Minęło już wiele lat, odkąd wydarzyła się ta historia, ale do dziś pamiętam tamten dzień w przychodni w Krakowie. Był to jeden z tych szarych, jesiennych poranków, kiedy trzeba było swoje odstać przed gabinetem ginekologicznym kolejka była dłuższa niż zwykle, a lekarz tradycyjnie się spóźniał.
Za mną stała młodziutka dziewczyna, ledwie osiemnastoletnia, w zaawansowanej już ciąży. Towarzyszył jej ojciec dziecka, chłopak w jej wieku. Typowa parka prosto po maturze, może jeszcze nawet z zeszłorocznych studniówek, świeżutcy dorośli, którzy jeszcze nie zdążyli poczuć ciężaru odpowiedzialności. Młody przyszły tata nie mógł usiedzieć w miejscu, cały korytarz słyszał jego przechwałki:
Ależ to będzie fajnie, jak to syn! Heeeeeeeeee powtarzał chyba z dziesięć razy, aż powoli wszystkim zaczął działać na nerwy.
Nagle coś mu się przypomniało i zawołał:
Ej, jeszcze imienia nie mamy! Może damy mu imię po jakimś lekarzu!
Chłopak podskakiwał w miejscu, odczytywał na głos nazwiska z listy na drzwiach: Dr. Zieliński? Nie, to brzmi poważnie. A może Dr. Kowal? Ha, ha!. Po kilku takich żartach usiadł koło dziewczyny i znowu rozległ się jego chichot.
Wtedy starsza pani, pewnie podobna do mojej babci, przechodząc obok, nie wytrzymała i powiedziała stanowczo:
Młody człowieku, opanuj się trochę.
Na jej słowa chłopak spojrzał z nieukrywanym zdziwieniem, a zaraz potem wypalił bezczelnie:
O, a babcia to też w ciąży! Hi-hi-hi
Dziewczyna parsknęła śmiechem, tak samo bezmyślnie, zupełnie nie przejmując się, co ludzie pomyślą. Przez moment miałam ochotę powiedzieć im parę słów, ale powstrzymałam się kłótnia z ciężarną w przychodni to ostatnie, na co miałam ochotę.
Kiedy już wszyscy mieli dość tych ich wygłupów, chłopak zmienił temat:
Głodny jestem, umieram z głodu! Ja-ja-ja! Jeszcze tyle trzeba czekać Może pójdziemy na pierogi? Wrócimy później!
Nie chcę pierogów marudziła dziewczyna.
Patrzcie, jaka wybredna się zrobiła, ho-ho-ho! skwitował, jakby był najlepszym kabareciarzem w Krakowie.
W końcu, ku radości wszystkich w kolejce, para wyszła kto wie, może rzeczywiście na pierogi ruskie albo leniwe ze śmietaną, nieważne. Najważniejsze, że można było odetchnąć z ulgą.
Wtedy przyszła mi do głowy smutna myśl. Co z tego dziecka wyrośnie? Skoro oni sami nie dorośli do roli rodziców Może chociaż dziadkowie spróbują pokierować jakoś tym wychowaniem. Ale jeśli to oni wychowali takie dzieci, to i wnuki nie będą mieć lekko. Takie były kiedyś moje rozterki, które do dziś, po latach, czasem do mnie wracają.



