RÓŻNI LUDZIE
Żona Marcina była… dziwna. Bardzo piękna, to prawda: naturalna blondynka z czarnymi oczami, wyjątkowo zgrabna, długonoga, biuściasta. I w łóżku istny ogień. Początkowo była tylko namiętność, nawet nie było czasu zastanawiać się nad czymś innym. Potem pojawiła się ciąża. No to pobraliśmy się, jak należy.
Urodził się syn, także jasnowłosy i czarnooki. I mieliśmy wszystko jak wszyscy: pieluchy, pierwsze kroki, pierwsze słowa. I Justyna zachowywała się normalnie, tuliła dziecko, taka zwyczajna młoda mama.
Zmieniło się, gdy syn stał się nastolatkiem. Justyna nagle zaczęła pasjonować się fotografią. Bez przerwy coś pstrykała, zapisała się na jakieś kursy. Z aparatem wiecznie pod pachą.
Czego ci brakuje? pytałem. Pracujesz jako prawniczka, to pracuj.
Prawnikiem, poprawiała mnie Justyna.
No prawnikiem. Więcej rodzinie poświęcaj czasu, a nie szwędasz się nie wiadomo gdzie.
Sam nie rozumiałem, co mnie drażni. Przecież nie zaniedbywała domu. Obiad ugotowany, czysto, nauka syna na niej. Przychodziłem z pracy, kładłem się na kanapie przed telewizorem, jak należało. Ale wkurzało mnie to, że żona znika gdzieś, gdzie dla mnie nie ma miejsca. Jest, a jakby nie było jej wcale. Nigdy nie oglądała ze mną telewizji, nie rozmawiała o ciekawych rzeczach. Nakarmi, i znów idzie do siebie.
Ty jesteś żoną czy nie? irytowałem się, znowu zastając ją przed komputerem.
Justyna milczała. Zamknięta w sobie.
Jeszcze uwielbiała jeździć po egzotycznych krajach. Brała urlop i z plecakiem włóczyła się wszędzie z tym swoim aparatem. Nie rozumiałem tego.
Jedźmy do znajomych na działkę. Zrobili saunę, mają świetną swojską wódkę. I sam poważnie myślę nad własną działką.
Justyna odmawiała, ale zapraszała mnie na swoje wyjazdy. Raz spróbowałem. No i co z tego? Wszystko obce, gadają w dziwnym języku, jedzenie piekielnie ostre. A tak szczerze, piękno krajobrazów nigdy mnie nie ruszało.
Więc Justyna zaczęła jeździć bez mnie. Nawet z pracy zrezygnowała.
A co z emeryturą? oburzałem się. I w ogóle, co ty sobie wyobrażasz? Wielka fotografka niby? Wiesz, ile trzeba pieniędzy, żeby się przebić?
Justyna nie odpowiadała. Tylko raz nieśmiało wyznała:
Będę miała pierwszą wystawę. Moja autorska.
Każdy teraz ma wystawę, odburknąłem. Wielkie rzeczy.
Ale na otwarcie poszedłem. Nic nie zrozumiałem. Jakieś twarze, nawet nieładne. Pomarszczone ręce, mewy nad wodą. Dziwne to wszystko, jak sama Justyna.
Pośmiałem się z niej wtedy. A ona po pewnym czasie kupiła mi samochód. Proszę bardzo, jesteśmy jedną rodziną, korzystaj. Sama nawet nie zdała na prawo jazdy, podarowała mi. Zarobiła na zdjęciach, biegała na zlecenia.
Wtedy poczułem strach. Zrobiło się nieswojo. Co to za istota w moim domu, zamiast żony? Skąd te pieniądze? Dali jej faceci? Przecież nie da się zarobić na samochód na takim bawieniu się. Chyba puszcza się? Nawet jeśli nie, to na pewno kiedyś tak będzie.
Nawet próbowałem ją wychowywać ot, lekko spoliczkowałem. Chwyciła nóż kuchenny, zamaszyście cięła na oślep dwa szwy na brzuchu. Dobrze, że nie przyszło jej do głowy dźgnąć. Potem przepraszała. Ale już więcej na to jej nie pozwoliłem.
Koty kochała bardzo. Pomagała wszystkim, przynosiła do domu, leczyła, oddawała do adopcji. U nas zawsze mieszkały dwa koty. Nic sobie, miłe, dobre, ale to nie ludzie! Jak można je kochać bardziej niż męża?
Kiedyś zdechł jej kot, nie udało się go uratować, umarł jej na rękach w klinice. Jak Justyna to przeżywała! I ryczała, i whiskey popijała, i siebie obwiniała. Tydzień to trwało. Miałem już dosyć, rzuciłem w złości:
Zacznij może jeszcze karaluchy wspominać!
