczu napływały łzy.

Jaki obcy? denerwowała się niebieskooka kobieta. Przecież to ojciec!

Malwina mogła jej powiedzieć, że żadnego ojca nie ma, ale co by to zmieniło. Musiała biec do ochrony, domagać się nagrań z kamer i…

Kiedy to było?

Z dziesięć minut temu…

Malwina odwróciła się i pobiegła. Ile razy ostrzegała Wiktorię nie idź z obcymi! Ze strachu nogi jej odmawiały posłuszeństwa, przed oczami wszystko się zamazywało, kilka razy wpadła na kogoś, ale nawet nie przeprosiła biegła dalej. Kierowana instynktem, krzyknęła:

Wiktoria! Wiki!

Na zatłoczonym food courcie było głośno, prawie nikt nie zwracał uwagi na krzyki, ale kilka osób się obejrzało. Żarłocznie łapiąc powietrze, Malwina próbowała zdecydować gdzie najpierw biec? Może jeszcze jej nie zabrał, może…

Mamusiu!

Przez moment Malwina nie uwierzyła oczom. Jej córka, w rozpiętej kurteczce, z twarzyczką ubrudzoną lodami, biegła do niej z wyciągniętymi ramionami. Ścisnęła Wiktorię tak mocno, jakby bała się, że jeśli ją puści, zapadnie się w ziemię. Zamarła i wbiła wzrok w mężczyznę. Schludny, przystrzyżony krótko, w głupawym swetrze z bałwanem i lodem w ręku. Chyba dostrzegł w jej oczach to, co Malwina miała mu za chwilę powiedzieć, bo zaczął się tłumaczyć:

Przepraszam, to moja wina! Powinienem poczekać na panią, ale tak mnie wkurzyły te niesforne dzieciaki! Pani rozumie, wyśmiewali ją. Mówili, że nie ma taty, że nigdy po nią nie przyjdzie, bo jest brzydka! Chciałem dać im nauczkę podszedłem, powiedziałem: córeczko, póki mamy nie ma, chodź na lody. Przepraszam, nie pomyślałem, że się pani tak przestraszy…

Malwiną wstrząsnęło. Nie miała zamiaru wierzyć obcemu. Ale czy rzeczywiście przezywali Wiktorię? Spojrzała córce w oczy, a ona od razu zrozumiała pytanie. Wytarła nos, podniosła dumnie głowę.

No i co! Teraz też mam tatę!

Mężczyzna bezradnie rozłożył ręce, Malwina wciąż nie mogła wydusić ani słowa.

Chodźmy już, w końcu wyszeptała. Późno, przegapimy autobus.

Zaczekajcie! zrobił krok w ich stronę, niepewnie machnął ręką. Może podwiozę? Skoro tak się wszystko potoczyło… Niech pani się nie boi, nie jestem żadnym wariatem! Nazywam się Wojciech. Naprawdę, jestem porządny! O, tam siedzi moja mama, może pani potwierdzić!

Wskazał kobietę z fioletowymi puklami za stolikiem, zatopioną w lekturze książki.

Jeśli chce pani, możemy do niej podejść ona poleci mnie na sto procent!

Nie wątpię. syknęła Malwina, która dalej miała ochotę walnąć nieznajomego po głowie. Dziękujemy, poradzimy sobie!

Mamo… Wiktoria pociągnęła za rękaw jej kurtki. Niech oni zobaczą, że tata nas odwozi!

Przy pokoju zabaw wciąż stała solenizantka z mamą i jeszcze jedna dziewczynka, której imienia Malwina nie pamiętała. W oczach córki było tyle prośby, a iść po oblodzonym chodniku w takim stanie byłoby ciężko. Malwina uległa.

Dobrze rzuciła krótko.

Wspaniale! Zaraz, tylko uprzedzę mamę!

Maminsynek kąśliwie pomyślała Malwina. W tym momencie kobieta z uśmiechem pomachała jej ręką, Malwina szybko odwróciła wzrok. Co za głupia sytuacja!

W drodze starała się nie patrzeć na Wojciecha, ale nie mogła nie zauważyć, jak delikatnie rozmawia z Wiktorią. Córka świergotała jak szpak, Malwina nigdy nie widziała jej tak rozgadanej. Jednak gdy zatrzymali się pod blokiem, dziewczynka spoważniała.

Już nigdy się nie zobaczymy? szepnęła do Wojciecha, spoglądając na mamę.

