Dopóki żyjesz, nigdy nie jest za późno. Opowieść o Annie, jej synu Venku, rodzinnych trudnych relacjach i niespodziewanym szczęściu w polskim domu opieki pod Warszawą

Jeszcze póki żyjesz, nigdy nie jest za późno.

Dziennik osobisty Anny

No dobrze, mamo, tak jak się umawialiśmy, jutro po ciebie przyjadę i zawiozę. Jestem pewien, że bardzo ci się tam spodoba powiedział Wiktor w pośpiechu zakładając płaszcz i zamykając drzwi na klucz.

Usiadłam ciężko na sofie. Po długich namowach zgodziłam się wyjechać. Sąsiadki były zachwycone:

Twój Wicuś to taki troskliwy. Znowu wysyła cię na wypoczynek.

Ale coś nie dawało mi spokoju. Trudno, jutro wszystko się wyjaśni.

Nazajutrz Wiktor przyjechał wcześnie rano. Błyskawicznie zniósł moje walizki do samochodu, posadził mnie obok siebie i ruszyliśmy.

Szczęściara szeptały sąsiadki na ławeczce przed blokiem a to syn wynajął jej pomoc do domu, a to znowu na wypoczynek zabiera, nie to co my: ot, żyjemy po prostu.

Ośrodek wypoczynkowy był pod Warszawą.

Mamo, tutaj to prawie jak pięć gwiazdek powiedział syn, patrząc na mnie z nutą niepewności.

Gdy weszliśmy na teren, gdzie na ławkach siedzieli głównie starsi ludzie, od razu wiedziałam, że moje obawy były słuszne.

Nie dałam jednak nic po sobie poznać, zawsze umiałam zachować twarz.

Spotkałam się spojrzeniem z Wiktorem, ale on zaraz odwrócił wzrok. Wiedział, że się domyśliłam.

Mamo, tutaj są lekarze, ciekawe zajęcia, dużo towarzystwa. Spróbuj, na razie na trzy tygodnie, potem zobaczymy zająknął się, nie patrząc mi w oczy. Tylko westchnęłam.

Jedź, synku. I nie mów do mnie “mamo” jak do dziecka, tylko “mamo”, dobrze?

Kiwnął z ulgą głową, pocałował mnie w policzek i pojechał.

Dali mi wybór osobny pokój albo z współlokatorką. Wybrałam współlokatorkę; nie chciałam być samotna ze swoimi myślami.

Witam serdecznie, kochanie przywitała mnie na sofie elegancka dama wreszcie nie jestem sama! Jestem Leokadia Wiktorowna.

Zaczęłyśmy rozmawiać.

Pokój faktycznie był luksusowy, syn się postarał. Wspólny salon i dwie sypialnie z łazienkami.

Leokadia okazała się zamożną, samotną kobietą miała już dziewięćdziesiąt jeden lat.

Kochana, zmęczyłam się życiem sama, chcę, żeby ktoś się mną zajął. Wynajmuję mieszkanie w centrum, a mieszkam tu. Tu mam opiekę, lekarzy, zajęcia artystyczne, nic nie muszę robić. Mieszkanie zapisałam siostrzeńcowi, na jesieni zabiera mnie na Mazury. A ty, kochanie, czemu tu trafiłaś? Wyglądasz jeszcze młodo.

Uśmiechnęłam się krzywo, ale miałam ochotę się wygadać:

Trochę zostałam tu wbrew swojej woli. Syn z żoną mieszkają osobno. Nie dogadałyśmy się.

Mam duże mieszkanie. Jak tylko zaczęli lepiej zarabiać, od razu kupili swoje i wyprowadzili się. Może to nawet lepiej, bo z Martą, synową, trudno się dogadywałyśmy. Z początku samotność była nawet dobra przerwałam na chwilę tylko zdrowie zawiodło.

Rozumiem Leokadia zdejmowała wałki z włosów i układała fryzurę dziś są tańce, będziesz?

Nie, dziś wolę odpocząć podziękowałam i poszłam do swojego pokoju. Położyłam się.

Wszystko miało sens. Wnuczka, Julka, studiuje w Krakowie. Po obronie zamieszka tu, założy rodzinę.

Sama jestem sobie winna.

Z Martą się nie dogadaliśmy. Co tu dużo mówić, ciągle ją pouczałam, nie pozwalałam gospodarzyć po swojemu. Wiktor był między nami rozdarty, a ja chciałam, żeby wybrał mnie, swoją matkę, nie żonę.

