Mój mąż myśli tylko o własnych potrzebach. Potrafi zjeść wszystko, nie myśląc nawet o naszym dziecku.
Wojtek, gdzie podziały się banany? pytam męża.
Zjadłem, miałem na nie ochotę odpowiada.
Nie mógłbyś zostawić chociaż jednego dla Marcinka na podwieczorek?
Przecież to żaden problem. Banany są w każdym sklepie.
No to idź, kup kilka.
Za chwilę mam mecz w siatkówkę, nie mam czasu.
Tak to u nas wygląda cały czas: ser biały, ciasteczka, jabłka znika wszystko. Nawet muszę chować jedzenie, bo inaczej syn będzie chodził głodny.
Jesteśmy małżeństwem pięć lat. Nasz synek wkrótce skończy dwa latka. Spłacamy kredyt hipoteczny, więc nie szastamy pieniędzmi. Wojtek uważa, że utrzymuje rodzinę, bo mamy własne mieszkanie. W rzeczywistości zamienił swoją kawalerkę na wkład własny, ale moi rodzice też sporo dołożyli. Moja mama twierdzi, że Wojtek to typowy egoista. Powiem szczerze trudno się z nią nie zgodzić.
Kilka tygodni temu szykowaliśmy urodziny dziecka. Przygotowywałam jedzenie dla gości, a mąż kręcił się po kuchni i co chwilę coś podjadał. Najgorzej, że dorwał się nawet do tortu. Z braku miejsca w lodówce wystawiłam go na balkon. Przynoszę tort z powrotem do kuchni, chce go pokroić, a tam odkrojona i ozdobiona część już zniknęła została tylko reszta polanej czekoladą góry. Wstyd mi było przed bliskimi.
To się powtarza wciąż od nowa. Owszem, Wojtek pracuje, ale czy to oznacza, że nie musi liczyć się z innymi? Zawsze znajdzie wymówkę: “Kupimy jeszcze, nie przejmuj się!”. Nie dba o mnie trudno. Ale jak można nie przejmować się własnym dzieckiem? Tym bardziej gdy musimy liczyć każdy grosz, a mnie zależy, żeby wystarczyło chociaż na podstawowe rzeczy. Potrafi zjeść jedzenie na miesiąc w tydzień!
Daj mu spokój! powtarza moja teściowa. Facet pracuje, niech je, ile chce! A ty nie narzekaj, tylko gotuj więcej.
Najśmieszniejsze jest to, że nie wiem, ile musiałabym gotować, żeby zaspokoić jego apetyt. Nigdy mu nie wystarczy. A nie możemy kupować coraz więcej jedzenia kredyt trzeba spłacać, ubrania i chemia domowa kosztują.
W końcu powiedziałam Wojtkowi, że jeśli jeszcze raz zje wszystko sam, koniec rozwodzimy się, dzielimy mieszkanie i żyjemy osobno. Obraził się i poleciał z płaczem do mamy. Teraz teściowa już w ogóle nie chce ze mną rozmawiać. A ja uważam, że miałam prawo postawić granicę. Przecież podstawą rodziny jest wzajemny szacunek i dbanie o siebie nawzajem. Co wy o tym myślicie?
Czasem trzeba powiedzieć “dość”, żeby ktoś mógł się opamiętać. Bo w rodzinie nie chodzi o to, kto pierwszy dorwie się do talerza, ale kto potrafi podzielić się z innymi i sercem, i jedzeniem.