Malwina poczuła, jak jej wzrok proszący szuka pozwolenia. Miała już powiedzieć nie, Wiktorio, to niegrzeczne, ale zerkając na rozczarowaną twarz córki, nie mogła. Spojrzała na Wojciecha, skinęła głową.

No dobrze, jeśli mama pozwoli, mogę zabrać cię w weekend do kina na bajkę. Byłaś już kiedyś w kinie?

Naprawdę? Nie! Mamo, mogę pójść z tatą do kina?

Malwinie zrobiło się tak niezręcznie, że aż zaczęła mówić bardzo szybko:

Dobrze, Wiktorio, zgodzę się, ale pod dwoma warunkami. Po pierwsze musisz pamiętać, że niegrzecznie mówić do obcego tata, nazwij go pan Wojciech, dobrze? Po drugie na bajkę idę z wami, bo co ja ci zawsze powtarzałam? Nie wolno nigdzie chodzić z obcymi, nawet jeśli wydają się mili!

Też jej to powiedziałem dopowiedział Wojciech. O tym, że nie wolno chodzić…

Więc mogę?

Mówiłam przecież tak.

Hurra!!!

Rozumowo Malwina wiedziała, że powinna od razu ukrócić te głupstwa, ale nie umiała. Nie miała nikogo prócz Wiktorii. Gdyby tak można było się z kimś poradzić! Na przykład z mamą. Malwina pamiętała ją słabo zginęła, gdy Malwina miała pięć lat, tak jak teraz Wiktoria. Chłopiec wpadł do przerębla, wszyscy bali się mu pomóc, ona się odważyła. Chłopca uratowała, ale sama zachorowała. Zapalenie płuc, w tydzień odeszła miała cukrzycę, zdrowie zniszczone wcześniej. Cukrzycę też przekazała Wiktorii, z czego Malwina bardzo się zadręczała to przecież jej wina, jej geny.

Do kolejnej soboty Malwina rozmyślała wiele, ale jak się okazało, martwiła się na próżno wszystko potoczyło się inaczej, bo do kina Wojciech zabrał jeszcze swoją mamę.

Żeby nie myślała pani, że jestem dziwakiem, niech mama mnie zareklamuje powiedział z uśmiechem.

Dziwakiem chyba jesteś mruknęła jego mama tak pogodnie, że od razu było widać, iż syna uwielbia.

Oczywiście, gdy Wojciech prowadził Wiktorię po popcorn, jego mama naprawdę go reklamowała.

Wiesz… Mogę na ty? On też bez ojca dorastał. Byłam zamężna cztery razy, ostatni mąż idealny! Wojtuś ma wszystko po nim. Ale los chciał tak, że nawet nie zdążył potrzymać syna na rękach. Zawał, urodziłam przedwcześnie, nie wiem, jak to przeżyłam. Oczywiście, pierwsi mężowie pomagali… Czemu tak patrzysz? Z pierwszym do dziś się przyjaźnię, drugi okazał się nie po naszej stronie, trzeci znowu zbyt kocha kobiety, jednej mu zawsze mało. Próbował każdy zastąpić Wojtkowi ojca, ale tata to tata. Dlatego tak się wczuł w Wiktorię jego też w szkole dokuczali. Biedny chłopak, ile razy w szkołę biegałam! Nic nie pomagało. Na głupie zakłady się godził, żeby udowodnić, raz prawie przez to nie zginął…

Kobieta była niezwykle barwna. Niska, szczupła, z fioletowymi włosami, w garniturze od Vistuli, z tomikiem Chmielewskiej w ręku. Malwinie bardzo się spodobała.

Nie bój się, nic złego nie knuje, po prostu ma dobre serce mrugnęła znacząco. A tobie też się, widzę, spodobałaś…

Malwina się zarumieniła. Tego jej tylko brakowało! Czuła przecież, że nie powinna nic zaczynać, ale szkoda jej było Wiktorii…

Po filmie Malwina podała pieniądze za bilety Wojciechowi, a on pokręcił głową.

Zapraszam dziewczyny do kina płacę sam!

To też Malwinie się nie podobało od zawsze płaciła za siebie, nie lubiła być zależna. A to, że się jej spodobała głupstwa, takie rzeczy nie zdarzają się naprawdę.

Gdy podjechali pod blok, Wiktoria spytała:

Tato, a gdzie pójdziemy następnym razem?

