Jedyny mężczyzna w rodzinie Podczas śniadania starsza córka, Weronika, zerknęła w ekran smartfona i zapytała: – Tato, widziałeś dzisiejszą datę? – Nie, a co z nią nie tak? Zamiast odpowiedzi, odwróciła telefon: na wyświetlaczu rządziły cyfry – 11.11.11, czyli 11 listopada 2011 roku. – To przecież twoja szczęśliwa liczba – 11, a dzisiaj masz od razu trzy pod rząd. Będziesz mieć super dzień! – Tymi twoimi słowami, to aż chciałoby się miodu najeść – zażartował Walerian. – Tato – wtrąciła się młodsza Nadia, patrząc nieodrywającym spojrzeniem w swój telefon – dziś Skorpiony poznają coś wyjątkowego i dostaną prezent na całe życie. – Ciekawe. Pewnie gdzieś w Europie albo w Ameryce umarł nieznany krewny, a w spadku zostaliśmy tylko my… i oczywiście milioner… – Miliarder, tato – podchwyciła żart Weronika – dla ciebie milion to za mało. – No właśnie, za mało. Co byśmy zrobili z taką górą pieniędzy? Może najpierw kupimy willę we Włoszech albo na Malediwach? Potem jacht… – I helikopter, tato – dołączyła Nadusia do fantazji – chcę mieć swój własny helikopter! – Nie ma sprawy. Będziesz miała helikopter. A ty, Weroniko? Jakie masz życzenie? – Chcę zagrać w filmie w Bollywood, z Salmanem Khanem. – Phi, błahostka. Zadzwonię do Amitabha Bachchana, dogadamy się… Fantazjatorki, kończcie jedzenie, bo zaraz wychodzimy. – No tak, nawet pomarzyć nie można – westchnęła Nadia. – A czemu nie? Marzyć trzeba – Walerian dopił herbatę i wstał od stołu. – Ale nie zapominajcie o szkole… Ten poranny dialog przypomniał się Walerianowi pod wieczór, w supermarkecie, kiedy przepakowywał zakupy. Dzień się kończył, a wcale nie był „super” – pracy przybyło, nawet musiał zostać dłużej, był zmęczony jak koń po orce. Nie zdarzyło się żadne „wyjątkowe spotkanie”, nie było żadnego prezentu „na całe życie”. “Szczęście przemknęło obok jak tramwaj przez Kraków” – prychnął z przekąsem, opuszczając supermarket. Przy jego wysłużonym Polonezie kręcił się chłopczyk. Wyglądał na bezdomnego – zaniedbany, w łachmanach, na jednej nodze wyblakły adidas, na drugiej zdeptany, dziurawy trzewik z niebieskim przewodem zamiast sznurówki; na głowie wytarta, tłusta czapka-uszanka, prawe ucho nadpalone. – Proszę pana, ja głodny… może kawałek chleba? – odezwał się nieśmiało, gdy Walerian podszedł do auta. Frazę przeniknął lekki zająk. Nie wygląd ani dramatyzm sceny, ale właśnie to jedno słowo – „ja… głodny” – obudziło w Walerianie tysiąc wspomnień. Jedno z nich przywiodło na myśl młodość, zajęcia w amatorskim teatrze i nauki o szczerości na scenie. Zająk to wskaźnik prawdy i fałszu. Chłopczyk kłamał. Sygnał uruchomił w Walerianie podejrzliwość: cała ta scenka była grą. Ale dlaczego dla niego? „Ciekawe… Zagrajmy więc w twoją grę” – pomyślał i uśmiechnął się pod nosem. – Samym chlebem się nie najesz. Może miska barszczu, ziemniaki z śledziem, kompot ze śliwek i świeże drożdżówki? Pasuje? Chłopiec na moment zamilkł, wyraźnie