To głupie.

Kiedy się wyprowadzili, na początku było dobrze, nawet relacje się poprawiły. Często przychodzili w odwiedziny, ale wkrótce znowu nic mi nie pasowało.

Sama jestem sobie winna.

Zaczęło mi się wydawać, że wszyscy o mnie zapomnieli. Wymyślałam choroby, udawałam coraz bardziej niedołężną. Myślałam, że dzięki temu częściej będą mnie odwiedzać. Ale Wiktor podszedł do tego inaczej. Może bał się, że z Martą znowu się pokłócimy, albo miał dużo pracy.

Myślałam tylko o sobie.

Sama jestem sobie winna.

Najpierw wynajął mi towarzyszkę, potem kolejną. Żadna mi nie odpowiadała. Chciałam tylko, żeby rodzina zwróciła na mnie uwagę, a wyszło jak zawsze.

Julka często dzwoniła:

Babciu, niedługo przyjadę, u mnie wszystko dobrze. A u ciebie?

U mnie w porządku odpowiadałam.

Babciu, nie tęsknij, niedługo będę Julka naprawdę mnie kochała.

Sama jestem sobie winna.

Nawymyślałam Wiktorowi, że już się gubię w lekach, wszystko zapominam. Skłamałam.

Myślałam, że zaprosi mnie do siebie.

Ale chyba go przestraszyłam. On i Marta pracują kto by się mną zajął? I dlatego przywiózł mnie tutaj,

do tego pięciogwiazdkowego ośrodka dla seniorów.

Spojrzałam w lustro:

Kobieta po siedemdziesiątce, i co z tego?

Rozsądek i siły wciąż mam.

Sama jestem sobie winna. Może rzeczywiście tak będzie lepiej.

Położyłam się i zasnęłam.

Te trzy tygodnie zdawały się wiecznością.

Syn przyjeżdżał co piątek. Przynosił słodycze i owoce, ale tutaj niczego nie brakowało.

Wszystko byłoby cudownie, gdyby to naprawdę był tylko luksusowy wypoczynek. Ale myśl, że może to na zawsze, była nie do zniesienia.

Proszę pani, pani Anno, zdrowa pani jest, tylko nerwy trochę szwankują, ale to normalne w tym wieku przekazali Wiktorowi lekarze podczas jednej z wizyt.

Widziałam wtedy, że szczerze się ucieszył i był zaskoczony. A myślałam, że tylko czekają aż umrę.

Niespodziewanie wpadła Julka:

Babciu, tata mówi, że jesteś na urlopie? Dziwne miejsce. Ale wiesz co? Obroniłam dyplom! Pogratulujesz mi? Wracaj już do domu, bo bez ciebie zimno. Chcę być z tobą, mogę?

Serce mi zadrżało Julka była szczera jak zawsze.

Tata jutro przyjedzie, pakuj się, wracamy!

Skinęłam głową, bo prawie się rozpłakałam.

Leokadia, poprawiając fryzurę przed lustrem, powiedziała:

Ty, kochana, do domu wracaj, to nie miejsce dla ciebie z lekką zazdrością poprawiła włosy i wyszła dostojnie.

Spakowałam się, nie wierząc do końca, że wyjadę z tego luksusu.

Wiktor przyjechał wcześnie. Wszedł, uśmiechnął się i tylko powiedział:

Mamo i mocno mnie przytulił.

W aucie siedziała Julka i niespodziewanie… Marta. Spojrzałyśmy na siebie, a mnie aż ciepło zrobiło się w sercu:

“Sama sobie winna jestem. Wszystkich chciałam ustawić, rządziłam, nie dawałam żyć. Po co? Patrzą na mnie pytająco. To moje dzieci przecież”.

Dziękuję wam wyszeptałam ledwie słyszalnie, a Wiktor otworzył mi drzwi i pomógł wejść do samochodu.

Jechałam do domu, szczęśliwa i pełna radości.

Teraz wszystko będzie inaczej. Teraz wierzę w dobre.

Bo przecież nigdy nie jest za późno, żeby po prostu żyć, być szczęśliwą i uszczęśliwić innych.

Rate article
Fajna Tajna
Dopóki żyjesz, nigdy nie jest za późno. Opowieść o Annie, jej synu Venku, rodzinnych trudnych relacjach i niespodziewanym szczęściu w polskim domu opieki pod Warszawą