Nie byliśmy przygotowani Nasz tata wyjechał z Polski do pracy, gdy byłem w piątej klasie, a moja siostra w pierwszej. Zaginął wtedy bez śladu. Wcześniej zdarzało mu się wyjeżdżać na kilka miesięcy i wracać, kiedy chciał, zawsze z pieniędzmi i prezentami. Z mamą nigdy nie byli formalnie razem, tata był wolnym duchem i jeździł po kraju, gdzie mu się podobało. Mama znosiła to wszystko, bo kochała go bez pamięci. – Włodek, wracaj szybciej – prosiła go mama. – No już, nie rozklejaj się. Przyjadę z prezentami. Całował ją niedbale i znikał. W czasie jego nieobecności opiekował się nami brat taty, wujek Kola. Chyba podobała mu się nasza mama – nigdy nie mówił o tym, nie okazywał szczególnej uwagi, ale zawsze można było na niego liczyć. – No jak tam, Taisiu? – pytał wujek Kola, wchodząc do nas. – Jak dzieciaki? – Hurra, wujek Kola przyszedł! – wołałem i rzucałem się mu w ramiona. – Witaj, Denis – przytulał mnie krótko. Chciałbym, żeby to on był moim ojcem. W weekendy zabierał mnie i siostrę, Marysię, na spacery, podczas gdy mama odpoczywała. Czasem chodziła z nami, a czasem wolała zostać w domu, rozmyślając nad swoim niełatwym losem. Gdy podrosłem, wujek Kola przyniósł i zamontował w przedpokoju drabinkę gimnastyczną. Tata nie wracał już od blisko pół roku. Pomagałem mu skręcać sprzęt, a Marysia przyglądała się, jak zręcznie montuje drążek, linę i kółka. – Wujku Kolu, czemu się nie żenisz? Masz takie złote ręce, każda by cię chciała – skwitowała Marysia, mądrzejsza, niż wypadało jej wieku. Ta cała jej kobieca mądrość była podsłuchana od rozmów mamy z koleżankami. – Nie znalazłem jeszcze tej odpowiedniej, Marysiu. Jak znajdę, to się ożenię. – A dzieci nie chciałbyś mieć swoich? Marysia rozłożyła ręce. Wujek Kola odłożył narzędzia i powiedział poważnie: – Na razie wystarczycie mi wy. A co, pozbyć się mnie chcesz? Marysia się nie dała. – Ja?! – oczy wytrzeszczyła. – Wujku Kolu, zawsze się cieszę, gdy przychodzisz! Wieczorem zapytałem siostrę: – Czemu się go czepiasz? Jeszcze się obrazi i przestanie przychodzić. – A tata przywozi prezenty… – zamyśliła się. – Może niedługo wróci. – Eee, głupia jesteś. Sprzedałaś się za prezenty. Wiesz, ile kosztuje ten sprzęt, który nam wujek przyniósł? – A mnie co po tym? Ja chcę sukienki i lalki. Nie będę się wygłupiać na drążku jak jakaś małpa. Tym razem ojca Marysia wyczekiwała na próżno. Nie wrócił. Pewnego dnia wujek Kola przyszedł do mamy, zamknęli się w kuchni, coś jej tłumaczył, a mama płakała gorzko. – Taisiu, nie płacz. Nie zostawię was. Dobrze wiesz, jaki on jest… szuka tam, gdzie łatwiej i milej. Mama zawyła jeszcze głośniej, potem długo płakała. Wujek Kola był u nas jak zawsze: pomagał, naprawiał, wychodził z dziećmi. W końcu odważył się, porozmawiał z mamą o swoich uczuciach. Podsłuchałem ich z czystym sumieniem. – Kolu, ja nie jestem ci potrzebna. Jesteś dobrym człowiekiem, zasługujesz na prawdziwe szczęście. – Mi chyba lepiej wiedzieć, kogo potrzebuję – uparł się wujek Kola. – A jeśli on wróci? Wujek Kola nie odpowiedział. – I tak będę na niego czekać. Kocham go, Kolu! Nie umiem inaczej, jeśli uważasz, że taki ktoś ci jest potrzebny… Bez serca. Odszedłem od drzwi na palcach. Mógłbym mamę udusić za to. Co ona w nim widzi? I tak żyliśmy dalej. Marysia była cała w ojca – gdzie coś dostanie, tam się lepi. Ale już chyba zrozumiała, że