nie spodziewając się takiej propozycji, ale szybko się pozbierał – spiął się, spojrzał podejrzliwie. “Dobry jesteś” – pochwalił w myślach Walerian. – “Coraz mniej gry, coraz więcej prawdy. Jedziemy dalej”. – No jak, zgadzasz się? – Tak – wymamrotał chłopiec. – To dobrze. Trzymaj zakupy. To był test. Prawdziwi bezdomni zawsze od razu uciekali z pełną siatką, znikali za rogiem. Ale ten został – stał pochylony, trzymając mocno torbę, szurając butem po asfalcie. “Dziękuję, kolego, nie chciałbym dziś sprintów po parkingu” – mrugnął w duchu Walerian. Gdy ruszyli autem do wsi, do której dojeżdżał codziennie z dwoma córkami, myśli kotłowały się mu w głowie. Sam wychowuje dziewczyny – kocha je nad życie, a losy bezdomnych dzieci poruszają go szczególnie, bo sam wyrastał w domu dziecka. Ile już takich „znalezisk” przywoził najpierw do siebie, potem oddawał w kochające rodziny. Gdyby nie te durne przepisy, wziąłby do siebie wszystkich – ale „samotny ojciec”, „zbyt małe mieszkanie”, „niepewny dochód”… Jakby dzieciom lepiej było w domu dziecka, gdzie najrzadszym gościem jest miłość! Chłopak jechał przyczajony: nie wyglądał na typowego sierotę – raczej na przestraszone dziecko, które dopiero zaczyna życie na ulicy. Walerian uznał, że się pospieszył z werdyktem o kłamstwie. Chyba chłopak spał z wrażenia… Ale już wkrótce się dowie prawdy. W progu domu wybiegły córki: – Tato, a to kto? – To wasze „wyjątkowe spotkanie” i „prezent na całe życie”, o których mówiłyście rano – zaśmiał się Walerian. Nadia, zerknąwszy pod czapkę chłopca: – Super prezent. Nie pomyliłeś się i nie zabrałeś cudzego? – Gdzie tam… Chwycił mnie za nogę, krzyczy – „Twój prezent, twój!” – nie mogłem się bronić. – A ten prezent jak się nazywa? – dopytała Weronika. – Bez nazwy. Ani metki, ani ceny! – Czyli dadzą do reklamy? – udawała zmartwioną Nadia. Chłopczyk jeszcze bardziej się spiął – był gotów uciec, lecz Nadia złapała go delikatnie i poklepała po czapce: – Halo, jest tam kto w środku? – Abonent nie odpowiada – zachichotała Weronika. Dziewczyny porozumiewawczo spojrzały na ojca – czas na sprawdzoną grę w “dobrego i złego policjanta”. Chłopaczek nie wytrzymał długo: po serii pytań i żartów posypał się. Prawda była prosta, ale nikomu nawet nie przyszłaby do głowy: nazywa się Spartakus Bugaj, z domu została mu siostra, jest jedynym chłopakiem w rodzinie, a sam przyjechał do Zwiagincewów, by wybadać, czy mogą przyjąć jego siostrę. Bo zakochała się w… Walerianie! A zatem – „Jedyny mężczyzna w rodzinie” – przybył, by oddać jedyną siostrę w dobre, kochające ręce. I oto – w Dzień Niepodległości, 11 listopada – Walerian dostał „prezent na całe życie”: nową rodzinę, miłość i jeszcze jedno szczęście pod dachem. JEDYNY MĘŻCZYZNA W RODZINIE – 11 listopada, dzień pełen marzeń, spotkań i niezwykłych prezentów, czyli jak w polskim domu pojawił się „wyjątkowy gość” i jak stare marzenia wreszcie się spełniły