Wiktoria! upomniała ją Malwina.

Ta zasłoniła buzię dłońmi ze śmiechem.

Myślę, że możemy odwiedzić Muzeum Zoologiczne zaproponował łagodnie Wojciech, ignorując jej przejęzyczenie. Co o tym sądzisz?

Super! Mamo, idziemy?

Idźcie beze mnie odpowiedziała szorstko Malwina. Weźcie panią Marię ze sobą, wspominała, że uwielbia motyle.

Wyszła z samochodu pierwsza, chciała jak najszybciej skończyć tę farsę. Usłyszała jeszcze, jak Wojciech szepcze Wiktorii:

Jak mama nie słyszy, możesz mówić do mnie tato.

Tak właśnie Wiktoria zyskała niedzielnego tatę. Czasem Malwina chodziła z nimi, czasem pozwalała córce jechać samej, jeśli była z nimi pani Maria dalej uważała Wojciecha za obcego, choć Wiktoria za każdym razem z radością opowiadała, jaki Wojciech jest fajny i jak ciekawie z nim spędza czas. Malwina mimowolnie przejmowała ten entuzjazm, ale nie pozwalała mu się rozwijać: przecież w życie nie wjeżdża tak po prostu książę na białym koniu. Jeszcze matka Wojciecha co chwila go chwaliła Malwina obawiała się, czy z nim aby coś nie tak? Czy taka kobieta swatałaby swojego syna prostej dziewczynie?

Jednak z czasem serce Malwiny miękło. Wojciech robił to bardzo dyskretnie zostawiał jej czekoladę na półce przy drzwiach, zawsze pytał o zdanie, zanim zaprosił gdzieś Wiktorię, łapał jej spojrzenie w samochodzie. Ale najbardziej polubiła panią Marię była świetną rozmówczynią! Gdyby Wojciech nie był jej synem, to właśnie z Marią radziłaby się w trudnych sprawach.

Pewnego dnia zadzwonił, coś mówił o kinie. Wiktoria od razu się pojawiła szeptem zapytała:

To Wojciech?

I usiadła uradowana tuż obok.

Tak, oczywiście, Wiktoria będzie szczęśliwa, odpowiedziała Malwina z przyzwyczajenia.

Zaczekaj Dzwonię po Wiktorię, ale też po ciebie. To znaczy chciałbym, żebyśmy poszli razem. We dwoje.

Na tle słychać było głos Marii.

No nareszcie!

Mamo, przestań podsłuchiwać! Oj, Malwina, przepraszam… Wiecznie podsłuchuje…

W tym momencie Wiktoria szepnęła:

On zaprosił cię do kina?

Malwina roześmiała się.

Ja też podsłuchuję. Słuchaj, Wojciech Ja

Tylko nie odmawiaj, proszę! Daj mi jedną szansę! Obiecuję, będę rycerski!

O oczach powiedz, Wojtuś, o oczach. O tym, co mi mówiłeś, że ma oczy po matce

Jakby lodem ją ktoś oblał. Malwina zgłupiała co ma do tego jej mama?

Wojciech coś warknął do Marii, potem powiedział:

Malwina, zaraz przyjadę i wszystko wyjaśnię. Można?

Wyjaśnienia bardzo by się przydały Malwina chodziła z kąta w kąt, czekając; Wiktoria usiadła przy swoim stoliku z rysunkami, jakby coś przeczuła.

Powinienem od razu się przyznać, zaczął Wojciech. I chciałem, ale bardzo mi się spodobałaś… I nie chciałem, byś myślała, że to przez mamę. Twoją mamę mam na myśli. Bałem się też, że znienawidzisz mnie, bo przez mnie ona zginęła…

Mówił nieskładnie, skakał z tematu na temat, patrzył błagalnie. Malwiną wstrząsnęło, jak wtedy, gdy myślała, że zgubiła Wiktorię.

Wybaczysz mi?

Nie rzekła ani słowa przez całą tę rozmowę, z trudem wykrztusiła:

Muszę pomyśleć.

Mamo, no wybacz tacie…

Wojciech zrobił duże oczy do Wiktorii, jakby przypominając im o umowie. Jeszcze raz spojrzał na Malwinę. Powtórzyła:

Potrzebuję czasu. Muszę się zastanowić, rozumiesz?