nie warto czekać na tatę z prezentami. Wujek Kola ciężko pracował, by utrzymać naszą dużą rodzinę. Mama urodziła mu synka, Wacka. Szczęście wujka Koli nie miało końca. Wzięli ślub i wszystko zaczęło się układać. Ukończyłem szkołę bez żadnej dwójki, miałem dostać się na studia na darmowe miejsce. Mama rozpromieniona jak samowar. – Nasz uczony będzie w rodzinie, co Ty na to, Kolu? – No a my co? Też swoje wiemy. – Dajcie spokój! Jaki tam ze mnie uczony – czerwieniłem się. – Dolejcie lepiej szampana, spróbuję. – Jakbyś wcześniej nie próbował – prychała Marysia, a ja rzucałem jej groźne spojrzenia. Wacek nieudolnie gramolił się na stół, próbował go zniszczyć. Wujek Kola złapał go i posadził na kolanach. – No, synu, zachowuj się. Przecież już nie jesteś dzidziusiem! Wacek od razu złapał łyżkę, przystawił do nosa i zezował. Wszyscy wybuchnęli śmiechem. – Czy to ktoś dzwoni do drzwi? – nasłuchiwała Marysia. Mama otworzyła, cofnęła się do pokoju – w progu stanął tata. Zapanowała cisza. Rozejrzał się i powiedział: – Czemu się nie bawicie dalej? Milczeliśmy. Wacek zszedł z kolan wujka Koli i ruszył w stronę nowego „wujka”. Tata nie zwrócił na niego uwagi, a mama złapała synka i zasłoniła się nim jak tarczą. Wujek Kola wstał, zachwiał się. – Gdzie idziesz? – zapytała mama obcym głosem. – Ja… muszę, zaczerpnąć powietrza. Wyszedł, delikatnie odsuwając brata ramieniem. Ruszyłem za nim, a Marysia za mną. – Marysiu, zobacz jakie modne ciuchy ci kupiłem – rzucił ojciec. Ku memu zdziwieniu Marysia nawet na niego nie spojrzała. Dogoniła mnie w przedpokoju i szepnęła do ucha: – Daj, ja pójdę za nim. Ty zostań i podsłuchaj, co tu będzie. – Ale… – No weź, Denek! Tobie lepiej idzie podsłuchiwanie! No tak… miała rację! Byłbym świetnym szpiegiem. Marysia wybiegła za wujkiem Kolą, ja czaiłem się w korytarzu z przerażeniem, że mama wreszcie… się doczekała. Miłość jej życia. I co teraz z naszą rodziną? – Taśka, co jest? Wyszłaś za Kola? – zapytał złośliwie ojciec. Mama milczała. – Taisiu… no było, minęło. Wszystko się zdarza. Wracam! Usłyszałem zamieszanie, dźwięk policzka i krzyk przestraszonego Wacka. – Włodek, idź… stąd. – Taisiu, co Ty… – Wszystko powiedziałam. Idź. Nikt na Ciebie tu nie czekał. – Kłamiesz. Widzę po oczach. Oczy nie kłamią. – Powiedziałam swoje – ucięła mama. Tata po chwili wyszedł, zobaczył mnie w korytarzu. – Podsłuchujesz? No, dobrze. Daleko zajdziesz. Ale nie obchodziło mnie, co o mnie myśli. Wszedłem do pokoju, myśląc, że mama siedzi zrozpaczona. A ona – uspokajała Wacka, poprawiała fryzurę i jednocześnie układała stół, jak Juliusz Cezar. – Uf. Mało nam święta nie popsuł, co? – uśmiechnęła się lekko przekornie. – No, gdzie oni są? Wacek już nie pamiętał, że mama kłóciła się z wujkiem. Porządkował krzesło, zadowolony, że nikt mu nie przeszkadza. Wyszedłem na podwórko. Marysia z wujkiem Kolą siedzieli po drugiej stronie parku. Przytulała się do niego, głowę położyła mu na ramieniu, jakby się bała, że gdy go puści, zniknie. Podszedłem od tyłu, patrzyłem na nich. Tak bardzo chciałem to powiedzieć. Obszedłem ławkę, spojrzałem w zagubioną twarz Koli: – Tato, chodź już do domu. Mama woła. Wujkowi Kolii drżały ręce. Marysia położyła na nich swoje. Oderwała głowę, spojrzała: – Naprawdę chodź, tato? Poszliśmy razem. W końcu był dziś nasz święto. Ukończyłem szkołę.

