Wiesz co, muszę Ci opowiedzieć pewną historię, której chyba nie zapomnę do końca życia. Dorastałem w niepełnej rodzinie bez ojca. Wychowywały mnie mama i babcia. Już w przedszkolu zaczynałem tęsknić za tatą, a w podstawówce to już był koszmar. Strasznie zazdrościłem rówieśnikom, jak szli za rękę ze swoimi silnymi, postawnymi ojcami, bawili się razem, jeździli na rowerach czy nawet samochodami. Najtrudniej mi było, gdy któryś z tatusiów przytulał swoje dziecko, całował w czoło i razem śmiali się beztrosko. Patrzyłem na to wszystko z boku i myślałem: Ależ to musi być szczęście.
Ojca znałem tylko z jednej fotografii uśmiechał się na niej pięknie, jak inni tatusiowie ale nie dla mnie.
Mama zawsze powtarzała, że tata to polarnik. Mieszka gdzieś daleko na północy, tak daleko, że nawet przyjechać nie może. Podobno wyjechał do pracy, ale za każdym razem na moje urodziny przysyłał prezenty.
W trzeciej klasie, mojemu gorzkiemu rozczarowaniu nie było końca Dotarło do mnie, że żadnego taty polarnika nie mam. Właściwie nigdy go nie było. Przypadkiem podsłuchałem rozmowę mamy z babcią. Mówiła jej, że nie ma już siły okłamywać dziecka, dawać prezenty niby od ojca, który tak naprawdę nas zostawił. Chociaż żyje dostatnio, to nigdy nawet nie zadzwonił do swojego syna, nie złożył życzeń na urodziny czy na Nowy Rok.
A Artur tak bardzo kocha te święta To dla niego jedyne dni w roku, gdy czuje choćby wyimaginowane wsparcie ojca, który jest daleko ale przecież jest.
Przed kolejnymi urodzinami odważnie powiedziałem mamie i babci, że nie chcę już żadnych prezentów od taty, którego przecież nie ma. Poprosiłem tylko o moje ukochane ptasie mleczko niech upieką dla mnie tort i będzie idealnie.
Nie żyliśmy zbyt bogato tylko z dwóch niewielkich pensji mamy i babci. Dlatego już na studiach dorabiałem jako pomocnik na dworcu albo w sklepie.
Któregoś dnia sąsiad Tomek zaproponował mi, żebym w grudniu popracował jako Święty Mikołaj w przedszkolach albo chodził po domach na zaproszenie rodzin. O przedszkolach od razu zapomniałem przecież tam trzeba robić przedstawienia, być ciągle w parze z Śnieżynką. Ale występy w domach, takie pojedyncze, to już inna sprawa zgodziłem się.
Tomek przekazał mi notes ze wierszykami, zagadkami i adresami rodzin do odwiedzenia. Repertuar był prosty, szybko wszystko zapamiętałem to nie egzamin z fizyki. Co prawda trochę się bałem, że się wygłupię, ale na szczęście pierwszy występ okazał się całkiem udany.
Kiedy po wszystkich wizytach wróciłem do domu zmęczony, ale szczęśliwy, że nie dałem plamy, policzyłem zarobek i prawie zacząłem tańczyć z radości. Za tydzień grania na Mikołaja zgarnąłem więcej niż za pół roku noszenia skrzyń na dworcu.
Od tego czasu w grudniu zaczynałem mikołajowe tournée, a latem dorabiałem w brygadach studenckich na budowie.
Studia schodziły mi na pierwszym planie, przez co życie uczuciowe leżało odłogiem ciągle nauka albo prace dorywcze. Dziewczyny wprawdzie były, ale do ślubu jakoś nigdy nie doszło.
Skończę politechnikę, znajdę fajną pracę, kupię mieszkanie, samochód wtedy zacznę myśleć o rodzinie tak sobie obiecywałem.
Po studiach dostałem pracę inżyniera, jeszcze nie na wysokim stanowisku i ciągle marzyłem o własnym samochodzie. W rodzinie w końcu zaczęło się powodzić, ale na auto wciąż nie było dość postanowiłem raz jeszcze zarobić jako Mikołaj.
Mama wyciągnęła z szafy mój czerwony kostium, odświeżyła go, naszyła mnóstwo błyszczących cekinów wyglądał świetnie. Puchata, biała broda perfekcyjnie zakrywała moją twarz. Przykleiłem krzaczaste brwi, spojrzałem w lustro i stwierdziłem, że wyglądam jak profesjonalny Mikołaj.
Mama wzdychała i powiedziała: Artur, ty już powinieneś własne dzieci mieć, a ciągle zabawiasz cudze.
Spokojnie, mamo, na wszystko przyjdzie czas. Trzymaj za mnie kciuki, jadę zarabiać! powiedziałem i pocałowałem ją w policzek.
Postawiłem ogłoszenie w lokalnej gazecie, zgłosiło się piętnaście rodzin.
Po kilku wizytach, wykreślając adresy na liście, trafiłem na kolejny: ul. Sadowa 6, mieszkanie 19.
Wysiadłem z autobusu, ruszyłem w stronę domu. Sadowa to już prawie peryferia miasta, słabo tam oświetlone. Ale szybko znalazłem właściwe wejście, wszedłem na drugie piętro i zadzwoniłem do drzwi.
