Kiedy wrócił do domu z pracy, kota nie było.
Patryk był typowym chłopakiem z Poznania, nie grzeszył występkami i życie prowadził raczej spokojne; nawet znajomych miał tylko z Facebooka. W dniu swoich dwudziestych piątych urodzin rodzice sprezentowali mu nie, nie mieszkanie w centrum, tylko wsparcie finansowe do pierwszej raty kredytu hipotecznego (PKO BP oczywiście). Dzięki temu Patryk zamieszkał samodzielnie w blokowisku na Ratajach. Pracował jako programista, chodził w niebieskiej koszuli do pracy, w domu marzył tylko o ciszy i świętym spokoju.
Żeby zupełnie nie zwariować z nudów i samotności, zdecydował się przygarnąć kota z fundacji. Kociak miał cudacznie powykręcane przednie łapki ponoć poprzedni właściciele rozważali nawet uspienie futrzaka, bo brzydko wygląda. Patrykowi było żal zwierzaka, więc przyjął go pod swój dach i nazwał Stefek. Ich życie wspólne układało się znakomicie: Patryk wracał z roboty, Stefek już czekał na wycieraczce jak portier i mruczał jak mały silniczek.
Po pewnym czasie Patryk zaczął spotykać się z koleżanką z biura. Dziewczyna, Pola, była energiczna, wygadana, a flirtowała tak sprawnie, że już po trzech tygodniach zamieszkała z Patrykiem. Tylko z kotem jej nie było po drodze. Od pierwszego dnia Pola prosiła Patryka, żeby oddał Stefka komuś innemu lub do schroniska, bo kot z wadą łap psuje jej estetykę domu. Patryk tłumaczył, że Stefek to jego rodzina, że są nierozłączni.
Ale Pola nie dawała za wygraną. Ciągnęła temat kota przy każdej okazji. Twierdziła, że goście są zniesmaczeni, kiedy widzą Stefka z powykręconymi łapami. Patryk czuł się rozdartym między miłością do Poli a przyjaźnią do Stefka serce miał miękkie dla wszystkich.
Rodzice Patryka nie akceptowali wybranki syna. Uważali, że Pola jest bezczelna i traktuje wszystkich z wyższością, więc doradzili Patrykowi, żeby nie biegł do Urzędu Stanu Cywilnego z oświadczynami, tylko się dobrze zastanowił.
Jak Pola przywiozła swoich rodziców na kawę, wszystko się wyjaśniło. Ojciec Poli wybuchnął śmiechem na widok Stefka: Ale masz dziwoląga! Jak z cyrku! rzucił przez śmiech. Patryk stanął w obronie kota, ale przez cały wieczór Pola z rodziną zrobili sobie żarty ze Stefka. Sugerowali schronisko, cyrk, dom starców dla zwierząt, nawet las. Matka Poli parskała śmiechem ze Stefka, a Patryk coraz mocniej zaciskał pięści, ale milczał.
Następnego dnia, wracając z biura na Jana Pawła II, Patryk odkrył, że Stefka nie ma. Pola na pytanie o kota odpowiedziała nonszalancko, że zostawiła go w klinice weterynaryjnej, żeby się nie męczył.
Patryk rzucił wszystko, włącznie ze zmywarką, i pobiegł szukać Stefka. Biegał po mieście pięć godzin… aż w końcu, zmęczonego, znalazł w gabinecie u pani weterynarz Haliny. Stefek od razu zaczął głośno mruczeć, kiedy zobaczył Patryka.
Po powrocie do domu, Patryk nie owijał w bawełnę: kazał Poli pakować manatki i wyprowadzić się natychmiast, bo z takim podejściem do zwierząt tylko wywołuje u niego odruch papieskiego dystansu. Pola spakowała swoje kremy Ziaja i wyszła cicho, urażona, bo nigdy nie przypuszczała, że kot może być ważniejszy niż ona.
Patryk i Stefek zostali sami. Stefek codziennie czeka na Patryka po pracy i mruczy mu dzień dobry. A oboje mają spokój, na który zasługują. W końcu lepiej mieszkać z kotem niż z kimś, kto nie rozumie, że serce Polaka mieści się nawet w kociej łapce.