Nie spodziewaliśmy się

Ojciec mój i Małgosi wyjechał kiedyś do pracy za granicę i zniknął na dobre, gdy byłem w piątej klasie podstawówki, a siostra dopiero zaczynała pierwszą. Wcześniej potrafił znikać na kilka miesięcy, pojawiać się znikąd, zawsze z pieniędzmi i prezentami. Nigdy nie był z mamą żonaty, był wolnym ptakiem podróżował, gdzie go nogi poniosły. Zjawiał się w domu, kiedy miał na to ochotę. Mama znosiła to wszystko, bo kochała go całym sercem.

Władziu, wracaj szybciej, proszę cię mówiła cicho.

Oj tam, nie zamartwiaj się tyle. Niedługo wrócę z upominkami.

Całował ją niedbale i znikał. Podczas jego nieobecności opiekował się nami brat ojca, wujek Zbyszek. Chyba podkochiwał się w mamie nigdy nie przyznał się do tego, nie okazywał jej szczególnej uwagi, ale wiedzieliśmy, że zawsze możemy na niego liczyć.

Jak się trzymasz, Teresa? pytał, wchodząc do mieszkania. Jak tam dzieciaki?

Hurra, przyszedł wujek Zbyszek! krzyczałem, biegnąc go przytulić.

No cześć, Paweł przytulał mnie krótko.

Dla mnie byłby lepszym ojcem niż nasz tata. W weekendy zabierał mnie i Małgosię na spacery, kiedy mama odpoczywała. Czasem chodziła z nami, a czasem wolała zostać sama i rozmyślać o swoim trudnym kobiecym losie.

Gdy podrosłem, wujek Zbyszek przyniósł do domu drabinkę gimnastyczną i założył ją w korytarzu. Ojciec nie pojawiał się już od prawie pół roku. Pomagałem przykręcać uchwyty, a Małgosia przyglądała się, jak wujek zręcznie mocuje poręcz, linę i kółka.

Wuju Zbychu, czemu się nie żenisz? zapytała Małgosia z dziecięcą, a jednak bardzo kobiecą, mądrością. Jesteś złota rączka! Każda by za tobą chodziła.

Ta jej kobieca logika była podsłuchana z rozmów mamy z koleżankami.

Nie znalazłem jeszcze takiej, która by mi się naprawdę podobała, Małgorzato. Jak znajdę, to się ożenię.

A dzieci? Nie chcesz swoich?

Małgosia rozłożyła ręce.

Wujek odłożył śrubokręt i odpowiedział poważnie:

Na razie wy mi dobrze wystarczacie. A ty co, próbujesz się mnie pozbyć? mrugnął do niej.

Ja? Nigdy, wujku! Zawsze się cieszę, że przychodzisz.

