7 marca
Poranek zawsze zaczyna się podobnie. Zapalam gaz pod czajnikiem, wsypuję dwie łyżeczki herbaty do mojego poczciwego, okrągłego czajniczka tego samego, który mam, odkąd dzieci były małe i wszystko wydawało się jeszcze możliwe. Kiedy woda się grzeje, włączam radio w kuchni i słucham wiadomości jednym uchem. Znam tych spikerów lepiej niż większość sąsiadów.
Na ścianie tyka stary zegar z żółtymi wskazówkami. Wskazówki chodzą regularnie, a dzwonek telefonu stacjonarnego pod nimi rozlega się coraz rzadziej. Kiedyś dzwonił popołudniami, gdy koleżanki chciały pogadać o nowym odcinku serialu albo o ciśnieniu. Teraz koleżanki raz chorują, raz wyjeżdżają do dzieci w inne miasta, a czasem już nie wracają. Telefon stoi w kącie, ciężki, z charakterystyczną słuchawką, która dobrze leży w dłoni. Przechodząc obok, często ją głaszczę, jakby sprawdzała, czy jeszcze żyje.
Dzieci dzwonią na komórki. Raczej: wiem, że do siebie dzwonią, bo nawet gdy są na miejscu, ciągle trzymają telefony w ręku. Syn w środku rozmowy potrafi zamilknąć, gapi się w ekran, mruknie: Sekundkę i już stuka w szybkę. Wnuczka chuda dziewczynka z długim jasnym warkoczem praktycznie z ręki telefonu nie wypuszcza. Cały jej świat jest tam: znajomi, zadania, muzyka. Wszystkich tam coś trzyma.
Ja mam wysłużoną, prostą komórkę na przyciski. Kupił mi ją syn, kiedy trafiłam do szpitala z ciśnieniem.
Żebyśmy zawsze mogli się dodzwonić powiedział wtedy.
Leży sobie w szarym futerale na półce w przedpokoju. Czasem zapominam ją naładować, czasem wala się w torbie pod chustką i paragonami ze sklepu. Rzadko ktoś dzwoni, a jak już, to często nie zdążam odebrać i potem długo się na siebie złoszczę za tę swoją powolność.
Dzisiaj kończę siedemdziesiąt pięć. Ta liczba wydaje się nie moja. W duszy czuję się co najmniej dziesięć lat młodsza, może i piętnaście. Paszportu jednak nie oszukam. Rano robię to, co zwykle: herbata, radio, krótka gimnastyka, którą pokazała mi lekarka z przychodni. Wyciągam z lodówki sałatkę, którą zrobiłam wczoraj, i stawiam na stół szarlotkę. Dzieci miały przyjechać na czternastą.
Ciągle mnie zaskakuje, że urodziny teraz zapowiadają nie przez telefon, a na jakimś czacie. Syn powiedział kiedyś:
Z Anią wszystko ustalamy w rodzinnym czacie. Kiedyś Ci pokażę.
Nie pokazał. Dla mnie czat brzmi jak z innego świata, gdzie ludzie mieszkają w małych okienkach i rozmawiają za pomocą liter.
O czternastej już są. Najpierw wbiegł Bartek z plecakiem i słuchawkami, za nim po cichu przemknęła Ola, potem weszli syn z synową, obładowani zakupami. W całym mieszkaniu zrobiło się głośno i ciasno. Pachniało ciastkami z cukierni, perfumami synowej i jakimś nowym, szybkim zapachem, którego nie umiem opisać.
Mamo, sto lat! syn objął mnie mocno, szybko, jakby się spieszył.
Prezenty na stole. Kwiaty w wazonie. Ola od razu zapytała o hasło do Wi-Fi. Syn z westchnieniem zaczął szukać karteczki z hasłem: dyktował jej ciąg cyfr i liter, od którego aż mi zaszumiało w głowie.
Babciu, czemu nie siedzisz w czacie? zapytał nagle Bartek, ściągając buty i kierując się do kuchni. Cała rodzina tam jest.
Jaki tam czat machnęłam ręką, podsuwając mu talerz z szarlotką. Komórka mi wystarczy.
Mamo wtrąciła się synowa dlatego właśnie… zerknęła na syna. Mamy dla Ciebie prezent.
Syn wyciągnął z torby eleganckie pudełko. Białe, błyszczące, z połyskiem. Od razu poczułam, jak serce ściska niepokój. Już wiedziałam, co tam jest.
Smartfon powiedział syn, jakby ogłaszał wynik diagnozy. Normalny, nie najdroższy, ale konkretny. Jest kamera, internet, wszystko.