Chciała zadać mu tysiąc pytań, ale nie potrafiła wydusić ani słowa. Za to gdy zadzwoniła pani Maria, poszło zupełnie inaczej; od niej Malwina dowiedziała się wszystkiego.

Nie wiedział, że ona zginęła starałam się chronić psychikę dziecka. Potem wygadałam się przypadkiem i Wojtuś postanowił was znaleźć. Chciał wam pomóc, ale najpierw się poznać. Z Wiktorią wyszło tak, a potem ty… Zakochał się od pierwszego wejrzenia! Bał się, że źle go zrozumiesz. Nie obwiniaj go chciał udowodnić chłopakom, że jest prawdziwym mężczyzną, choć nie ma ojca. Wszyscy boiszczy się wejść na lód, a on poszedł i…

Maria nie naciskała, broniła syna jak mogła. Ale Wiktoria naciskała, podekscytowana:

Mamo, przecież jest dobry! I kocha ciebie, sam mi mówił! Może być moim tatą, prawdziwym, rozumiesz?

Malwina rozumiała. Ale czuła, że to… Niestosowne?

Minął prawie miesiąc, a Malwina nie znalazła odwagi, by porozmawiać z Wojciechem. Nie odbierała telefonu, nie czytała jego wiadomości. Im bardziej unikała kontaktu, tym bardziej chciała zadzwonić. Ale to stawało się coraz trudniejsze.

Wiktoria obudziła ją w nocy płakała, mówiła, że boli ją brzuszek. Już wieczorem się skarżyła, Malwina zrzuciła winę na zsiadłe mleko. Teraz Wiktoria parzyła się jak ogień termometru nawet nie trzeba było brać.

Drżącymi rękami Malwina zadzwoniła po pogotowie, a potem sama nie zrozumiała dlaczego do Wojciecha.

Przyjechał razem z karetką. W domowych spodniach, rozczochrany, zaspany. Pojechał do szpitala, pocieszał ją, obiecywał, że będzie dobrze, choć sam miał łamiący się głos.

Zapalenie otrzewnej to nie takie straszne… Na pewno będzie dobrze!

Malwina sama chwyciła go za rękę czy dla siebie, czy dla niego. W poczekalni było chłodno, oboje nie mieli ciepłych rzeczy, siedzieli tak blisko siebie, ogrzewając się nawzajem.

Do lekarza Wojciech rzucił się pierwszy, pytał o przebieg operacji. Malwina siedziała bojąc się nawet ruszyć. Jeśli coś stanie się Wiktorii, nie przeżyje tego…

Ale wszystko skończyło się dobrze. Lekarze zrobili, co trzeba, a Wiktoria była dzielna walczyła o życie, choć sytuacja była według lekarza dramatyczna.

Jakby dobry anioł ją chronił powiedział lekarz, a Malwina wymruczała: dziękuję ci, mamo!

Wojciech długo dziękował personelowi, aż w końcu kazano im wracać do domu do Wiktorii i tak nie można było, była jeszcze na OIOM-ie, a rodzice musieli odpocząć.

Podwiózł ją pod blok, Malwina czekała, czy Wojciech poprosi, żeby wejść. Gdy milczał, powiedziała:

Już świta. Chcesz, zrobię ci kawę?

I wtedy zdała sobie sprawę, że chce, aby wszedł. I został. Na zawsze.

Wiktoria zdrowiała zadziwiająco szybko wszyscy lekarze i pielęgniarki to doceniali.

Bo mam mamę i tatę mówiła z dumą.

A tylko Malwina i Wojciech wiedzieli, dlaczego ich córka tak bardzo się z tego cieszy…