Wieczorem zapytałem siostrę:

Po co go tak zaczepiasz? Obrazi się i przestanie nas odwiedzać.

Tata zawsze przywozi prezenty… westchnęła rozmarzona. Pewnie już niedługo wróci.

Ech, głupia! Myślisz, że prezenty są najważniejsze? Wiesz, ile kosztuje ta cała drabinka, którą wujek nam zafundował?

Dla mnie ona niewiele znaczy. Ja wolę sukienki i lalki. Nie będę przecież skakać po tych drążkach jak małpa!

Tym razem Małgosia czekała na ojca na próżno. Nie wrócił. Któregoś dnia wujek Zbyszek przyszedł i zamknął się z mamą w kuchni. Próbował ją pocieszać, ale mama tylko rozpaczliwie łkała.

Teresko, nie płacz. Ja was nie zostawię. Przecież wiesz, jaki on jest… wciąż szuka lepszego miejsca.

Mama zawyła na głos, tak przejmująco, że długo jeszcze nie mogła się uspokoić.

Wujek odwiedzał nas jak dawniej pomagał, naprawiał, zabierał na spacery. W końcu odważył się i wyznał mamie swoje uczucia. Podsłuchiwałem ich rozmowę.

Zbychu, ja ci niepotrzebna. Jesteś porządnym facetem. Zasługujesz na prawdziwe szczęście.

Wiesz, co dla mnie dobre, a co nie? odpowiedział uparcie wujek.

A jeśli on wróci?

Zbyszek nie odpowiedział.

Kocham go, Zbyszku! Nie potrafię inaczej. Jeśli cię nie przeraża, że jestem taka, z nie całą duszą…

Oddaliłem się od drzwi. Miałem ochotę udusić mamę. Co za durna miłość, czekać na kogoś takiego! Ech…

Zaczęliśmy żyć inaczej. Małgosia była cała w ojca gdzie był chleb, tam jej dom. Czy mogłem jej to mieć za złe? Chyba w końcu zorientowała się, że czekanie na ojca nie ma sensu. A wujek Zbyszek bardzo się starał. Pracował dla nas wszystkich. Mama urodziła mu synka, Władka. Wujek był najszczęśliwszy na świecie. Wzięli ślub i wszystko zaczęło się układać.

Skończyłem szkołę bez żadnej jedynki i dostałem się na studia dzienne. Mama promieniała.

Teraz będziemy mieli uczonego w rodzinie, co, Zbychu?

Nas, Teresko, nie należy lekceważyć żartował wujek.

Dajcie spokój, jaki tam uczony czerwieniłem się. Lepiej nalejcie mi szampana, spróbuję chociaż!

Och, jakbyś pierwszy raz próbował! prychała Małgosia, a ja strzelałem jej groźne spojrzenie.

Władek rozrabiał, usiłował wdrapać się na stół, zasłaniając wszystko przed sobą. Wujek złapał go i posadził na kolanach.

No, synek, zachowuj się, już nie jesteś dzidziusiem!

Władek od razu chwycił łyżkę i przyłożył ją do nosa, zezując głupkowato. Zaśmialiśmy się wszyscy.

Czy to dzwonek do drzwi? nasłuchiwała Małgosia.

Mama otworzyła drzwi i cofnęła się do pokoju. W progu stał ojciec. Zapanowała cisza. Rozejrzał się i powiedział:

Co tak stoicie? Bawcie się dalej.

Zamilkliśmy. Władek zsunął się z kolan wujka i podszedł do nieznajomego mężczyzny. Ojciec nawet go nie zauważył, a mama wzięła Władka na ręce i osłoniła się nim jak tarczą. Wujek Zbyszek wstał, zachwiał się.

Dokąd idziesz? spytała mama nienaturalnym głosem.

Muszę… wyjść na chwilę, odetchnąć.

Ominął brata ramieniem i wyszedł. Ruszyłem za nim, a Małgosia za mną.