Po co mi to? spytałam, starając się, żeby głos mi nie zadrżał.
Mamo, to oczywiste. Pogadamy przez wideo, w rodzinnym czacie są zdjęcia, informacje. A teraz wszystko przez internet: zapisy do lekarza, rachunki. Sama narzekasz na kolejki.
Jakoś sobie radzę… zaczęłam, ale zobaczyłam minę syna. Westchnął cierpliwie.
Mamo, nam będzie lżej na sercu. Jak coś od razu napiszesz. I nie będziesz już szukać tej komórki i przypominać sobie, który guzik do odbierania.
Syn uśmiechnął się łagodnie ale i tak poczułam się, jakby dali mi do zrozumienia, że sobie nie radzę.
No dobrze wzrok opuściłam w stronę pudełka. Skoro tak chcecie.
Cała rodzina otwierała je razem, jak kiedyś otwieraliśmy prezenty dla dzieci. Teraz dzieci są dorosłe, a ja w ich środku, trochę jak uczennica na egzaminie. Z pudełka wyciągają cienki, czarny prostokąt. Zimny, śliski. Bez żadnego przycisku.
Tu wszystko dotykowe tłumaczy Bartek. Po prostu palcem. O, tak.
Przejechał po szkle i ekran zapalił się tęczą ikonek. Drgnęłam. To coś skomplikowanego, zaraz poprosi o hasło, login, coś jeszcze groźnego.
Nie bój się Ola odezwała się miękko. Wszystko ustawimy. Tylko nic sama nie naciskaj, zanim nie pokażemy.
Te słowa zabolały mnie najbardziej. Nie naciskaj sama. Jakby rozmawiali z dzieckiem, które może coś zepsuć.
Po obiedzie przenieśliśmy się do pokoju. Syn usiadł obok na kanapie, położył mi smartfon na kolanach.
Patrz zaczął. Tu włączasz. Przytrzymaj. Po chwili jest tapeta, potem blokada. Odblokować przeciągasz palcem. Tak.
Operował z prędkością ekspresu. Kłębili mi się w głowie: włączanie, tapeta, blokada to jak język obcy.
Poczekaj poprosiłam. Po kolei, bo się pogubię.
Ależ przyzwyczaisz się, to proste machnął ręką syn.
Kiwnęłam głową, choć wiedziałam, że przyzwyczajenie wymaga czasu. Potrzebowałam czasu i oswojenia się z myślą, że świat to teraz te prostokąciki i ja muszę jakoś się tam zmieścić.
Wieczorem telefon miał już numery dzieci, wnuków, sąsiadki Haliny i pani doktor. Syn zainstalował komunikator, utworzył konto, dodał mnie do rodzinnego czatu, ustawił duży font.
Zobacz syn pokazał. Tu nasz czat. Wszyscy tu piszemy. O, zaraz coś napiszę.
Wklepał szybko wiadomość pojawiła się od razu. Potem przyszła druga, tym razem od synowej: Hura! Mama już z nami! Potem jeszcze Ola: same kolorowe buźki.
Jak mogę wysłać? spytałam. Gdzie mogę napisać?
Tutaj syn pokazał pole. Pojawia się klawiatura. Możesz też nagrać wiadomość. Ten mikrofon, mówisz.
Spróbowałam. Palce drżały. Zamiast dziękuję wyszło dzienkuje. Syn zaśmiał się, synowa też. Ola posłała buźki.
Spokojnie syn złagodniał każdy na początku się myli.
Kiwnęłam, ale wstyd był. Jakbym oblała łatwy test.
Gdy wyjechali, w mieszkaniu znowu zrobiło się cicho. Na stole został kawałek szarlotki, kwiaty i białe pudełko po smartfonie. Chwila wahania odwróciłam telefon ekranem do góry, nacisnęłam boczny przycisk. Ekran rozświetliła fotografia: cała rodzina na zeszłoroczne Boże Narodzenie. Widziałam siebie z boku, w niebieskiej sukience, brew podniesiona jakbym już wtedy wątpiła, czy powinnam tam stać.
Przesunęłam palcem, pojawiły się ikonki: telefon, wiadomości, aparat, coś jeszcze. Przypomniałam sobie syna: Nie naciskaj niczego niepotrzebnego. Skąd mam wiedzieć, co niepotrzebne?
Położyłam smartfon z powrotem i poszłam pozmywać naczynia. Niech sobie poleży, niech się przyzwyczai do mieszkania.
Następnego dnia obudziłam się wcześniej. Spojrzałam najpierw na nowy telefon ciągle leżał tam jak obcy. Wczorajszy strach trochę minął. To przecież tylko rzecz, rzeczy można się nauczyć. Mikrofalówki też się bałam, a jakoś działam.