Jedyny mężczyzna w rodzinie

Przy śniadaniu najstarsza córka, Pola, zerkała w ekran telefonu i zapytała:
Tato, widziałeś dzisiejszą datę?
Nie, a co z nią?
Zamiast odpowiedzi, Pola pokazała ekran: widniały na nim liczby 11.11.11, czyli 11 listopada 2011 roku.
To przecież twoja szczęśliwa liczba jedenaście, a dzisiaj nawet trzy razy pod rząd! Masz dziś wyjątkowy dzień.
Słowa twoje miodem płynące zaśmiał się Wiesław.
Tak, tato wtrąciła się młodsza córka, Jagoda, wpatrzona w swój telefon. Dla Skorpionów dzisiaj przewidziana jest miła znajomość i prezent na całe życie.
No proszę, pewnie gdzieś w Europie umarł nieznany nam krewny, zostawił fortunę i tylko my ją odziedziczymy
Oczywiście, to na pewno miliarder dodała żartobliwie Pola. Milioner to dla ciebie za mało.
No właśnie. Jak podzielimy ten majątek? Co powiecie, gdybyśmy najpierw kupili willę w Toskanii albo na Mazurach, potem jacht
I helikopter, tato dołączyła Jagoda chcę mieć własny helikopter
Oczywiście, córeczko, będzie twój helikopter. A ty, Pola, czego chcesz?
Chciałabym zagrać w filmie u Polańskiego.
Przecież to drobiazg. Zadzwonię, załatwione Dobra, marzycielki, dokończcie śniadanie, zaraz wychodzimy.
No co za świat, nawet pomarzyć nie można westchnęła Jagoda.
Dlaczego nie można, a nawet trzeba marzyć powiedział Wiesław, dopijając herbatę i wstając od stołu. Tylko nie zapomnijcie o lekcjach…

Ten poranny dialog wrócił do myśli Wiesława pod wieczór, w markecie, gdy pakował zakupy do reklamówki. Dzień się kończył, a klasą nie błyszczał wręcz przeciwnie, pracy przybyło, a on musiał zostać dłużej, przez co padł z nóg. Nie wydarzyło się żadne przyjemne spotkanie, tym bardziej nie był to prezent na całe życie.

Szansa przeleciała obok, jak wiatrak nad Zamkiem Królewskim mruknął do siebie Wiesław, opuszczając sklep.

Przy jego wiernym, dwudziestoletnim polonezie kręcił się chłopak typowy bezdomny. Wyglądał na zaniedbanego; ubrany w stare łachmany, na jednym bucie stary adidas, na drugim podarty trzewik z niebieską sznurówką z kabelka. Na głowie wysłużona, zniszczona czapka-uszanka, z nadpalonym uchem.

Proszę pana… jestem głodny, może… da się kawałek chleba odezwał się nieśmiało chłopak, gdy Wiesław zbliżył się do samochodu.

Nie tyle wygląd chłopca, ile ton głosu z niepewną pauzą obudził w Wiesławie lawinę wspomnień. Na moment wróciła młodość, Dom Kultury, warsztaty teatralne i praca nad szczerością scenicznej pauzy to po niej widz rozpoznaje prawdziwość emocji. Pauza jest jak detektor prawdy lub kłamstwa.

I chłopak kłamał. Ta pauza zabrzmiała jak sygnał ostrzegawczy: wszystko to gra, maskarada. Po co? Wiesław, jakby szóstym zmysłem, poczuł, że to przedstawienie urządzone specjalnie dla niego.
No dobrze, młody, zagram w twoją grę. A moje dziewczyny się ucieszą zawsze lubią być detektywami.

Samym chlebem się nie najesz. A może miska barszczu, potem ziemniaczki ze śledziem, kompot ze śliwek i ciepłe drożdżówki? Co ty na to?
Chłopak na moment był zaskoczony, nie spodziewał się takiej propozycji, ale szybko się opanował i jeszcze bardziej się spiął.

To jak? Tak, czy nie?
Tak wyszeptał chłopiec.
Dobrze, potrzymaj, proszę, torbę.
To był test. Wiesław często sprawdzał w taki sposób bezdomni, którzy naprawdę byli głodni, od razu uciekali z torbą pełną jedzenia. Wiesław łatwo ich doganiał: Nie bądź zwierzątkiem, jesteś dzieckiem…

Tym razem Wiesław specjalnie przeciągał szukanie kluczy i dzwonił z udawaną nonszalancją do domu:
Pola, już zagotowałyście ziemniaki? A sałatka gotowa? Świetnie. Przelej trochę barszczu do małego garnka i podgrzej, będę za dwadzieścia minut.