Córeczko, zobacz, jakie modne rzeczy ci przywiozłem zagadnął ojciec.

Ku mojemu zdziwieniu Małgosia nawet na niego nie spojrzała. Dogoniła mnie w korytarzu, szepcząc do ucha:

Poczekaj, ja pobiegnę za wujkiem. Ty lepiej podsłuchaj, co się wydarzy tutaj.

Ale…

No, Paweł! Ty zawsze lepiej słyszysz!

No trudno, miała rację, choć szpiegować nie lubię…

Małgosia pobiegła za Zbyszkiem, ja przyczaiłem się z lękiem, że mama w końcu doczekała się tej wielkiej miłości… Co teraz będzie z nami?

Teresa, co to, zamężna z Zbyszkiem? wydusił ojciec.

Mama milczała.

A tam, co było, to było. Kto nie grzeszy, ten nie żyje. Jestem z powrotem!

Pojawił się szelest, odgłos policzka i płacz przestraszonego Władka.

Idź stąd, Włodku… wynocha.

Teresa, co ty wyprawiasz?

Już powiedziałam! Wynoś się. Nikt tu na ciebie nie czekał.

Kłamiesz. Widzę prawdę w twoich oczach.

Naprawdę. Koniec rozmowy.

Ojciec wyszedł, zobaczył mnie w korytarzu.

Podsłuchujesz? Ha, daleko zajdziesz.

Miałem to gdzieś. Wszedłem do pokoju, myśląc, że mama będzie załamana, a ona uspokajała Władka, poprawiała fryzurę i nakrywała do stołu jak jakiś polski Cezar.

Uff, prawie nam popsuł uroczystość, co? mama uśmiechnęła się krzywo. Gdzie oni wszyscy?

Władek już zapomniał o maminych krzykach, z zadowoleniem przesuwał krzesło.

Wyszedłem na podwórko. Małgosia z wujkiem Zbyszkiem siedzieli w parku na ławce, po drugiej stronie ulicy. Małgosia kurczowo trzymała jego ramię, oparła głowę o jego bark, jakby bała się wypuścić go na chwilę. Podszedłem, spojrzałem na nich. Od dawna chciałem to powiedzieć. Obszedłem ławkę, spojrzałem w zatroskaną twarz Zbyszka:

Wuju, przestań siedzieć. Wracajmy do domu, mama woła.

Zbyszkowi drżały ręce. Małgosia od razu przykryła je swoimi dłońmi, podniosła głowę:

Naprawdę, chodźmy, tato.

Wróciliśmy. W końcu był to nasz dzień ukończyłem szkołę, a rodzina została razem. Bo czasem to, czego się nie spodziewamy, okazuje się lepsze niż spełnione marzenia. Liczy się to, by kochać tych, którzy są.

