Mój mąż zawsze myślał tylko o sobie. Pamiętam te czasy, kiedy wszystko w naszym domu znikało błyskawicznie nieważne, czy chodziło o biały ser, ciasto czy jabłka. Musiałam chować jedzenie, żeby nasz synek nie chodził głodny z powodu własnego ojca.
To było lata temu, kiedy byliśmy jeszcze młodym małżeństwem. Mieszkaliśmy wtedy w Krakowie, ledwie wiążąc koniec z końcem. Mąż nazywał się Grzegorz, a nasz synek, Staszek, miał wtedy niespełna dwa latka. Wzięliśmy wtedy kredyt hipoteczny w złotówkach, przez co liczyliśmy każdy grosz. Grzegorz zawsze powtarzał, że to on utrzymuje dom, bo sprzedał swoją kawalerkę, żebyśmy mogli mieć to większe mieszkanie. Ale przecież moi rodzice też bardzo nam pomogli. Mama zawsze mawiała, że Grzegorz patrzy tylko na siebie trudno się z nią nie zgodzić.
Pamiętam dzień, kiedy przygotowywałam się do urodzin Staszka. Kuchnia kipiała od pachnących potraw, a Grzegorz kręcił się bez przerwy, podjadając wszystko z talerzy. Najgorsze było, gdy dorwał się do tortu. Schowałam go na balkonie, bo w lodówce brakowało miejsca. Potem przyniosłam tort, żeby go pokroić, a tam została tylko jedna, ozdobiona czekoladą cząstka całą resztę zjadł Grzegorz. Gdy to zobaczyłam, zapadłam się ze wstydu przed gośćmi.
Takie sytuacje zdarzały się bez przerwy. Grzegorz twierdził, że skoro zarabia, to wolno mu wszystko, a jak czegoś zabraknie, to kupi się jutro, przecież w sklepie tego pełno. Dla niego to było proste: nie myślał ani o mnie, ani o dziecku. A przecież żyliśmy skromnie, odkładając na opłaty, ubrania i jedzenie. Tygodniowe zapasy znikały w kilka dni.
Nawet moja teściowa, pani Zofia, zawsze stawała po jego stronie:
Po co tyle narzekasz, Urszula? Trzeba gotować więcej, skoro Grzegorz taki głodny! On zarabia, on może powtarzała i całkiem mnie nie rozumiała.
Ale ja wiedziałam, że nawet jakbym gotowała garnki pełne jedzenia, to i tak wszystkiego by mu było mało.
Ostatecznie powiedziałam Grzegorzowi: jeśli jeszcze raz tak się zachowa, rozstaniemy się. Podzielimy mieszkanie, a każdy zacznie życie na nowo. Obraził się śmiertelnie, poleciał do matki się poskarżyć, a pani Zofia przestała się do mnie odzywać. Ale ja naprawdę myślę, że miałam wtedy rację. Jak trzeba dbać o wszystkich domowników, zwłaszcza gdy chodzi o własne dziecko.
Czasem wracam myślami do tamtych chwil i zastanawiam się, czy mogłam coś zrobić inaczej. Ale wiem, że nie wolno pozwalać, by ktoś stale stawiał siebie ponad rodziną nawet jeśli to własny mąż.



