Wakacje z bezczelną rodziną: Jak postawić granice i powiedzieć „dość” – Dwa tygodnie w “hotelu” cioci Niny, która uważa, że wszyscy jej coś są winni, i finałowy rodzinny skandal przy stole

Na wakacjach z bezczelną rodziną raz na zawsze postawić sprawę jasno

Ja już dwa tygodnie wytrzymuję, Szymon! Dwa tygodnie w tym chlewie, który oni szumnie nazywają pensjonatem.
Po co my się w ogóle zgodziliśmy?
Bo mama prosiła. Bożence należy się odpoczynek, Bożenka ma tak ciężkie życie sparodiował brat mamę.
Z tym ciężkim losem cioci Bożeny to może prawda, tylko współczuć jej Hance jakoś nigdy nie wychodziło. No nijak.
Bożena, siostra matki od strony matki, zawsze była tą biedną krewną, której wszyscy są coś winni.
Walizka nie chciała się domknąć. Hanka próbowała kolanem docisnąć pokrywę, żeby zapiąć zamek, ale ten zdradziecko rozjeżdżał się i wypluwał na wierzch koniec ręcznika plażowego.

Za cienką paździerzową ścianką, którą w tym zdezelowanym domku wczasowym nazywano ścianą, słychać było wrzaski to darł się Tadek, sześcioletni syn cioci Bożeny.

Nie chcę kaszy! Nie będę! Chcę nuggetsy! drze się dzieciak, jakby go ze skóry obdzierali.

Po czym rozlega się trzask talerza i zmęczony, przepity głos samej Bożeny:
Oj, skarbeczku, no zjedz łyżeczkę za mamusię.

Weroniko, skocz do żabki i kup mu te nuggetsy, bo widzisz, jak się męczy.
Ja już nóg nie czuję, nie mam siły.

Hanka zamarła, trzymając się kurczowo zamka walizki. Weroniko! I mama zaraz poleci!

Szymon, brat Hanki, siedział na jedynym chyboczącym się krześle tu, w ich dusznym pokoiku, i patrzył tępo w telefon.
Nawet nie próbował się pakować. Jego plecak zalegał w kącie nietknięty.

Słyszysz to? szepnęła Hanka, wskazując ścianę. Ona znowu mamę pogania.

Weroniko, przynieś, Weroniko, podaj. A mama zaraz wyskoczy jak sprężyna i wszystko załatwi.

Daj spokój burknął Szymon, nawet nie podnosząc wzroku. Jutro wracamy do domu.

Ja już dwa tygodnie tu siedzę, Szymon! Dwa tygodnie w tej norze, którą oni dumnie nazywają pensjonatem.

Po co nam było zgadzać się na to?

Bo mama prosiła. Bożence trzeba odpocząć, Bożenka ma ciężki los, zadrwił brat.

Hanka usiadła na łóżku, które żałośnie zaskrzypiało pod jej ciężarem.
Faktycznie, los cioci Bożeny nie był godny pozazdroszczenia, ale Hanka nijak nie potrafiła jej współczuć.

Bożena, siostra mamy, od zawsze była tą biedną krewną, której wszyscy coś byli winni.

Pierwsze dziecko zmarło jako niemowlę o tej tragedii w rodzinie mówiono szeptem.
Potem był mąż, co bardziej kochał flaszkę niż cokolwiek innego, i od tej miłości strzelił w kalendarz kilka lat temu.

Ciocia samotnie wychowywała dwójkę dzieci od różnych tatusiów, a cała ta wesoła ekipa mieszkała u babci.
Tam też pomieszkiwał kolejny ideał mężczyzny już ósmy z rzędu.

Do pracy Bożena się nie rwała, bo uważała, że jej zadaniem jest zdobić świat i cierpieć, a inni mają zapewniać jej ten karnawał życia.

A w pierwszej kolejności mama Hanki, Weronika, u której według siostry złotówki pchają się drzwiami i oknami.