Rate article
Fajna Tajna
Nie byliśmy przygotowani Nasz tata wyjechał z Polski do pracy, gdy byłem w piątej klasie, a moja siostra w pierwszej. Zaginął wtedy bez śladu. Wcześniej zdarzało mu się wyjeżdżać na kilka miesięcy i wracać, kiedy chciał, zawsze z pieniędzmi i prezentami. Z mamą nigdy nie byli formalnie razem, tata był wolnym duchem i jeździł po kraju, gdzie mu się podobało. Mama znosiła to wszystko, bo kochała go bez pamięci. – Włodek, wracaj szybciej – prosiła go mama. – No już, nie rozklejaj się. Przyjadę z prezentami. Całował ją niedbale i znikał. W czasie jego nieobecności opiekował się nami brat taty, wujek Kola. Chyba podobała mu się nasza mama – nigdy nie mówił o tym, nie okazywał szczególnej uwagi, ale zawsze można było na niego liczyć. – No jak tam, Taisiu? – pytał wujek Kola, wchodząc do nas. – Jak dzieciaki? – Hurra, wujek Kola przyszedł! – wołałem i rzucałem się mu w ramiona. – Witaj, Denis – przytulał mnie krótko. Chciałbym, żeby to on był moim ojcem. W weekendy zabierał mnie i siostrę, Marysię, na spacery, podczas gdy mama odpoczywała. Czasem chodziła z nami, a czasem wolała zostać w domu, rozmyślając nad swoim niełatwym losem. Gdy podrosłem, wujek Kola przyniósł i zamontował w przedpokoju drabinkę gimnastyczną. Tata nie wracał już od blisko pół roku. Pomagałem mu skręcać sprzęt, a Marysia przyglądała się, jak zręcznie montuje drążek, linę i kółka. – Wujku Kolu, czemu się nie żenisz? Masz takie złote ręce, każda by cię chciała – skwitowała Marysia, mądrzejsza, niż wypadało jej wieku. Ta cała jej kobieca mądrość była podsłuchana od rozmów mamy z koleżankami. – Nie znalazłem jeszcze tej odpowiedniej, Marysiu. Jak znajdę, to się ożenię. – A dzieci nie chciałbyś mieć swoich? Marysia rozłożyła ręce. Wujek Kola odłożył narzędzia i powiedział poważnie: – Na razie wystarczycie mi wy. A co, pozbyć się mnie chcesz? Marysia się nie dała. – Ja?! – oczy wytrzeszczyła. – Wujku Kolu, zawsze się cieszę, gdy przychodzisz! Wieczorem zapytałem siostrę: – Czemu się go czepiasz? Jeszcze się obrazi i przestanie przychodzić. – A tata przywozi prezenty… – zamyśliła się. – Może niedługo wróci. – Eee, głupia jesteś. Sprzedałaś się za prezenty. Wiesz, ile kosztuje ten sprzęt, który nam wujek przyniósł? – A mnie co po tym? Ja chcę sukienki i lalki. Nie będę się wygłupiać na drążku jak jakaś małpa. Tym razem ojca Marysia wyczekiwała na próżno. Nie wrócił. Pewnego dnia wujek Kola przyszedł do mamy, zamknęli się w kuchni, coś jej tłumaczył, a mama płakała gorzko. – Taisiu, nie płacz. Nie zostawię was. Dobrze wiesz, jaki on jest… szuka tam, gdzie łatwiej i milej. Mama zawyła jeszcze głośniej, potem długo płakała. Wujek Kola był u nas jak zawsze: pomagał, naprawiał, wychodził z dziećmi. W końcu odważył się, porozmawiał z mamą o swoich uczuciach. Podsłuchałem ich z czystym sumieniem. – Kolu, ja nie jestem ci potrzebna. Jesteś dobrym człowiekiem, zasługujesz na prawdziwe szczęście. – Mi chyba lepiej wiedzieć, kogo potrzebuję – uparł się wujek Kola. – A jeśli on wróci? Wujek Kola nie odpowiedział. – I tak będę na niego czekać. Kocham go, Kolu! Nie umiem inaczej, jeśli uważasz, że taki ktoś ci jest potrzebny… Bez serca. Odszedłem od drzwi na palcach. Mógłbym mamę udusić za to. Co ona w nim widzi? I tak żyliśmy dalej. Marysia była cała w ojca – gdzie coś dostanie, tam się lepi. Ale już