Chłopiec nawet nie drgnął pokornie trzymał siatkę spożywczą, wpatrzony w ziemię.
Dzięki, przyjacielu pomyślał Wiesław. Na sprinterskie gonitwy nie mam dziś siły.
Wreszcie znalazł klucze, włożył siatki do auta.
Proszę bardzo, panie Wiesław otworzył przednie drzwi kareta czeka. Ziemniaki na ogniu, barszcz się grzeje.
Chłopak wzruszył się, ale niepewnie usiadł w samochodzie.

Kilka minut jechali w milczeniu. Wiesław z córkami mieszkał we wsi kilka kilometrów od miasta, gdzie od lat pracował jako spawacz w pogotowiu wodociągowym. Był wychowankiem domu dziecka, bez rodziny poza córkami, na które przelał całą miłość i czułość. Dzieciom w trudnej sytuacji pomagał, ile mógł, sam pamiętał, czym jest brak rodziców. Ilu już dzieci przewiózł tą drogą? Najpierw do siebie, a potem tam, gdzie znalazły dom Gdyby nie te wszystkie przepisy i urzędniczy chłód, Wiesław sam przygarnąłby każde porzucone dziecko. Ale nie, warunki mieszkaniowe niewystarczające, ojciec samotny, własne dzieci, blablabla Jakby w domu dziecka było lepiej. Wiesław wiedział, jak to jest z własnego doświadczenia dla dziecka najważniejsza jest miłość, a w domu dziecka to rzadki gość
Głupcy pomyślał i zerknął z troską na pasażera. Chłopak siedział skulony, prawie chowając się w kurtkę, czapka zasłaniała twarz. Czuć było w nim zamieszanie mysli.
Dziwny jesteś, chłopcze pomyślał Wiesław ci ‘wyg’ byli bardziej przebojowi. Ten raczej cichy, może uciekinier z domu. Jeszcze nieprzyzwyczajony do ulicy.
Może za szybko uznałem, że kłamie. Może nadal w szoku z powodu rzeczywistości, która nie spełniła jego oczekiwań. Tak czy inaczej, wkrótce odkarmimy go, umyjemy, damy ciepło i miłość. Wypocznie, pogada… I wszystko samo się wyjaśni.

Dziewczyny czekały już na ganku, kiedy samochód się zatrzymał. Pomogły wypakować siatki z zakupami, aż wreszcie zauważyły chłopaka.
Tato, a kto to jest? spytała Pola.
To ten dzisiejszy prezent i miła znajomość, o której mówiłyście przy śniadaniu zażartował Wiesław.
Super! ucieszyła się Jagoda i zaglądając chłopcu pod czapkę rzuciła Prezent pierwsza klasa! Może się pomyliłeś i zabrałeś nie tego?
Gdzie tam uciekł mi do nogi, wołał, że jest moim prezentem, nie dał się zbyć.
Jak nazywa się ten prezent? dopytywała Pola.
Bezimienny.
Nie było etykiety? Ani ceny? zdziwiła się.
Brakowało.
Tato, chyba dali ci wybrakowany egzemplarz westchnęła Jagoda, śmiejąc się Ale co tam, najwyżej oddamy.
Chłopak jeszcze bardziej się spięł jakby zaraz miał uciec. Jagoda, czując to, złapała go za ramię i lekko poklepała po czapce:
Halo, kto mieszka w tym domku?
Chłopak milczał, wtulony, jak żółw chowający głowę w skorupę.
Chyba nie działa zasięg dodała Pola chodźmy do domu, może tam zadziała.
Spojrzała znacząco na ojca. Rozumieli się w pół słowa. Pola dała znak: zastosujmy terapię wstrząsową zabawę w dobrego i złego policjanta, która zwykle przynosiła efekt.
Wiesław dał znak: Pięć minut. Ani sekundy dłużej.
Bez przesady, damy radę w trzy uśmiechnęła się Pola oczami.