Hanka podeszła do okna.
Widok zachwycał: na śmietnik i ścianę sąsiedniego kurnika.

Ten wyjazd to był, niestety, pomysł mamy. Jedźmy razem, rodzinnie, trzeba Bożenie pomóc, niech się odetchnie.

Pomóc oznaczało, że Weronika pokryła większość kosztów wyjazdu, kupowała jedzenie i gotowała dla całej zgrai, a Bożena z nowo poznaną przyjaciółką jakąś Grażyną, z którą od razu się zaprzyjaźniły przy basenie na tle wspólnej miłości do świętego spokoju przewracały się z boku na bok jak leniwe foki.

Szykuj się powiedziała Hanka do brata. Wieczorem idziemy do restauracji. Pożegnalna kolacja.

***

Restauracja oczywiście nie była ich wyborem.
Bożena zażądała czegoś z wyższej półki.

Lokal znajdował się przy deptaku. Dwa stoły zepchnięto razem, żeby cała ta szarańcza, jak w duchu nazywała ich Hanka, się zmieściła.

Bożena, w błyszczącej sukience, której szwy już ledwo się trzymały, zasiadała na czele, obok wspomnianej Grażyny kobiety konkretnej postury i głosu, z włosami tak rozjaśnionymi, że aż parzyły w oczy.

Kelner! wrzasnęła Bożena, nawet nie patrząc w kartę. Proszę nam przynieść coś najlepszego! Szaszłyk, sałatki i tego czerwonego dzbanek!

Weronika, mama Hanki, siedziała na brzegu stołu i nieśmiało się uśmiechała. Była wymęczona do granic możliwości.
Przez dwa tygodnie nie odpoczęła ani minuty: raz Tadek ryczał, raz Bożenie było źle, raz Alicja się nudziła.

Mamo, zamów sobie rybę, przecież chciałaś podsunęła Hanka cicho.

Gdzie tam… drogo machnęła ręką Weronika. Ja sałatkę zjem, niech Bożenka się naje, ona taka wymęczona przez ten rok.

Hankę aż skręciło. Jasne, wymęczona! Obok Tadek, ten mały cesarz sześciu lat, walił łyżką w talerz.

Nakarmić! zażądał, szeroko otwierając buzię i nawet nie odrywając wzroku od tabletu.

I Bożena, przerywając rozmowę z Grażyną, jak z automatu nabrała ziemniaków i wetknęła mu w paszczę.

Mój misiaczku! rozczuliła się. No jedz, nabieraj sił.

Ma sześć lat nie wytrzymała Hanka. Nie potrafi sam jeść?

Przy stole zapanowała cisza. Bożena powoli odwróciła głowę.

A kto cię pytał, droga siostrzenico? wysyczała. Urodź swoje, to będziesz pouczać!

Mój syn jest wrażliwy. Jemu trzeba opieki!

Jemu trzeba granic, nie tabletu przy jedzeniu odbiła piłeczkę Hanka. Drze się jak opętany przy byle czym. Wychowujecie sobie małego tyrana.

O ja nie mogę! weszła Grażyna. Patrz, Bożenka! Psycholog się znalazł. Jajko uczy kurę. Ty, dziewczyno, życia nie znasz, a mówisz starszym jak wychowywać!

Hanka, milcz szepnęła mama, szarpiąc ją za rękaw. Nie psuj wieczoru. Błagam.

Wieczór dłużył się jak dzwony na Wszystkich Świętych. Bożena i Grażyna głośno roztrząsały facetów, obgadywały innych gości, narzekały na swój ciężki los.

Alicja siedziała pogrążona w telefonie, rzucając tylko pogardliwe spojrzenia w stronę staruszków. Tadek co rusz zaczynał wyć, domagając się deseru, więc zamawiano mu największe lody w okolicy.

Wreszcie przyszedł rachunek, a Bożena teatralnie jęknęła:
O jejku, portfel mi został w pokoju! Weroniko, zapłać, co? Oddam, obiecuję. Jak tylko wrócimy.