Rate article
Fajna Tajna
Niedzielny tata. Opowieść. Gdzie jest moja córka? – powtórzyła Olesia, czując, jak szczękają jej zęby, czy to ze strachu, czy z zimna. Zostawiła Zosię na urodzinach, w pokoju zabaw centrum handlowego. Rodziców solenizantki znała tylko z widzenia, ale zostawiła córkę spokojnie – to nie pierwszy raz na takiej dziecięcej imprezie, to był zwyczajny rytuał. Tylko dziś się spóźniła – autobus długo nie przyjeżdżał. Centrum handlowe leżało w niewygodnym miejscu, wszyscy dojeżdżali samochodem, ale Olesia auta nie miała. Odprowadziła więc Zosię autobusem, wróciła do domu – miała zaplanowane lekcje, nie mogła odwołać – a potem pojechała po nią. Spóźniła się raptem piętnaście minut – biegła po oblodzonym parkingu, aż wiatr odbierał jej dech. I teraz mama solenizantki, niewysoka blondynka z dużymi, niebieskimi oczami, patrzyła na Olesię z zaskoczeniem i powtarzała: — Jej tata ją odebrał. Ale Zosia nie miała taty. To znaczy, był, ale dziecka nigdy nie poznał. Olesia poznała Andrzeja przypadkiem – spacerowały z koleżanką bulwarem nad Wisłą, koleżanka skręciła nogę, chłopaki zaoferowali pomoc. I jak w kinie, skłamali, że studiują na Uniwersytecie Warszawskim, jeden ma ojca generała, drugi profesora. Po co im to było, nie wiadomo – młodzi, głupi. Gdy Olesia zaszła w ciążę, a Andrzej dowiedział się, że jest studentką pedagogicznego, a tata kierowcą autobusu, dał jej pieniądze na aborcję i zniknął. Nie zrobiła aborcji i nigdy nie żałowała – Zosia była jej towarzyszką, nad wiek rozważną, niezawodną. Razem miały zawsze wesoło; gdy Olesia prowadziła lekcje, Zosia cicho bawiła się lalkami, a potem razem gotowały mleczną zupę czy jajko w koszulce, piły herbatę z ciasteczkami z masłem. Na pieniądze nie narzekały, wszystko szło na wynajem, lecz ani Olesia, ani Zosia nie robiły z tego tragedii. — Jak mogła Pani oddać moje dziecko obcemu? – głos Olesi drżał, łzy wzbierały jej w oczach. — Ale jaki obcy? – zirytowała się niebieskooka kobieta. – Przecież to jej ojciec! Olesia mogłaby wyjaśnić, że żadnego ojca nie ma, ale to nie miałoby sensu. Trzeba było już biec do ochrony, prosić o nagrania kamer… — Kiedy? – zapytała. — Około dziesięć minut temu… Olesia ruszyła biegiem. Ile razy powtarzała Zosi – nie odchodź z obcymi! Ze strachu nogi ją nie słuchały, świat rozmywał się przed oczami, kilka razy na kogoś wpadła, nawet się nie przepraszała, gnała dalej. W końcu, z rozpaczy, wykrzyczała: — Zosia! Zosiu!!! Na dużym foodcourcie był tłum, niewielu zwróciło uwagę, choć kilka osób się obejrzało. Olesia łapczywie łapała powietrze, próbując zdecydować – gdzie najpierw szukać? Może on jej jeszcze nie zabrał, może… — Mamusiu! Najpierw nie uwierzyła oczom. Jej córka z rozpiętą kurteczką i twarzą ubrudzoną lodami biegła do niej. Olesia złapała ją mocno, jakby miała ją już nigdy nie wypuścić – albo jakby miała sama upaść. Wbiła wzrok w stojącego obok mężczyznę. Schludny, krótko ostrzyżony, w głupim swetrze z bałwankiem i lodami w ręku. Coś zobaczył w jej oczach, bo zaczął szybko tłumaczyć: — Przepraszam, to moja wina! Powinienem poczekać na Panią na miejscu, ale tak chciałem pokazać tym małym łobuzom! Zosię zaczęli drażnić, mówili, że nie ma taty i że nikt po nią nie przyjdzie, bo jest brzydka! Chciałem im dać nauczkę – podszedłem i powiedziałem: córeczko, zanim mama wróci, kupmy lody. Przepraszam, nie pomyślałem, że Pani tak się wystraszy… Olesią wstrząsnęło. Nie zamierzała wierzyć temu nieznajomemu. Ale czy Zosię rzeczywiście przezywali? Spojrzała