Jagoda, prowadź prezent do środka powiedziała tonem śledczego. Sprawdzimy, co to za Nieznany Chodzący Obiekt.
Chwilę później Jagoda ściągnęła chłopaka z fotela jak szmacianą lalkę. Kiedy idąc do domu coś zaszeleściło, Jagoda zażartowała:
Tato, coś mu w środku dźwięczy!
A może śrubka się poluzowała, albo kabelek się odczepił podłapała Pola Tato, jak wyjdziesz z garażu, przynieś kombinerki i lutownicę, zobaczymy, co da się naprawić.

Dziewczyny, z chłopakiem pomiędzy, poszły do domu, a Wiesław jak co wieczór zajął się wstawianiem poloneza do garażu i przygotowaniem auta na rano.

Po kilkunastu minutach do garażu wpadła zapracowana Jagoda:
Tato, on kłamie!
I po czym to poznajesz?
To oczywiste, Watsonie! zażartowała On nie pachnie jak dziecko z ulicy, on jest zbyt czysty, domowy!
Wąchałaś go?
Tak, wyobraź sobie! Wiesz, czym pachnie?
Drożdżówką? Mydłem? Mlekiem?
Trzy strzały i pudło. Pachnie podała ojcu swoją dłoń, umazaną czarnym smarem.
Wiesław powąchał i zdrapał trochę mazidła paznokciem.
Charakteryzacją?
Brawo! To charakteryzacja. Smarował się, żeby wyglądać na biednego, brudnego.
I jak się nazywa?
Powiedział, że Bolek. Wg Googlea Bolek to zdrobnienie od Bolesław. Zmyślona ksywka.
No to dobrze, dokarmimy Bolka
Ale tato! To nie żarty! On podszedł do ciebie z zamiarem, przebrał się, ucharakteryzował i wyszedł na scenę! To aktor!
Po co?
Otóż to! Jeszcze chwila i Pola go rozpracuje. Zobaczysz, sam zacznie mówić.
Nagle z kuchni wybiegła Pola, wołając głośno:
Jeszcze mamy kwas siarkowy?
Oczywiście odkrzyknęła Jagoda, wracając do garażu po pustą bańkę Połowa bańki, zaraz przyniosę! przebiegając obok ojca dodała My teraz rozpuszczamy w kwasie i spuszczamy w kanalizację
Potwory.
Potworzyce poprawiła córka.

Tato, ręce umyj, wszystko gotowe dobiegło z kuchni, gdy Wiesław wszedł do domu.
Dziewczyny stroiły sobie żarty, grożąc Bolkowi, że go pogryzą jak wilczyce.

Chłopak siedział na środku kuchni na taborecie, już umyty, w pasiastej koszulce, z mokrymi włosami, które wycierał ręcznikiem. Wyglądał na około dziesięć lat, z prawdziwie rudą czupryną. Był wyraźnie spokojniejszy, już nie czuł strachu.

Przysuń się do stołu, Bolku. Chyba nie jadasz siana, hmm? rzuciła Jagoda.
A może namaczane zboże? wtórowała Pola.
Dziewczyny! Starczy już tych żartów. Do talerzy skarcił je łagodnie ojciec.