Zrobiłam herbatę, siadłam do stołu, sięgnęłam po telefon. Włączyłam. Dłoń mokra. Na ekranie znów nasza fotografia. Przesunęłam palcem. Ikonki. Znalazłam zieloną słuchawkę coś znajomego i nacisnęłam.
Pokazała się lista: syn, synowa, Ola, Bartek, Halina. Wybrałam syna, zadzwoniłam. Słyszę w słuchawce nieco zdziwiony głos:
Mamo? Wszystko ok?
Tak, tylko sprawdzam. Działa.
Mówiłem. Brawo! Ale lepiej przez komunikator taniej.
Jak? zapytałam nieco zdezorientowana.
Pokażę później, teraz jestem w pracy.
Rozłączyłam się. Serce waliło jak przy szybkim marszu. Ale coś ciepłego rozlało mi się w środku. Sama zadzwoniłam. Nikogo nie pytałam.
Parę godzin później przyszła pierwsza wiadomość w czacie: telefon cicho zapiszczał, ekran zaświecił. Ola: Babciu, jak się masz? Długo patrzyłam na pole pod wiadomością. W końcu nacisnęłam, pojawiła się klawiatura. Literki malutkie, ale czytelne. Pierwsza próba zamiast w kliknęłam s. Wycofałam, poprawiłam. Palce niespokojne. Pisałam dziesięć minut, aż pojawiło się: Wszystko dobrze. Piję herbatę. W dobrze zrobiłam literówkę, ale już nie poprawiłam. Wysłałam.
Chwilę później odpowiedź od Oli: Super! Sama napisałaś? I serduszko.
Złapałam się, że się uśmiecham. Sama to zrobiłam. Moje słowa były tam, gdzie zwykle padały tylko cudze.
Po południu zajrzała sąsiadka, Halina, z słoikiem dżemu.
Słyszałam, że młodzi podarowali ci ten… jak to… nowy telefon zawołała już od progu, zdejmując buty.
Smartfon poprawiłam. Mimo że to słowo nadal wydaje się trochę zbyt nowoczesne dla mojego wieku, ucieszyło mnie, że je wymawiam.
No i jak? Nie gryzie? roześmiała się.
Na razie tylko piszczy westchnęłam. Wszystko inne. Żadnych przycisków.
Mój wnuk też namawia. Mówi, że bez tego nie ma życia. A ja myślę, za stara jestem.
To za stara ukłuło mnie boleśnie. Też tak myślałam. Ale teraz w pokoju leżało coś, co jakby szeptało: jeszcze nie jest za późno. Możesz spróbować.
Kilka dni później zadzwonił syn: zapisał mnie do lekarza przez internet. Zdziwiłam się.
Przez internet? Jak? zapytałam.
Przez ePUAP odpowiedział. Wszyscy teraz tam. Masz hasła na kartce w szufladzie pod telefonem.
Otworzyłam szufladę rzeczywiście, leżała karteczka z loginami, hasłami. Wzięłam ją jak receptę od lekarza. W teorii oczywiste w praktyce już gorzej…
Dzień później zdecydowałam się spróbować. Włączyłam telefon, znalazłam przeglądarkę, którą wcześniej pokazywał syn. Klik, pojawia się białe pole. Wolno wpisuję adres przepisuję z karteczki. Każda cyfra, każda litera trudna. Dwa razy się pomyliłam, skasowałam wszystko i zaczęłam od początku.
W końcu załadowało się. Niebiesko-białe paski, przyciski.
Proszę podać login, czytam. I hasło.
Login jakoś wpisałam. Z hasłem gorzej: litery, cyfry, klawiatura wciąż znika i się pojawia. W końcu nacisnęłam nie tam i pole się wyczyściło. Zaklęłam cicho pod nosem, aż się zdziwiłam, co ze mnie wychodzi.
Zrezygnowałam i sięgnęłam po stacjonarny telefon. Zadzwoniłam do syna.
Nic nie działa powiedziałam. Te wasze hasła to żart.
Mamo, nie denerwuj się uspokajał. Wieczorem przyjadę i pokażę jeszcze raz.
A potem znowu wyjedziesz i znowu sama zostanę z tym wypaliłam, nawet nie wiedząc, skąd ta złość.
Po drugiej stronie zapadło milczenie.
Wiem powiedział potem syn. Po prostu mam dużo pracy. Przyjedziemy z Bartkiem on cię nauczy, to jego świat.