córce w oczy, ta natychmiast zrozumiała pytanie. Pociągnęła nosem, podniosła dumnie brodę. — I co z tego! Teraz mam też tatę! Mężczyzna zrobił nieśmiałą minę, Olesia wciąż nie mogła wykrztusić słowa. — Wracamy, – w końcu wydusiła. – Już późno, nie zdążymy na autobus. — Proszę, może podwiozę was? Skoro tak się złożyło… Niech Pani nie myśli, nie jestem żadnym maniakiem! Nazywam się Artur. Jestem porządny! Tam siedzi moja mama, potwierdzi! Wskazał kobietę o fioletowych lokach, wczytaną w książkę przy stoliku. — Jeśli zechce Pani, podejdziemy do niej, da mi najlepszą rekomendację! — Nie wątpię, – syknęła Olesia, wciąż gotowa potraktować nieznajomego z pięści. – Dziękuję, ale poradzimy sobie same! — Mamo… – Zosia pociągnęła za rąbek jej kurtki. – Niech zobaczą, że tata nas odwozi! Przy pokoju zabaw stały jeszcze solenizantka z mamą i jakaś dziewczynka, imienia Olesia nie pamiętała. W oczach córki była taka prośba, a w takim stanie iść po lodzie… Olesia się przełamała. — Dobrze, – rzuciła. — Świetnie! Zaraz, tylko powiadomię mamę! „Maminsynek” – pomyślała złośliwie Olesia. Kobieta pomachała jej życzliwie, a Olesia pospiesznie odwróciła wzrok. Co za głupia sytuacja! Po drodze nie patrzyła Arturowi w oczy, ale nie mogła nie zauważyć, jak delikatnie rozmawiał z Zosią. Ona śpiewała jak skowronek – Olesia nigdy jej takiej nie słyszała. Ale gdy wysiedli przy bloku, Zosia nagle posmutniała. — Już się nie zobaczymy? – zapytała cicho Artura, zerkając na mamę. Wtedy Olesia poczuła na sobie jego spojrzenie – pytał o zgodę. Zamierzała powiedzieć, że nie wypada, ale patrząc na smutną buzię córki… Kiwnęła głową. — Jeśli twoja mama pozwoli, mogę zabrać cię w weekend do kina na bajkę. Byłaś w kinie? — Naprawdę? Nie, nie byłam! Mamo, mogę iść z tatą do kina? Olesia poczuła niezręczność, aż sama zaczęła szybko mówić. — Zosiu, pozwolę, ale na dwóch warunkach. Po pierwsze – musisz zrozumieć, że nazywanie nieznajomego tatą nie jest grzeczne, mów do niego „wujek Artur”, dobrze? Po drugie – na bajkę idę razem z wami, bo pamiętasz, co mówiłam? Nie wolno chodzić z obcymi, nawet jeśli wyglądają na miłych! — Ja jej to też powiedziałem, – wtrącił Artur. – O tym, że nie wolno chodzić, – dodał. — No to mogę? — Powiedziałam przecież – tak. — Hurra!!! Rozum Olesi podpowiadał, żeby natychmiast przerwać te głupoty, ale nie potrafiła. Nikogo nie miała na świecie poza Zosią. Chciała się z kimś poradzić! Na przykład z mamą. Olesia słabo ją pamiętała – mama zginęła, gdy Olesia miała pięć lat, tyle co Zosia teraz. Chłopiec wpadł do przerębla, nikt nie miał odwagi, a ona się odważyła. Chłopca uratowała, ale sama… Zachorowała ciężko, zmarła w tydzień – miała cukrzycę, i zdrowie słabe od zawsze. Cukrzycę odziedziczyła też Zosia, co bardzo martwiło Olesię – to przecież ona przekazała jej te geny. Do kolejnego weekendu Olesia dużo rozmyślała, ale niepotrzebnie się martwiła – wszystko potoczyło się zupełnie inaczej, bo Artur do kina przyprowadził swoją mamę. — Żeby Pani nie myślała, że jestem jakiś dziwny, niech mama mnie zareklamuje, – uśmiechnął się. — Ty zawsze byłeś dziwny, – stwierdziła matka z takim uśmiechem, że widać było, iż syna kocha nad życie. Oczywiście, gdy Artur poszedł z Zosią po popcorn, faktycznie dostał „reklamę”. — Proszę, możemy mówić sobie po imieniu? On sam też bez ojca rósł. Cztery razy byłam mężatką, ostatni mąż to ideał! Artur cały w niego. Ale los odwrócił kartę – nie zdążył nawet przytulić syna – zmarł na zawał. Urodziłam przed