Chłopak już się wyprostował, jadł spokojnie, jakby całe życie spędził z nimi, nie krył oczu, nie chował głowy.
Co to znaczy, chłopcze? Przyszedłeś tu nie po to, żeby okraść dom, ty naprawdę masz inny cel domyślił się Wiesław.
Tato, żyjesz? Pola szarpnęła go za rękaw. Sen cię zmorzył? Jeszcze chcesz dokładkę?
Nie, jestem najedzony. Dziękuję za pyszności. Ile spałem?
Długo odpowiedziała Jagoda ze śmiechem My już dorosłyśmy, wyszłyśmy za mąż. A to? Nasz prezent do domu.
Co ty, moje wnuki? żartował Wiesław.
Nie, to nasz domowy Bolek
Tatuś, jeszcze trochę i go utuczymy. Mówią, że latem poszukałbyś dobrej ceny za byczka! dodała z uśmiechem Pola.
Dajcie spokój, dziewczyny uśmiechając się, Wiesław poszedł umyć ręce Jeszcze biedaka wystraszycie
Chłopak nagle się poderwał i już podenerwowany odezwał się cicho:
Pola, Jagoda, proszę już nie musicie Ja się poddaję. Panie Wiesławie, przepraszam, że tak dziwnie się zachowałem
Usiądź i wszystko powiedz po kolei poprosił Wiesław.
I żadnych kłamstw dodała Jagoda. Tylko prawda.
Sam siebie mam dość za tę grę wyszeptał chłopak.

I wreszcie wyznał prawdę, która zaskoczyła wszystkich w domu. Okazało się, że chłopak naprawdę nazywa się Bolesław Sokołowski (pokazał legitymację szkolną), dzień starszy od Jagody. Ojciec zginął w Bośni, mama była w ciąży, straciła przytomność na wieść o śmierci męża, ocalała tylko młodsza siostra. Zostali we czwórkę, prawie bez rodziny. Najstarsza siostra, Maria, jako nastolatka walczyła, aby nie rozdzielono rodzeństwa po domach dziecka. Zdołała ich wybronić i od tego czasu opiekowała się rodzeństwem. Żyli skromnie, ale razem; cierpienie szybko uczyniło ich dorosłymi.

Niedawno, jesienią, Bolek zauważył, że siostra jest przygaszona. Bolek się bał, sądząc, że coś jej grozi. Okazało się, że Maria zakochała się bez pamięci. Ukrywała swoje uczucia, ale nie wytrzymała i opowiedziała o wszystkim bratu. Dowiedział się, że obiektem westchnień jest Wiesław Zaleski spawacz, samotny ojciec dwóch córek, od lat niepijący, porzucony przez żonę dawno temu. Bolek usłyszał też, że Wiesław pomaga dzieciom z domów dziecka, bo sam tam dorastał. Uznał, że musi sprawdzić tego człowieka i jego rodzinę, zanim pozwoli siostrze wejść z nimi w relację. Był przecież jedynym mężczyzną w rodzinie czuł się odpowiedzialny za siostrę.

Najpierw Bolek przebrał się za bezdomnego, wszedł do domu Zaleskich i bacznie ich obserwował. Sam nie przewidział tylko, że dziewczyny wyczują jego grę w kilka minut.

Wzruszenie ogarnęło wszystkich. Pola i Jagoda serdecznie wyściskały chłopaka.
Bardzo nam się podobałeś, bardzo. Wiesławie, weź Marię za żonę! Pokochasz ją… prosił Bolek Jest dobra i ciepła, jak mama Zgodziła się, tylko bała się wyznać swoje uczucia
Czego się bała? szepnęła Pola.
Że cię odstraszy swoim rodzeństwem, bo nas cała gromada…
O rany! Jagoda aż klasnęła w ręce Jak możesz? Liczy się serce, nie liczba dzieci!
Tato! dodały chórem Idziemy się oświadczyć? Chcesz mieć dużą rodzinę?
No pewnie! uśmiechnął się Wiesław. Ja też kiedyś o niej marzyłem, ale po tym, jak mnie zostawiła żona, bałem się spróbować znów… A Maria od dawna wzbudzała moją sympatię…

Bolek wstał i podał rękę Wiesławowi:
Dziękuję, panie Wiesławie! Jako jedyny mężczyzna w rodzinie powierzam panu siostrę

Wiesław chwycił chłopaka mocno, przytulił, a oczy mu się zaszkliły. Pola i Jagoda także otarły łzy.

