Trzeba było wcześniej przygotować się na przyjście malucha!
Moje wyjście ze szpitala, to był dopiero cyrk. Mój mąż wtedy pracował w banku w Warszawie i odebrał mnie prosto po pracy, nawet nie przebrał się z garnituru. Prosiłam go o urlop albo choć kilka dni wolnego, ale szef nie dał przyzwolenia. Ustalałam z nim, żeby wszystko przygotował na narodziny syna, zapewniał mnie, że się wszystkim zajmie. Gdybyśmy podeszli do tego rozsądniej, wcześniej zrobilibyśmy wielkie pranie, kupilibyśmy wyprawkę i mieszkanie byłoby dopięte na ostatni guzik. A tak! 30-letnia Dorota żaliła się.
Nie dotrzymał tego, co obiecał?
Do szpitala pojechałam totalnie nieprzygotowana. Wróciłam z noworodkiem, a w domu panował taki rozgardiasz, że wstyd było przed rodziną, która przyszła w odwiedziny. Na półkach był taki kurz, że mogłam palcem rysować obrazki. Nie było ani wózka, ani nawet komody na ubranka, mąż nawet nie zdążył kupić śpioszków! Na szczęście koleżanki podarowały mi paczkę pieluszek ciągnęła Dorota.
Dorota i jej mąż Jan są małżeństwem od sześciu lat. Dziecka długo nie planowali najpierw musieli stanąć finansowo na nogi. Gdy wszystko zaczęło się układać, zdecydowali się na potomstwo.
Powiedziałam szefowi w biurze rachunkowym, że jestem w ciąży. Następnego dnia już tam nie pracowałam. Wielu walczyłoby o swoje, ale ja uznałam, że to był wyraźny znak od losu. Mogłam się spokojnie przygotować do macierzyństwa, haftowałam, spędzałam czas na spacerach w parku Skaryszewskim. Pieniędzy nam nie brakowało, bo Jan właśnie dostał awans i podwyżkę tłumaczyła.
Ciąża przebiegała książkowo. Przyszła mama czytała poradniki, codziennie chodziła na spacery w Łazienkach, wybierała powoli, z namysłem rzeczy do wyprawki.
Jan nie pozwolił mi niczego kupić, dopóki nie urodzę. Mówił, że w Polsce lepiej kupować rzeczy dla noworodka po porodzie, żeby nie zapeszyć. Siostra obiecała, że odda nam komodę po swoim synku i łóżeczko dziecięce. Odłożyła dla nas też kilka drobiazgów. Prosiła mnie, żebym wcześniej wszystko zabrała, wyszorowała, wyprała. Ale ja spakowałam tylko torbę do szpitala, bo nie mogłam robić nic więcej westchnęła Dorota.
Kiedy zaczęły się skurcze, Jan zorientował się, jak wielkie będą wydatki tuż przed powrotem Doroty do domu z maluszkiem. W trakcie porodu Dorota martwiła się, że nawet nie zdążyła wyjąć rzeczy z pralki zostały tam, dopóki nie wróciła.
Dobrze, że koleżanki pomyślały o mnie dostałam parę kompletów ubranek i pieluszki, więc miałam dziecko w co ubrać. Mąż zaczął w pośpiechu jeździć po sklepach w całej Warszawie, zbierając rzeczy dla niemowlaka. Ale większość była zakurzona, poplamiona, a ja musiałam wszystko wyprać i czekać, aż wyschnie. W tamtym momencie miałem dość wszystkich i męża, i rodziny ledwo powstrzymałem łzy.
Przez pierwsze dni Dorota sprzątała mieszkanie bez chwili wytchnienia. Od narodzin synka minęły już dwa miesiące, a ona nadal wzdraga się przed zapraszaniem kogokolwiek.
Rodzina uznała, że już minęło wystarczająco czasu i zapowiedziała odwiedziny. Mam niby robić obiad, przekąski i kawkę Tak, jasne! Już ustalili sobie, co kto przyniesie i co zje rzuciła nerwowo.
Mama Doroty nie rozumie, czemu córka nie potrafi cieszyć się macierzyństwem. Przecież wystarczyło wcześniej przygotować mieszkanie! Dziewięć miesięcy spędzone w domu, i co ona przez ten czas robiła? Mogła poprosić Jana, by wniósł meble i pomógł ogarnąć. I pewnie udałoby się przekonać go do zakupów wcześniej. Trzeba było o wszystko zadbać samemu. Na mężczyznę jeszcze nikt nie powinien liczyć.
Jak sądzicie czy Dorota ma prawo mieć żal do rodziny, czy to jednak jej własne niedopatrzenie? Może faktycznie powinna sama przygotować się na przyjście dziecka? Jak Wy byście się zachowali?