terminem, nie wiem, jak to zniosłam. Pierwsi moi mężowie pomagali… Co się Pani tak dziwi? Z wszystkimi mam cudowne stosunki – pierwszy mnie wciąż kocha, drugi okazał się „nie po naszej płci”, trzeci – za bardzo lubił kobiety, jednej mu było mało. W każdym razie próbowali zastąpić Arturowi ojca, ale tata to tata. Dlatego tak polubił Zosię – jego też w szkole przezywali. Biedny chłopak, ile ja się nasłuchałam u nauczycieli! Nic nie pomagało! Robił ryzykowne głupoty, żeby udowodnić chłopakom… Raz prawie przypłacił to życiem… Co tu mówić – niesamowita kobieta. Niska, szczupła, z fioletowymi włosami, w garsonce od Zienia i z tomikiem Chmielewskiej w ręku. Olesi bardzo się spodobała. — Niech się Pani nie martwi, on nie ma złych zamiarów – ma po prostu dobre serce, – mrugnęła znacząco. – A Pani też mu się bardzo podoba… Olesia się zarumieniła. Tego tylko brakowało! Czuła, że nie powinna się angażować, ale żal jej było Zosi… Po seansie podała Arturowi pieniądze za bilety, ale on odmówił. — Zapraszam – płacę sam! To się Olesi nie spodobało – zawsze płaciła za siebie, nie znosiła zależności. A te okruchy o tym, że mu się podoba – głupstwa, tak nie bywa! Gdy Artur odwoził je do domu, Zosia spytała: — Tato, gdzie pójdziemy następnym razem? — Zosia! – zganiła ją Olesia. Zosia śmiesznie zakryła usta dłońmi. — Myślę, że moglibyśmy wybrać się do Muzeum Zoologicznego, – udawał, że nie zauważył przejęzyczenia Artur. – Co powiesz? — Super! Mamo, pójdziemy? — Idźcie sami, – rzuciła sucho Olesia. – Weźcie panią Katarzynę Aleksandrową, ona mówiła, że uwielbia motyle. Pierwsza wysiadła z auta – chciała zakończyć tę farsę. Słyszała, jak Artur szepcze Zosi: — Kiedy mamy nie ma w pobliżu, możesz mówić do mnie „tato”. Tak Zosia zyskała niedzielnego tatę. Czasem Olesia chodziła z nimi, czasem zostawiała Zosię pod opieką Katarzyny Aleksandrowej – Artura ciągle miała za obcego i podejrzanego, choć Zosia opowiadała zawsze z zachwytem, jak Artur jest wesoły i ile rzeczy potrafi. Olesia mimowolnie udzielała się tych emocji, ale nie pozwalała sobie rozwinąć: przecież w życiu nie zdarza się, że nagle pojawia się książę na białym koniu. Jeszcze i matka Artura go wychwalała tak, że Olesia zastanawiała się – co z nim nie tak? Przecież taka kobieta nie szukałaby prostej synowej dla swojego jedynaka! Ale serce Olesi stopniowo miękło. Artur był tak delikatny – zostawiał jej czekoladę na półce w przedpokoju, zawsze pytał o zdanie przed zaproszeniem Zosi gdzieś, łapał jej wzrok w samochodzie. Najbardziej polubiła Katarzynę Aleksandrową – okazała się cudowną rozmówczynią! Gdyby Artur nie był jej synem, właśnie z nią radziłaby się najchętniej. Pewnego dnia Artur zadzwonił, zaczął coś o kinie. Zosia od razu podbiegła – szeptem spytała: — To Artur? I zadowolona usiadła obok. — Tak, oczywiście, Zosia będzie szczęśliwa, – odparła Olesia z przyzwyczajenia. — Poczekaj… Tak naprawdę zapraszam Zosię i Panią. No, żebyśmy poszli razem. We dwoje. W tle rozległ się głos Katarzyny Aleksandrowej: — Nareszcie! — Mamo, przestań podsłuchiwać! – zawołał. – Olesiu, przepraszam… Zawsze podgląda! W tej chwili Zosia szepnęła: — On zaprosił cię do kina? Olesia roześmiała się. — Też mam uszy. Proszę, Artur… Ja… — Proszę, nie odmawiaj, tylko jedna szansa, obiecuję być rycerzem! — Powiedz o oczach, Artur, powiedz o oczach, tym co powiedziałeś mi wtedy, że ma oczy jak jej mama… Jakby ją ktoś oblał lodowatą wodą. Olesia nic nie rozumiała – co ma do tego jej mama? Artur coś powiedział matce, po