Otworzył mi chłopczyk, może pięcioletni. Zacząłem mówić tradycyjny wierszyk: W leśnej chatce u polany mieszka Mikołaj bajkowy…
Ale maluch mnie przerwał: Mikołaja nie zamawialiśmy!
Czy mnie zapraszają, czy nie, ja zawsze trafiam do grzecznych dzieci odparłem, trochę zdezorientowany. A mama albo tata są w domu?
Nie. Mama poszła do babci Teresy, robić zastrzyk. Zaraz wróci.
Jak mam do ciebie mówić, synku?
Artur.
No proszę, imiennik pomyślałem zaskoczony.
Oczywiście, nie zdradziłem, że mam tak samo na imię przecież byłem Mikołajem, nie Arturem.
Gdzie macie choinkę? zapytałem.
U mnie w pokoju.
Złapał mnie za rękę i zaprowadził do swojego niewielkiego pokoiku właściwie cała ta kawalerka była urządzone bardzo skromnie. Na stoliku stała tylko gałązka świerkowa w dużym słoju, przystrojona malutkimi bombkami i kolorowymi lampkami. Obok stały dwa zdjęcia w identycznych ramkach mężczyzny i kobiety.
Popatrzyłem bliżej i prawie osłupiałem. Na fotografii patrzył na mnie ja sam! Ale to niemożliwe!
Przyjrzałem się raz jeszcze tak, to moje studenckie zdjęcie w kurtce. Obok zdjęcie dziewczyny Aleksandry Kaczmarek.
Poznaliśmy się kiedyś latem na budowie, w studenckiej brygadzie. Tylko jej zdjęcie było już dorosłe patrzyła na mnie piękna, ale trochę smutna kobieta, bardzo podobna do tej młodej, radosnej Olki.
Kto to jest? spytałem drżącym głosem.
To mama.
Twoja?
Tak.
Aleksandra? wypaliłem odruchowo.
Wow! Trafił pan, naprawdę jest pan Mikołajem, bo nikt tego nie wie!
A ten pan? zapytałem, pokazując na własne zdjęcie.
To mój tata. Prawdziwy polarnik! Mama powiedziała, że pracuje gdzieś na wielkiej krze, wyjechał dawno temu, kiedy byłem bardzo malutki. Dlatego nigdy go nie widziałem, nawet nie pamiętam. Ale co roku wysyła mi prezenty na urodziny i Boże Narodzenie. Na Nowy Rok rano Mikołaj chowa prezent od taty pod poduszką.
Siedziałem jak wryty, przypominając sobie swoje dzieciństwo i tatę polarnika. Co, wszystkie mamy nieobecnych ojców wysyłają ich na Spitsbergen? Jestem jednym z nich…
Zrobiło mi się tak źle, aż poczułem, że los przecina mnie na pół. Przypomniałem sobie nasz burzliwy, ale krótki romans z Olką. Rozstając się, wymieniliśmy się numerami, ale zaraz po powrocie zgubiłem telefon, który mi ukradziono. Często o niej myślałem, ale studia i szybkie życie sprawiały, że znikła z pamięci…
A ona mieszka w tym samym mieście, nie zapomniała, wychowuje naszego synka i moje zdjęcie stoi obok jej.
Już miałem powiedzieć Arturkowi, że jestem jego ojcem, gdy nagle weszła Olka.
Arturku, kochanie, przepraszam, że tak długo. Musiałam wołać karetkę do babci Teresy, trafiła do szpitala.
Zaraz potem spojrzała na mnie, zdziwiona:
O rany, a Mikołaja przecież nie zamawialiśmy!
Łzy same napłynęły mi do oczu, zsunąłem czapkę razem z brodą, zerwałem krzaczaste brwi…
Artur?! zaniemówiła Olga.
Usiadła na pufie i rozpłakała się głośno, aż Artur junior przestraszył się trochę. Ale zobaczyła synka, uspokoiła się szybko.
Powiedziałem mu, że przywędrowałem z północy, jestem Mikołajem, żeby zrobić niespodziankę dla niego i mamy.
Artur junior był wniebowzięty śmiał się, recytował wiersze, śpiewał piosenki, łapał nas za ręce, jakby nie chciał już nigdy zostawić
O prezencie nawet nie pytał, bo wiedział, że Mikołaj zawsze chowa pod poduszką niespodziankę od taty.
Arturek poszedł spać, a my z Olką rozmawialiśmy aż do świtu jakby nigdy nie było lat rozłąki.
Rano, biegnąc do sklepu po nowy prezent, nagle odkryłem coś zabawnego przez pomyłkę wszedłem do domu numer 6A, a miałem iść do 6. W nocy nie zauważyłem tej literki A przez czysty przypadek zszedłem nie tam, gdzie miałem.
A jednak wszedłem właśnie tam, gdzie miałem być! W najważniejsze dla siebie miejsce!
Ależ to szczęśliwa, przeznaczona pomyłka! śmiałem się pod nosem.
Teraz jesteśmy razem, we trójkę! Jesteśmy naprawdę szczęśliwi! A mama z babcią nie mogą się nacieszyć wnukiem i prawnuczkiem Arturem Arturowiczem!