Zgodziłam się, ale odkładałam słuchawkę z poczuciem, że jestem ciężarem. Że jestem kimś, kogo ciągle trzeba obsługiwać.
Wieczorem przyszedł Bartek. Bez ceregieli usiadł na kanapie.
Daj, Babciu, pokaż, co się psuje.
Pokazałam, on wytłumaczył spokojnie, bez zniecierpliwienia. Pokazywał, gdzie klikać, jak przełączyć na polski, jak sprawdzić wizytę u lekarza.
Tutaj jest twoja rejestracja. Jak nie możesz pójść, można anulować tłumaczył. Wystarczy tu.
A jak przypadkiem anuluję? dopytałam.
Trzeba będzie zrobić nową. Nic się nie stanie.
Kiwnęłam głową. Dla niego drobiazg, dla mnie cała przygoda.
Po jego wyjściu długo siedziałam, patrząc na telefon. Ten ekran nieustannie mnie wystawia na próbę. To login, to hasło, to błąd. Kiedyś był świat prosty: dzwonisz, umawiasz się, przychodzisz. Teraz trzeba się znać na klikaniu.
Tydzień później problem z rejestracją do lekarza. Obudziłam się chora, głowa ciężka, ciśnienie wysokie. Przypomniałam sobie, że pojutrze mam wizytę u lekarza. Chciałam się upewnić co do godziny. Włączam aplikację a tam… nie widzę swojego nazwiska.
Przewijam pusto. Przecież wczoraj nic nie dotykałam. Albo dotykałam? Może przypadkiem?
Ogarnęła mnie panika. Bez rejestracji znów kolejki. Gorąco, tłok, kaszlący ludzie. A sama ledwo siedzę.
Pierwsza myśl: zadzwonić do syna. Ale on w pracy, mówił, że ważny tydzień. Wyobrażam sobie jego minę przed kolegami: Przepraszam, mama znowu nie radzi sobie z telefonem. Wstyd.
Usiadłam, odetchnęłam głęboko. Bartek ma zajęcia na uczelni, nie chcę znowu prosić.
Patrzę na smartfon: mały czarny prostokąt i problem, i szansa. Otwieram witrynę, loguję się, klikam. W rejestracji pusto, więc chyba anulowałam przez przypadek. Zamykam oczy, łapię oddech i klikam Zapisz się. Wybieram lekarza, potem datę, najwcześniejszy termin za trzy dni. Klikam Potwierdź.
Ekran myśli, po czym pojawia się: Rejestracja przyjęta. Pod spodem moje nazwisko, data, godzina. Sprawdzam kilka razy. Udało się. Sama! Bez pomocy.
Na wszelki wypadek, wysyłam wiadomość do lekarki przez komunikator, którą syn dodał mi kiedyś do kontaktów. Długo się zbieram, ale naciskam mikrofon:
Dzień dobry, tu Lucyna Borkowska mówię starając się jasno. Mam kłopoty z ciśnieniem. Zarejestrowałam się przez internet na środę rano. Gdyby Pani miała czas, proszę spojrzeć.
Wysyłam. Po chwili lekarka odpisuje wielkimi literami: OK, JUŻ WIDZĘ. JAK SIĘ POGORSZY DZWONIĆ!
Napięcie trochę puszcza. Rezerwacja jest, lekarz wie. Wszystko przez ten mały ekran.
Wieczorem piszę w rodzinnym czacie: Zarejestrowałam się sama. Przez internet. Znowu błąd w wyrazie, ale już nie poprawiam. Najważniejsze treść.
Pierwsza odpisuje Ola: Jejku! Babciu, jesteś lepsza ode mnie! Za nią synowa: Teściowo, jestem dumna! I na końcu syn: Widzisz, mówiłem, że się uda.
Przeglądam te odpowiedzi i czuję, że coś we mnie się prostuje. Jeszcze nie jestem mistrzynią w ich żartach i memach, ale pojawiła się drobna nitka, nić mogę szarpnąć, a odpowiedź przyjdzie.
Po spokojnej wizycie u lekarza zdecydowałam się na nową odwagę. Ola opowiadała kiedyś, że z koleżankami wymienia się zdjęciami jedzenia, kotów, różności. Zawsze wydawało mi się to dziwaczne, a może nawet głupie ale trochę zazdrościłam: mają wspólne obrazki dnia, ja tylko radio i widok na podwórko.
W jeden słoneczny ranek, gdy na parapecie szczególnie świeciły słoiczki z rozsadą, sięgnęłam po smartfona i otworzyłam aparat. W kadrze pojawiła się kuchnia dziwne, jak ten sam stół można zobaczyć inaczej. Podsunęłam telefon do słoiczków, kliknęłam w kółeczko cyknęło.