Tato, rano się śmiałeś, ale wyszło, jak przepowiadałam powiedziała Jagoda radośnie Nowe znajomości, Bolek i prezent na całe życie: wielka, kochająca się rodzina! Przecież o tym zawsze marzyłeś, tatusiu. Doczekałeś się

Warto pamiętać, że los daje nam czasem nie to, czego się spodziewamy ale właśnie to, czego najbardziej potrzebujemy. Największym darem w życiu jest rodzina i miłość, którą się dzielimy.

Rate article
Fajna Tajna
Jedyny mężczyzna w rodzinie Podczas śniadania starsza córka, Weronika, zerknęła w ekran smartfona i zapytała: – Tato, widziałeś dzisiejszą datę? – Nie, a co z nią nie tak? Zamiast odpowiedzi, odwróciła telefon: na wyświetlaczu rządziły cyfry – 11.11.11, czyli 11 listopada 2011 roku. – To przecież twoja szczęśliwa liczba – 11, a dzisiaj masz od razu trzy pod rząd. Będziesz mieć super dzień! – Tymi twoimi słowami, to aż chciałoby się miodu najeść – zażartował Walerian. – Tato – wtrąciła się młodsza Nadia, patrząc nieodrywającym spojrzeniem w swój telefon – dziś Skorpiony poznają coś wyjątkowego i dostaną prezent na całe życie. – Ciekawe. Pewnie gdzieś w Europie albo w Ameryce umarł nieznany krewny, a w spadku zostaliśmy tylko my… i oczywiście milioner… – Miliarder, tato – podchwyciła żart Weronika – dla ciebie milion to za mało. – No właśnie, za mało. Co byśmy zrobili z taką górą pieniędzy? Może najpierw kupimy willę we Włoszech albo na Malediwach? Potem jacht… – I helikopter, tato – dołączyła Nadusia do fantazji – chcę mieć swój własny helikopter! – Nie ma sprawy. Będziesz miała helikopter. A ty, Weroniko? Jakie masz życzenie? – Chcę zagrać w filmie w Bollywood, z Salmanem Khanem. – Phi, błahostka. Zadzwonię do Amitabha Bachchana, dogadamy się… Fantazjatorki, kończcie jedzenie, bo zaraz wychodzimy. – No tak, nawet pomarzyć nie można – westchnęła Nadia. – A czemu nie? Marzyć trzeba – Walerian dopił herbatę i wstał od stołu. – Ale nie zapominajcie o szkole… Ten poranny dialog przypomniał się Walerianowi pod wieczór, w supermarkecie, kiedy przepakowywał zakupy. Dzień się kończył, a wcale nie był „super” – pracy przybyło, nawet musiał zostać dłużej, był zmęczony jak koń po orce. Nie zdarzyło się żadne „wyjątkowe spotkanie”, nie było żadnego prezentu „na całe życie”. “Szczęście przemknęło obok jak tramwaj przez Kraków” – prychnął z przekąsem, opuszczając supermarket. Przy jego wysłużonym Polonezie kręcił się chłopczyk. Wyglądał na bezdomnego – zaniedbany, w łachmanach, na jednej nodze wyblakły adidas, na drugiej zdeptany, dziurawy trzewik z niebieskim przewodem zamiast sznurówki; na głowie wytarta, tłusta czapka-uszanka, prawe ucho nadpalone. – Proszę pana, ja głodny… może kawałek chleba? – odezwał się nieśmiało, gdy Walerian podszedł do auta. Frazę przeniknął lekki zająk. Nie wygląd ani dramatyzm sceny, ale właśnie to jedno słowo – „ja… głodny” – obudziło w Walerianie tysiąc wspomnień. Jedno z nich przywiodło na myśl młodość, zajęcia w amatorskim teatrze i nauki o szczerości na scenie. Zająk to wskaźnik prawdy i fałszu. Chłopczyk kłamał. Sygnał uruchomił w Walerianie podejrzliwość: cała ta scenka była grą. Ale dlaczego dla niego? „Ciekawe… Zagrajmy