czym rzekł: — Olesiu, zaraz przyjadę i wszystko wyjaśnię. Mogę? Wyjaśnienia by się przydały… Chodziła w kółko do przyjazdu Artura, a Zosia, jakby przeczuwając, zaczęła rysować przy swoim stoliku. — Powinienem powiedzieć od razu, – zaczął Artur. – Miałem, ale tak mi się spodobałaś… Nie chciałem, żebyś myślała, że to przez mamę. Twoją mamę, znaczy. Bałem się, że mnie znienawidzisz. Przez mnie ona zginęła… Mówił chaotycznie, skakał z tematu na temat, błagał wzrokiem. Olesia drżała, jak wtedy, gdy myślała, że Zosia zniknęła. — Wybaczysz mi? Olesia nie odezwała się ani słowem, z trudem wycisnęła: — Muszę pomyśleć. — Mamo, no, wybacz tacie… Artur zrobił wielkie oczy do Zosi, przypominając umowę. Spojrzał raz jeszcze na Olesię. Powtórzyła: — Potrzebuję czasu. Muszę się zastanowić, rozumiesz? Chciała zadać tysiąc pytań, nie potrafiła wykrztusić żadnego. Dopiero gdy zadzwoniła Katarzyna Aleksandrowa, Olesia dowiedziała się wszystkiego. — On nie wiedział, że ona zginęła – chroniłam jego psychikę. Potem się wygadałam, więc Artur chciał Was odnaleźć. Tamtego wieczoru chciał się poznać i zaproponować pomoc, ale najpierw wyszło z Zosią, potem Ty… On zakochał się od pierwszego wejrzenia! Bał się, że to źle odbierzesz. Nie obwiniaj go – to Artur chciał udowodnić chłopcom, że jest prawdziwym mężczyzną, choć nie ma ojca. Wszyscy bali się wejść na lód, a on poszedł i… Katarzyna Aleksandrowa nie naciskała, delikatnie usprawiedliwiała syna. Ale Zosia naciskała, oj jak! — Mamo, on jest dobry! I kocha cię, sam mi mówił! I zostanie moim tatą, prawdziwym, rozumiesz? Olesia rozumiała. Ale czuła się… Dziwnie? Minął niemal miesiąc, Olesia nie mogła się odważyć na rozmowę z nim. Nie odbierała, nie czytała jego wiadomości. Im dłużej zwlekała, tym bardziej chciała zadzwonić. Ale to stawało się coraz trudniejsze. Zosia obudziła ją w nocy – płakała, że boli ją brzuszek. Wieczorem też narzekała, Olesia składała to na kwaśny kefir. Teraz Zosia płonęła – nawet termometru nie musiała brać. Trzęsącymi dłońmi wykręciła numer pogotowia, a później – sama nie wiedząc czemu – Artura. Przyjechał razem z karetką. W spodniach dresowych, zaspany, rozczochrany. Pojechał z nimi do szpitala, uspokajał i obiecywał, że wszystko będzie dobrze. Sam też był roztrzęsiony. — Ostre zapalenie otrzewnej to nic strasznego, – powtarzał. – Wszystko będzie dobrze, na pewno! Olesia sama chwyciła go za rękę – chyba żeby uspokoić jego lub siebie. W poczekalni było chłodno, a oboje nie zabrali nic ciepłego, siedzieli tak blisko, jak to możliwe, grzejąc się wzajemnie. Do lekarza pobiegł pierwszy, pytał o wszystko. Olesia nie śmiała się ruszyć. Gdyby Zosi coś się stało, nie przeżyłaby tego! Ale wszystko skończyło się dobrze. Lekarze spisali się na medal, Zosia była dzielna – walczyła o siebie, choć sytuacja była poważna. — Jakby dobry anioł nad nią czuwał, — stwierdził lekarz, a Olesia wyszeptała: dziękuję, mamo! Artur długo dziękował lekarzowi, a ten kazał im jechać do domu – teraz i tak nie można jeszcze do Zosi, jest w reanimacji, a rodzice powinni odpocząć. Odprowadził ją pod blok, Olesia myślała, że poprosi, by wejść, ale on zamilkł. Wtedy powiedziała: — Już świta. Chcesz, wpadnij, zaparzę ci kawę. I poczuła, że naprawdę chce, by wszedł. I został. Już na zawsze. Zosia wracała do zdrowia zadziwiająco szybko – wszyscy lekarze i pielęgniarki to zauważyli. — Bo mam i mamę, i tatę, – mówiła Zosia. Nikt, poza Olesią i Arturem, nie rozumiał, dlaczego dziewczynka tak bardzo się z tego cieszyła…