Przeniknęła mnie ciężkim spojrzeniem, zamilkłem, wyszedłem. Rób co chcesz, pomyślałem.
Koledzy współczuli, przyjaciółki żony trzymały moją stronę. Wszyscy twierdzili, że Justyna całkiem zwariowała, nie zna umiaru. I wtedy znalazłem pocieszenie u sąsiadki, a zarazem dawnej koleżanki Justyny z dzieciństwa. Irena była dużo prostsza i bardziej zrozumiała. Pracowała w sklepie, nie interesowała się sztuką, zawsze gotowa na seks i rozmowę. Prawda, dużo piła, ale przecież nie muszę się z nią żenić.
Czekałem, aż Justyna zauważy, zrobi awanturę, scenę zazdrości, może pozbija naczynia. I wtedy powiem: A ty? Gdzie ty znikałaś? A potem wybaczymy sobie wszystko, rodzina się ułoży, a Irenę rzucę.
Ale Justyna milczała. Patrzyła tylko nieprzyjemnie. Nawet w łóżku wszystko się popsuło. Spięta, odsuwała się ode mnie za każdym razem, gdy próbowałem się do niej zbliżyć. Przeniosła się do osobnego pokoju.
Syn dorósł, skończył studia. Wyszedł cały w matkę: czarnooki, jasnowłosy i taki sam dziwny.
Kiedy wnuki? pytałem.
Dawidek tylko się śmiał: że chciałby zrobić coś w życiu, i prawdziwą miłość spotkać. Wtedy będą wnuki, tato. Obcy, niepojęty dla mnie. Matczyna krew. Oni z Justyną zawsze mieli pełną harmonię, rozumieli się bez słów. Czułem się wykluczony, aż ciarki przechodziły od tych czarnych oczu, których nie sposób było odczytać. Coraz częściej szedłem po pocieszenie do Ireny.
Aż Justyna się dowiedziała. Ktoś z sąsiadów jej powiedział. Zresztą, nie specjalnie się ukrywałem. Przychodzę kiedyś do domu, a żona siedzi przy stole, pali papierosa. I tak cicho mówi, szeptem:
Wynoś się stąd! Wynoś się z tego domu!
A oczy takie czarne, straszne, z podkrążeniami.
Poszedłem do Ireny. Czekałem, aż żona zawoła mnie z powrotem. Po tygodniu napisała na WhatsAppie, że musimy pogadać. Ucieszyłem się, wykąpałem, pachnidłem się drogimi perfumami. A Justyna od progu:
Jutro składamy papiery rozwodowe.
Dalej wszystko jak we śnie. Rozwód, papiery, podpisy, zrzekłem się swojej części mieszkania, uczciwie, bo to żona dostała ją po rodzicach…
I co teraz, będziesz mieszkać samotnie jako rozwódka? rzuciłem z żalem pod urzędem stanu cywilnego. Miałem powiedzieć jeszcze komu będziesz potrzebna, ale się powstrzymałem.
Justyna uśmiechnęła się. Pierwszy raz od wielu lat szczerze i szeroko uśmiechnęła się do mnie:
Jadę do Krakowa. Mam tam poważny projekt fotograficzny.
Tylko nie sprzedawaj mieszkania, poprosiłem bez sensu. Gdzie wrócisz?
Nie wrócę, spokojnie odpowiedziała była już żona.
Wiesz, od dawna kocham innego. On też jest fotografem, z Krakowa, jest mi przy nim fascynująco. Ale myślałam, jestem mężatką, zdrada byłaby obrzydliwa, ale rozwód? Przecież nie mamy powodu do rozwodu. Po prostu jesteśmy różnymi ludźmi. Czy to wystarczy do rozwodu? Może nie?
Nie rozwodzą się z tego powodu, potwierdziłem.
A jednak się rozwiedliśmy, zaśmiała się Justyna. Najpierw wściekałam się, gdy się dowiedziałam o Irenie. A potem uznałam, że to dla nas obu lepiej. Będę szczęśliwa, i ty też będziesz. Ożeń się z nią, niech wam się układa.
I wyszła.
Nie ożenię się, powiedziałem za nią cicho.
Ale Justyna już nie słyszała.
Od tamtej pory żadnych wieści od niej nie było. Tylko raz w roku krótka wiadomość na WhatsAppie: Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin! Zdrowia i szczęścia. Dziękuję za syna.
Dziś rozumiem, że byliśmy razem, bo tak wypadało, bo tak trzeba, a nie z prawdziwej bliskości. Czasem ludzie mogą być razem, a nigdy się nie spotkać naprawdę. Do dziś zostało mi to jej jedno szczere życzenie: Dziękuję za syna. I to chyba najważniejsza nauka z całego mojego życia.