więc w twoją grę” – pomyślał i uśmiechnął się pod nosem. – Samym chlebem się nie najesz. Może miska barszczu, ziemniaki z śledziem, kompot ze śliwek i świeże drożdżówki? Pasuje? Chłopiec na moment zamilkł, wyraźnie nie spodziewając się takiej propozycji, ale szybko się pozbierał – spiął się, spojrzał podejrzliwie. “Dobry jesteś” – pochwalił w myślach Walerian. – “Coraz mniej gry, coraz więcej prawdy. Jedziemy dalej”. – No jak, zgadzasz się? – Tak – wymamrotał chłopiec. – To dobrze. Trzymaj zakupy. To był test. Prawdziwi bezdomni zawsze od razu uciekali z pełną siatką, znikali za rogiem. Ale ten został – stał pochylony, trzymając mocno torbę, szurając butem po asfalcie. “Dziękuję, kolego, nie chciałbym dziś sprintów po parkingu” – mrugnął w duchu Walerian. Gdy ruszyli autem do wsi, do której dojeżdżał codziennie z dwoma córkami, myśli kotłowały się mu w głowie. Sam wychowuje dziewczyny – kocha je nad życie, a losy bezdomnych dzieci poruszają go szczególnie, bo sam wyrastał w domu dziecka. Ile już takich „znalezisk” przywoził najpierw do siebie, potem oddawał w kochające rodziny. Gdyby nie te durne przepisy, wziąłby do siebie wszystkich – ale „samotny ojciec”, „zbyt małe mieszkanie”, „niepewny dochód”… Jakby dzieciom lepiej było w domu dziecka, gdzie najrzadszym gościem jest miłość! Chłopak jechał przyczajony: nie wyglądał na typowego sierotę – raczej na przestraszone dziecko, które dopiero zaczyna życie na ulicy. Walerian uznał, że się pospieszył z werdyktem o kłamstwie. Chyba chłopak spał z wrażenia… Ale już wkrótce się dowie prawdy. W progu domu wybiegły córki: – Tato, a to kto? – To wasze „wyjątkowe spotkanie” i „prezent na całe życie”, o których mówiłyście rano – zaśmiał się Walerian. Nadia, zerknąwszy pod czapkę chłopca: – Super prezent. Nie pomyliłeś się i nie zabrałeś cudzego? – Gdzie tam… Chwycił mnie za nogę, krzyczy – „Twój prezent, twój!” – nie mogłem się bronić. – A ten prezent jak się nazywa? – dopytała Weronika. – Bez nazwy. Ani metki, ani ceny! – Czyli dadzą do reklamy? – udawała zmartwioną Nadia. Chłopczyk jeszcze bardziej się spiął – był gotów uciec, lecz Nadia złapała go delikatnie i poklepała po czapce: – Halo, jest tam kto w środku? – Abonent nie odpowiada – zachichotała Weronika. Dziewczyny porozumiewawczo spojrzały na ojca – czas na sprawdzoną grę w “dobrego i złego policjanta”. Chłopaczek nie wytrzymał długo: po serii pytań i żartów posypał się. Prawda była prosta, ale nikomu nawet nie przyszłaby do głowy: nazywa się Spartakus Bugaj, z domu została mu siostra, jest jedynym chłopakiem w rodzinie, a sam przyjechał do Zwiagincewów, by wybadać, czy mogą przyjąć jego siostrę. Bo zakochała się w… Walerianie! A zatem – „Jedyny mężczyzna w rodzinie” – przybył, by oddać jedyną siostrę w dobre, kochające ręce. I oto – w Dzień Niepodległości, 11 listopada – Walerian dostał „prezent na całe życie”: nową rodzinę, miłość i jeszcze jedno szczęście pod dachem. JEDYNY MĘŻCZYZNA W RODZINIE – 11 listopada, dzień pełen marzeń, spotkań i niezwykłych prezentów, czyli jak w polskim domu pojawił się „wyjątkowy gość” i jak stare marzenia wreszcie się spełniły