Oddasz… Jasne pomyślała Hanka, patrząc, jak mama bez wahania wyciąga kartę.
To był ich rodzinny klasyk.

***
Wrócili do pensjonatu grubo po północy. Hanka od razu poszła pod prysznic, żeby zmyć z siebie tę lepką atmosferę wieczoru.
Woda ciekła ciurkiem: raz gorąca, raz lodowata.

Wyszedłszy z łazienki, skierowała się do pokoju, ale zatrzymała przy uchylonych drzwiach kuchni. Dobiegały stamtąd głośne szepty.

…Widzisz ją? Pryncypałka się znalazła! szczebiotała Grażyna. Siedzi, krzywi się.

On nie umie jeść…

A co ci do tego, dziewczyno? Życia nie widziałaś!
Gdyby nie ty, Weronika, ona by teraz ogony krów kręciła, a nie szpanowała po knajpach.

Puściutka, wyniosła panna. Ani chłopaka, ani rozumu, tylko duma buja.

Hanka wstrzymała oddech.

Serce waliło jej w gardle, aż szumiało w uszach. Czekała. Czekała, aż mama uderzy pięścią w stół.

Aż powie: Przestań, Grażyna, nie mów tak o mojej córce! Albo chociaż wyjdzie z kuchni.

Ale za drzwiami rozległ się tylko ciężki westchnienie Bożeny i jej żałosny głos:

Oj, Graża, coś w tym jest. Ciężka ta Hanka, ciężka. Cała po ojcowej rodzinie, oni też tacy… tacy wiecznie z pretensją.

Nie to, co moje. Alińka z charakterkiem, ale serce złote, otwarte.
A ta… Patrzy na nas jak na śmieci. Przez nią to mi się nawet jeść odechciewa!

Bo to ty, Weronika, ją rozpuściłaś! zawtórowała Grażyna. Trzeba było czasem klapsa dać.
A teraz co? Siedzi, królewna, matki w ogóle nie szanuje.

Ja bym taką z domu dawno pogoniła, niech sobie pożyje.

Hanka oparła czoło o framugę. Mama milczała.
Siedziała tam z nimi i słuchała, jak jej jedyną córkę obsmarowują jak placka ziemniaczanego.

Z nagłą stanowczością Hanka się wyprostowała. Drzwi rozpuściły się z hukiem o ścianę.

W kuchni zapadła martwa cisza.

Trzy kobiety siedziały przy plastikowym stole, zawalonym resztkami i pustymi opakowaniami.

Bożena w swojej błyszczącej sukni już z pęknięciem pod pachą, Grażyna z czerwoną jak burak twarzą i mama…
Mama, która skuliła się w sobie jak uczennica przy tablicy.

Czyli jestem pusta panna? Hanki głos nie drżał, był twardy jak bałtycki bursztyn.

A ty, ciociu Bożeno, duszyczką naszą jesteś?

Bożena przełknęła ślinę i zrobiła oczy jak pięć złotych. Grażyna ostrożnie wstała, stając nad stołem jak góra.

Podsłuchujesz, smarkulo? wycedziła. Uszy grzejesz?

O nie, nie podsłuchuję. Tak darłyście się, że cały pensjonat słyszał Hanka weszła do kuchni. Co, ciociu Bożeno, kawałek jedzenia przez gardło nie przechodzi?
Ale jak mama za ten kawałek płaciła w restauracji, to było w sam raz?

Ty niewdzięczna! wrzasnęła ciotka, purpurowa z nerwów. My do ciebie z sercem, a ty tak się odwdzięczasz!

Nadajesz się na moją córkę, a ty o kawałek chleba wypominasz?!

Swoimi pieniędzmi się udław!

To nie o pieniądze chodzi, tylko o twoją bezczelność! puściły Hance nerwy. Całe życie siedzisz mamie na karku!