Zdjęcie trochę rozmyte, ale wyszło: główki pomidorów przebijają się przez ziemię, w słońcu na stole smuga światła. Długo patrzyłam na to zdjęcie te krzaczki wyglądają jak ja z tym telefonem: próbują się przebić, choć ziemia jeszcze twarda.
Wkleiłam je do czatu rodzinnego. Napisałam: Moje pomidory rosną. Wysłałam.
Odpowiedzi przyszły szybko: Ola zdjęcie z pokoju zawalonego książkami. Synowa sałatka i podpis: Uczę się od Ciebie. Syn selfie w biurze z rozbawionym napisem: Mama ma pomidory, ja mam raporty. Kto ma lepsze życie?
Śmiałam się głośno jakby przy stole siedziało ze mną kilka osób, każdy w innym mieście, ale obok.
Oczywiście, nie zawsze wszystko szło łatwo. Zdarzyło się, że niechcący wysłałam głosówkę, kiedy chciałam tylko poćwiczyć słychać było moje narzekania na wiadomości i telewizor. Wnuki zanosiły się śmiechem, syn napisał: Mamo, masz potencjał na własną audycję. Trochę wstyd, ale potem też się śmiałam. Przynajmniej głos mam żywy.
Bywało, że pomyliłam czaty i pytałam o coś prywatnie, a wyszło do wszystkich. Raz tak zapytałam, jak usunąć zdjęcie. Dostałam od Bartka instrukcję krok po kroku, od Oli: Też nie wiem!, a od synowej naklejkę Mamo, Ty to postęp!
Wciąż jeszcze mieszają mi się przyciski. Boję się aktualizacji, gdy telefon tego chce. Słowa zaktualizować system brzmią podejrzanie, jakby ktoś chciał zmienić wszystko, do czego właśnie zdążyłam się przyzwyczaić.
A jednak dzień po dniu strach maleje. Odkrywam, że potrafię sama sprawdzić rozkład autobusów, pogodę popatrzeć nie tylko w radiu, ale i na ekranie. Nawet znalazłam w internecie przepis na sernik taki, jakiego uczyła mnie mama. Trochę musiałam się nagimnastykować, ale gdy zobaczyłam znajome składniki łzy zaszkliły mi oczy.
O tym nie pisałam już nikomu. Po prostu upiekłam sernik i wysłałam zdjęcie w czat. Podpisałam: Przypomniałam sobie, jak piekła babcia. Odpowiedziały serduszka, wykrzykniki, prośby o przepis. Sfotografowałam karteczkę z odręcznym przepisem i krótko opisałam.
W pewnym momencie zorientowałam się, że coraz rzadziej zerkam na telefon stacjonarny. Wisi na ścianie jak dawniej, ale już nie jest moją jedyną linką do świata. Teraz mam jeszcze jedną niewidzialną, ale trwałą.
Wieczorem gdy za oknem ciemno, a w sąsiednich blokach świecą się okna siedzę w fotelu z telefonem w rękach i przeglądam rodzinny czat. Zdjęcia z pracy syna, selfie Oli z koleżankami, dowcipy Bartka, wiadomości codzienne od synowej. Pomiędzy nimi moje nieśmiałe wpisy: pomidory, głosówka z przepisem, pytania o leki.
Nagle przyszło do mnie już nie czuję się widzem zza szyby. Nadal nie rozumiem połowy tego, co piszą wnuki. Nie ustawiam tych wszystkich śmiesznych buziek. Ale widzą moje odpowiedzi, odpisują, lajkują jak mówi Ola.
Telefon zapiszczał. Nowa wiadomość. Od Oli: Babciu, jutro sprawdzian z matematyki. Zadzwonię potem, żeby się wyżalić?
Uśmiechnęłam się. Wolno odpisuję, dbając o litery: Dzwoń, zawsze słucham. Wysłałam.
Odstawiłam smartfon obok herbaty. W pokoju było cicho, ale ta cisza już nie była samotna. Gdzieś tam, przez ściany i piętra, czekały na mnie rozmowy i wiadomości. Może nie jestem częścią młodzieżowych klimatów, jak mówi Bartek, ale odnalazłam swój kącik w tym świecie ekranów.
Do końca wypiłam herbatę, zgasiłam światło w kuchni i, wychodząc do pokoju, jeszcze rzuciłam okiem na telefon. Leżał spokojnie, czarny prostokąt. Wiem, że gdy będę chciała, mogę dotknąć i być blisko moich bliskich.
I na dziś to wystarczająco dużo.



