Mieszkam samotnie w przytulnej kawalerce w centrum Warszawy. Mój mąż zmarł pięć lat temu, zostałem więc sam ze wspomnieniami oraz mieszkaniem po cioci dwupokojowe, ładnie rozplanowane, chociaż w mniej prestiżowej dzielnicy, ale z dobrym dojazdem. Od pewnego czasu wynajmuję je młodej parze dbają o porządek, nigdy nie miałem do nich zastrzeżeń. Raz w miesiącu zaglądam, żeby odebrać czynsz i sprawdzić, czy o wszystko odpowiednio dbają. Przez dwa lata nie dało się na nich narzekać.
Kiedy mój syn Łukasz się ożenił z Jagodą, postanowili zacząć od zera wynajęli mieszkanie i zaczęli gromadzić oszczędności, by zebrać na wkład własny do kredytu hipotecznego. Nie miałem nic przeciwko temu, choć w głębi duszy zamierzałem w odpowiednim momencie przekazać im mieszkanie po cioci. Chciałem, żeby mieli lepszy start, a potem mogli z nim zrobić, co zechcą sprzedać, wyremontować, czy urządzić według własnych potrzeb.
Po roku urodził im się syn, mój wnuk Staś. Wtedy jeszcze bardziej utwierdziłem się w przekonaniu, że pora przygotować dokumenty do przekazania im mieszkania. Jednak tydzień temu wszystko się zmieniło.
Po swoich sześćdziesiątych urodzinach postanowiłem urządzić porządne przyjęcie, dla siebie i bliskich. Wynająłem salę w modnej warszawskiej restauracji, zaprosiłem rodzinę, przyjaciół i oczywiście Łukasza z Jagodą.
Z Jagodą zwykle dogaduję się bez większych trudności jest bardzo uczuciowa, często zdarza się jej pokazać gorące emocje, także wobec mnie, ale nigdy nie miałem jej tego specjalnie za złe. Zrzucałem to na karb młodości nie warto się obrażać o drobnostki. Jednak to, co stało się tego wieczoru, zupełnie zmieniło mój stosunek do niej.
Łukasz i Jagoda przyszli na przyjęcie z małym Stasiem. Uprzedziła mnie, że ze względu na hałas pewnie długo nie zabawią i wyjdą po godzinie całkowicie to rozumiałem. Kiedy już szykowali się do wyjścia, Jagoda zaczęła nerwowo szukać swojego telefonu. Pomagałem jej, w końcu postanowiłem zadzwonić na jej numer, żeby sprzęt się odezwał.
Wszyscy goście zauważyli zamieszanie zapadło krótkie milczenie. Nagle z parapetu rozległo się głośne warczenie, szczekanie i wycie psa! Zapadła cisza, wszyscy spojrzeli na Jagodę cała poczerwieniała, podbiegła, zgarnęła telefon i w pośpiechu wyciszyła dzwonek.
Znajomi, którzy mnie dobrze znają, spojrzeli najpierw na nią, potem na mnie. Chwila była krępująca, na szczęście mój brat Tomek przejął inicjatywę włączyła się muzyka, wzniósł za mnie toast i atmosfera wróciła na właściwe tory, choć, jak to się mówi, coś zgrzytnęło.
Przez resztę wieczoru widywałem spojrzenia i słyszałem szmer szeptów gości sarkastyczne komentarze dotyczące oryginalnego dzwonka, który Jagoda ustawiła na moje połączenia. Następnego dnia poprosiłem Łukasza o rozmowę przecież musiał niejednokrotnie słyszeć ten pieski odgłos ale zbył moją troskę i uznał, że to drobiazg.
Od tamtej pory nie kontaktowałem się z nimi. Pomysł o przekazaniu mieszkania odłożyłem przynajmniej dopóki nie usłyszę choćby zwykłego przepraszam. Jeśli uznają mnie za psa cóż, mają do tego prawo Ale ja również mam prawo poczekać na odrobinę szacunku.



