Miłość nie dla pokazówki
Zosia wyszła z chaty, niosąc pełne wiadro paszy dla świń, i gniewnie minęła męża Staszka, który już trzeci dzień kręcił się wokół studni. Zachciało mu się robić rzeźbioną, żeby było ładnie, jakby nie miał innych zajęć! Żona krząta się po obejściu, zwierzęta karmi, a on stoi z dłutem w ręku, cały w wiórach i patrzy na nią z uśmiechem. Co to za mąż jej się trafił od Boga? Ani czułego słowa, ani żeby pięścią w stół huknął tylko cicho swoje robi, czasem podejdzie, w oczy spojrzy, ręką po jej grubym jasnym warkoczu pogładzi tyle tej czułości. A tak by chciała, żeby czasem powiedział gwiazdeczko, moje słoneczko…
Zamyśliła się o swoim babskim losie i mało co nie potknęła się o starego Burego. Staszek błyskawicznie podskoczył, podtrzymał ją, a na psa spojrzał surowo:
No co ty, Bury, pod nogi się pchasz, jeszcze gospodarce krzywdę zrobisz.
Bury ze spuszczonym ogonem powlókł się do budy. Zosię znów zdziwiło, jak zwierzęta rozumieją jej męża. Spytała kiedyś Staszka o to, a on tylko odpowiedział:
Ja je kocham, to i one mnie kochają.
Zosia także marzyła o miłości by ją na rękach nosił, w ucho szeptał czułe słówka, kwiatki rano pod poduszkę kładł… Ale Staszek skąpy był w pieszczoty, aż się zaczęła Zosia zastanawiać czy on ją w ogóle choć troszkę kocha?
Szczęść Boże, sąsiadko! zajrzał przez płot Franek. Staszek, ty się dalej bzdurami zajmujesz? Po co ci te wzorki wycinane?
Chcę, żeby dzieci moje dorastały patrząc na piękno, wtedy sami będą dobrzy odparł Staszek.
To najpierw musisz je mieć! zaśmiał się Franek i porozumiewawczo mrugnął do Zosi.
Staszek spojrzał na żonę smutno, a Zosia zarumieniła się i szybciutko schowała się w domu. Nie spieszyło jej się jeszcze do dzieci, młoda, ładna, chciałaby dla siebie jeszcze pożyć, a mąż taki… nijaki. Za to sąsiad! Wysoki, szerokich barków Staszek też niebrzydki, ale Franek prawdziwy przystojniak. A jak spotka ją pod płotem, to i mówi słodko-pieszczotliwie, że aż serce topnieje: Rosiczko moja, promyku słonka… Nogi uginają się, dusza śpiewa, lecz Zosia od Franka ucieka, na namowy nie daje się złapać. Do ślubu szła obiecała być wierną żoną, rodzice przykład dawali jak dbać o rodzinę.
A jednak tak bardzo chciało się Zosi wyjrzeć przez okno i spotkać spojrzenie sąsiada…
Nazajutrz, gdy wyprowadzała krowę na pastwisko, spotkała Franka przy furtce:
Zosieńko, perło jasna, czemu mnie tak unikasz? Boisz się? Nie mogę się napatrzeć, głowa mi się kręci od twojej urody.
Przyjdź do mnie na świtaniu. Jak twój Stach rano pójdzie na ryby, odwiedź mnie. Ja cię deszczem czułości obdarzę, szczęśliwą zrobisz się jak nigdy.
Zosia zaczerwieniła się po czubki uszu, serce mocno zabiło i nic nie odpowiedziała, tylko przeszła prędko obok.
Będę czekał rzucił za nią.
Cały dzień myślała o nim. Bardzo jej brakowało czułości i miłości, a Franek taki przystojny, taki namiętny wzrok… Ale mimo to nie mogła się zdecydować. Do świtu było jeszcze trochę czasu, może…
Wieczorem Staszek napalił w bani. I zaprosił sąsiada do wspólnej kąpieli. Ten się tylko ucieszył własnej nie musiał szykować, drewna szukać. Siedzieli potem razem i okładali się brzozowymi witkami, głośno wzdychając z przyjemności. Po kąpieli wyszli do przedsionka odpocząć. Zosia przyniosła im butelczynę swojskiej okowity i talerz zakąski, po chwili przypomniała sobie o kiszonych ogórkach w piwniczce. Zeszła po nie i, wracając, usłyszała rozmowę przez uchylone drzwi. Zatrzymała się i przysłuchała.
Czemuś taki niemrawy, Staszek mówił cicho Franek. Idź z nami na miasto, nie pożałujesz. Są tam kobiety, wdówki, co cię otulą i rozpieścią tak, że zapomnisz o całym świecie. Prawdziwe piękności, nie to, co ta twoja, taka szara myszka.
Ale Zosia usłyszała cichy, lecz zdecydowany głos Staszka:
Nie trzeba mi innych kobiet, nawet myśleć o tym nie chcę. Moja żona nie jest żadną szarą myszką jest najpiękniejsza na świecie. Nie ma takiego kwiatka ani jagody piękniejszej od niej. Jak tylko spojrzę na nią, to i słońca nie widzę tylko jej oczy widzę ukochane, smukłą sylwetkę… Miłość wylewa się ze mnie jak Wisła na wiosnę. Szkoda tylko, że nie umiem jej powiedzieć, jak bardzo ją kocham, nie potrafię znaleźć słów, przez co się na mnie złości. Wiem, że przez to zawiniłem, boję się ją stracić. Bez niej nie mógłbym żyć ani nawet oddechu zaczerpnąć.
Zosia stała jak wryta, łza spłynęła jej po policzku. Po chwili podniosła głowę, weszła do przedsionka i oświadczyła:
No to idź, Franek, rozweselać wdowy, a my ze Staszkiem mamy swoje sprawy. Nie mamy komu pokazywać tych wycinanek, na które tylko nasze dzieci patrzeć będą mogły. Wybacz mi, mój ukochany, za głupie myśli, za ślepotę szczęście miałam w rękach, a nie widziałam. Chodź, za dużo czasu już zmarnowaliśmy…
Następnego ranka, na świtanie, Staszek nie poszedł na ryby.
Czasem to, czego najbardziej pragniemy, jest bliżej niż nam się wydaje trzeba tylko przestać szukać na pokaz, a zacząć patrzeć sercem.



