Śniło mi się ostatnio coś bardzo dziwnego. Byliśmy z moim mężem w naszym mieszkaniu w Warszawie, ale wszystko wyglądało jak przez mgłę, kolory były zamglone, światło drgało, jakby świeciły na nas odbicia Wisły.
Mój mąż miał na imię Robert, choć czasami w śnie stawał się Radosławem, raz nawet nagle zamienił się miejscami z wodzem husarii. Jednak zawsze był ciepły, dobry, niemal wymarzony taki, którego szukałabym w starych polskich legendach. Był moją podporą, wesoły, pracowity, porządny a jednak miał drobną wadę, która w śnie zmieniała się w dziwny cień na ścianie: był zbyt serdeczny, zbyt otwarty. Dzielił się wszystkim ze wszystkimi jak na wiejskim jarmarku, nie tylko ze mną.
Mój niepokój, niczym krakanie stada wron, budziła jego przyjaźń z kobietami, a zwłaszcza z jedną Heleną. Helena, choć dawno temu wyjechała z mężem do Niemiec i zmieniła nazwisko na takie, którego nie potrafię wymówić, wciąż była obecna w naszym mieszkaniu: co chwilę pojawiało się jej imię w smsach, w dźwięku e-maila, jakby przemykała korytarzem zawsze o tej samej godzinie. Czasem jej nazwisko pojawiało się znikąd na rachunku za energię, czasem była imieniem kota za oknem.
Za każdym razem, gdy Robert przeżywał coś nietypowego zobaczył dziecko grające na harmonii pod Bazyliką, znalazł dwuzłotówkę w kieszeni starego płaszcza, albo spotkał profesora z liceum w kolejce po oscypek natychmiast pisał dwie wiadomości: jedna do mnie, jedna do Heleny. Gdy musiał podjąć decyzję czy remontować balkon, czy przycinać pelargonie, czy wydać osiemset złotych na nową lampę zawsze radził się mnie i jej. Helena rozlewała się między nas jak ciepła herbata w kubkach z Bolesławca nigdy jej nie widziałam, a jednak była zawsze obecna.
Między jednym a drugim łykiem herbaty, pomyślałam: Ma w sobie coś niezwykłego, Robert. Jest pilny, pomaga mi przy gotowaniu żurku i myciu okien, co miesiąc wpłaca pensję na wspólne konto, od czasu do czasu kupi mi tulipany na Nowym Świecie. Tylko ja nie potrafię zrozumieć: po co mu ta Helena? Dlaczego potrzebuje tej innej kobiety, żeby czegoś dopełnić?
W tym dziwnym śnie wydawało mi się, że jestem zazdrosna, ale tylko o Helenę. Żadna inna kobieta w biurze, żadna znajoma nie robiła na mnie takiego wrażenia nawet kiedy ich sylwetki zamieniały się w dziwne, rozmazane postacie prosto z obrazów Beksińskiego.
Stojąc na moście Śląsko-Dąbrowskim, patrząc w wodę i widząc swoje odbicie zmieniające się raz w Helenę, raz w siebie, raz w Robertową matkę, pytałam samą siebie: Czego mu brakuje? Dlaczego szuka tej czułości, tej figlarnej obecności w e-mailach spoza czasu i miasta, jakby to była magia, której nie rozumiem, pisana sennym alfabetem wspomnień?
Nagle obudziłam się, a dźwięk przychodzącej wiadomości znów rozbrzmiał w naszym mieszkaniu.