chyba zrozumiała, że nie warto czekać na tatę z prezentami. Wujek Kola ciężko pracował, by utrzymać naszą dużą rodzinę. Mama urodziła mu synka, Wacka. Szczęście wujka Koli nie miało końca. Wzięli ślub i wszystko zaczęło się układać. Ukończyłem szkołę bez żadnej dwójki, miałem dostać się na studia na darmowe miejsce. Mama rozpromieniona jak samowar. – Nasz uczony będzie w rodzinie, co Ty na to, Kolu? – No a my co? Też swoje wiemy. – Dajcie spokój! Jaki tam ze mnie uczony – czerwieniłem się. – Dolejcie lepiej szampana, spróbuję. – Jakbyś wcześniej nie próbował – prychała Marysia, a ja rzucałem jej groźne spojrzenia. Wacek nieudolnie gramolił się na stół, próbował go zniszczyć. Wujek Kola złapał go i posadził na kolanach. – No, synu, zachowuj się. Przecież już nie jesteś dzidziusiem! Wacek od razu złapał łyżkę, przystawił do nosa i zezował. Wszyscy wybuchnęli śmiechem. – Czy to ktoś dzwoni do drzwi? – nasłuchiwała Marysia. Mama otworzyła, cofnęła się do pokoju – w progu stanął tata. Zapanowała cisza. Rozejrzał się i powiedział: – Czemu się nie bawicie dalej? Milczeliśmy. Wacek zszedł z kolan wujka Koli i ruszył w stronę nowego „wujka”. Tata nie zwrócił na niego uwagi, a mama złapała synka i zasłoniła się nim jak tarczą. Wujek Kola wstał, zachwiał się. – Gdzie idziesz? – zapytała mama obcym głosem. – Ja… muszę, zaczerpnąć powietrza. Wyszedł, delikatnie odsuwając brata ramieniem. Ruszyłem za nim, a Marysia za mną. – Marysiu, zobacz jakie modne ciuchy ci kupiłem – rzucił ojciec. Ku memu zdziwieniu Marysia nawet na niego nie spojrzała. Dogoniła mnie w przedpokoju i szepnęła do ucha: – Daj, ja pójdę za nim. Ty zostań i podsłuchaj, co tu będzie. – Ale… – No weź, Denek! Tobie lepiej idzie podsłuchiwanie! No tak… miała rację! Byłbym świetnym szpiegiem. Marysia wybiegła za wujkiem Kolą, ja czaiłem się w korytarzu z przerażeniem, że mama wreszcie… się doczekała. Miłość jej życia. I co teraz z naszą rodziną? – Taśka, co jest? Wyszłaś za Kola? – zapytał złośliwie ojciec. Mama milczała. – Taisiu… no było, minęło. Wszystko się zdarza. Wracam! Usłyszałem zamieszanie, dźwięk policzka i krzyk przestraszonego Wacka. – Włodek, idź… stąd. – Taisiu, co Ty… – Wszystko powiedziałam. Idź. Nikt na Ciebie tu nie czekał. – Kłamiesz. Widzę po oczach. Oczy nie kłamią. – Powiedziałam swoje – ucięła mama. Tata po chwili wyszedł, zobaczył mnie w korytarzu. – Podsłuchujesz? No, dobrze. Daleko zajdziesz. Ale nie obchodziło mnie, co o mnie myśli. Wszedłem do pokoju, myśląc, że mama siedzi zrozpaczona. A ona – uspokajała Wacka, poprawiała fryzurę i jednocześnie układała stół, jak Juliusz Cezar. – Uf. Mało nam święta nie popsuł, co? – uśmiechnęła się lekko przekornie. – No, gdzie oni są? Wacek już nie pamiętał, że mama kłóciła się z wujkiem. Porządkował krzesło, zadowolony, że nikt mu nie przeszkadza. Wyszedłem na podwórko. Marysia z wujkiem Kolą siedzieli po drugiej stronie parku. Przytulała się do niego, głowę położyła mu na ramieniu, jakby się bała, że gdy go puści, zniknie. Podszedłem od tyłu, patrzyłem na nich. Tak bardzo chciałem to powiedzieć. Obszedłem ławkę, spojrzałem w zagubioną twarz Koli: – Tato, chodź już do domu. Mama woła. Wujkowi Kolii drżały ręce. Marysia położyła na nich swoje. Oderwała głowę, spojrzała: – Naprawdę chodź, tato? Poszliśmy razem. W końcu był dziś nasz święto. Ukończyłem szkołę.