Najpierw jeden mąż, potem drugi, potem dzieci, a to choroba wymyślona!
Mama haruje jak wół, żeby ci opłacić wczasy, a ty ją za plecami obrabiasz!

Twoja córka, nawiasem mówiąc, klnie gorzej niż warszawski dorożkarz, wyciera sobie tobą buty, a ty jeszcze moralizujesz?

Twój syn świętoszek panikujący, któremu nie powiedzieć nie wolno!

Ciotka stanęła jak wryta.

Hanka! zapiszczała Weronika, zrywając się. Natychmiast przestań! Do pokoju marsz!

Nie, mamo, nie pójdę. Hanka spojrzała matce w oczy, całą bólem, aż ta zamilkła. Siedzisz tutaj i słuchasz, jak obca baba, którą znamy dwa dni, obgaduje twoje dziecko.
I milczysz. I pozwalasz na to.

Grażyna odsunęła krzesło i ruszyła w stronę Hanki, zaciskając wielkie pięści.

No, zaraz ci, mała, pokażę, jak się starszych szanuje…

Zamachnęła się, ręka poleciała w powietrzu prosto w twarz.

Ale nie zdążyła Szymon przechwycił jej łapę w locie.

Tylko spróbuj powiedział cicho. Ogarnięci jesteście? Ciociu Bożeno, pakujcie się. Wyjeżdżamy.

Kto to wy? wrzasnęła Bożena, widząc że grunt usuwa się spod nóg. Ja nigdzie nie jadę! Jeszcze dwa dni opłacone!

Weronika! Twoje dzieci ogłupiały! Atakują ludzi!

I wtedy Weronika, po raz pierwszy od wieków, zdobyła się na głos. Podbiegła do Hanki, złapała ją za ramiona i zaczęła trząść.

Po co to zaczęłaś?! ryknęła, łzy rozbryzgując po kuchni. Siedziałaśby u siebie!
Wszystko popsułaś! Przecież jesteśmy rodziną! Nie wstyd ci awanturę robić przed ludźmi?!

Hanka delikatnie, acz stanowczo, ściągnęła ręce mamy ze swoich ramion. Wewnątrz coś się w niej złamało na zawsze.

Nie wstyd mi, mamo powiedziała bardzo cicho. Tobie powinno być wstyd. Za to, że pozwalasz im się tak z nami obchodzić…

Wyszła z kuchni. Szymon poszedł za nią.

W pokoju pakowali się milcząc. Za ścianą Bożena wyła, narzekając na swój tragiczny los, a Grażyna wtórowała jej, nazywając Hanię i Szymona wyrodnymi dziećmi.

Alicja, zbudzona hałasem, głośno lamentowała, że jej nie dają spać.

Teraz nie uciekniemy powiedział Szymon, zapinając plecak. Autobus dopiero rano. Będziemy musieli czekać na dworcu.

Trudno Hanka wrzuciła kosmetyki do reklamówki. Wolę na dworcu, niż tu. Ani minuty dłużej.

A mama?

Hanka zamarła z bluzką w rękach.

Mama dokonała wyboru. Została tam, w kuchni. Pocieszać siostrę.

***
Hanka nie rozmawia z matką, Szymek zresztą też. Rodzicielki nie wybaczyli.

Weronika jeszcze kilka razy dzwoniła, zapewniała, że im daruje, jeśli tylko przeproszą Bożenkę, ale Hanka i Szymon zdecydowali, że takiej łaski wcale nie potrzebują.

Już się najedli po dziurki w nosie.

Jak komuś pasuje patrzeć siostrze w paszczę, to niech patrzy. A bez nachalnej rodzinki żyje się naprawdę spoko.

Rate article
Fajna Tajna
Wakacje z bezczelną rodziną: Jak postawić granice i powiedzieć „dość” – Dwa tygodnie w “hotelu” cioci Niny, która uważa, że wszyscy jej coś są winni, i finałowy rodzinny skandal przy stole