Pamiętam, jak to było dawno temu, gdy zaczęła się cała ta sprawa z mamą. Przez trzy miesiące ciągle kłóciliśmy się z bratem, Wiktorem, o to, co dalej. Mama, po udarze, zupełnie się zmieniła. Miała problemy z pamięcią, gubiła się nawet w znanym sobie mieszkaniu, wymagała stałej opieki. Wszystko spadło na mnie. Czułam się, jakbym miała pod opieką małe dziecko. Miałam pracę, dom, rodzinę, dwójkę dzieci Jak mam się rozdwoić? Zaproponowałam, by oddać mamę do domu opieki, ale Wiktor się tylko złościł, podejrzewając mnie o brak serca. Oczywiście nie chciał też zabrać jej do siebie, przecież mieszkał z żoną w ich małym mieszkaniu na Żoliborzu.
W dzieciństwie byliśmy zżyci. Typowa polska rodzina z lat 80., cztery osoby pod jednym dachem. Między mną, Zofią, a Wiktorem był tylko rok różnicy. Rodzice długo zwlekali z dziećmi, dlatego w chwili tego kryzysu miałam już 36 lat, Wiktor 35. Mama dożyła 72 lat. Ojciec odszedł dwa lata przed tym wszystkim, mama pogrążyła się w smutku i bardzo się postarzała, całe dnie siedząc w fotelu z kawą zbożową, spoglądając przez okno na podwórko naszego starego bloku w Warszawie.
Pół roku po śmierci taty przyszedł udar. Była na granicy życia i śmierci. Przestała mówić wyraźnie, nie mogła poruszać rękami i nogami. Potem jej stan fizyczny się polepszył, ale umysł już nie wrócił do dawnej klarowności. Lekarze w szpitalu na Banacha mówili, że tego nie da się cofnąć nie ma już nadziei na pełną sprawność.
Musiałam się nią zajmować. Z mężem, Janem, przeprowadziliśmy się z dzieciakami do jej mieszkania. Zrezygnowałam z korporacji i zaczęłam pracować z domu, tłumacząc teksty tylko tak mogłam być blisko mamy przez cały dzień. Nie wolno było zostawiać jej samej, bo wychodziła na klatkę w kapciach, szukała taty, wołała na sąsiadów.
To była ciężka codzienność. Często bełkotała, uciekała nam z mieszkania, płakała na schodach, że musi do swojego męża, że na pewno gdzieś na nią czeka. Czułam się kompletnie wykończona, nie spałam prawie w ogóle. Bałam się, że pójdzie gdzieś w nocy i już jej nie znajdziemy. O pracy praktycznie musiałam zapomnieć myśli się rozpraszały, zlecenia leżały, klienci narzekali.
Jan, mój mąż, wracał wieczorami z pracy i mówił: Zosia, to jest nie do wytrzymania. Może czas pomyśleć o domu opieki? Próbowałam policzyć, czy starczy nam na to pieniędzy. Dom opieki dla seniorów w Warszawie to przecież kilka tysięcy złotych miesięcznie. Jan mówił: Masz przecież brata, niech się dorzuci, to powinno być po równo.
Długo się biłam z myślami, ale wiedziałam, że nie mam wyjścia. Tam mama miałaby opiekę lekarską, wyżywienie, spokój. Pojechałam więc obejrzeć pensjonat pod Piasecznem, pytając o wszystko. Koszty były wysokie, ponad 4 tysiące złotych, ale przecież nie miałam wyboru.
Zadzwoniłam do Wiktora i opowiedziałam, jak sprawa wygląda. Zamiast zrozumienia, wybuchł gniewem.
Czyś ty oszalała, Zofio? Jak można wywieźć własną matkę do domu starców? Przecież tam są obcy ludzie! Skąd wiesz, czy będą ją dobrze traktować? Chcesz się jej pozbyć?!
Próbowałam spokojnie tłumaczyć, rozmawiać, ale nie słuchał niczego. Zostałam z problemem sama. Przez kilka tygodni wytrzymywałam jakoś, ale sił już mi brakowało.
Znów rozmawiałam z Wiktorem. Powiedział: Nigdy nie umieściłbym mamy w ośrodku. Przecież ona się nami opiekowała, wychowała nas, nigdy nie narzekała, że jej ciężko. Jesteśmy jej to winni.
Próbowałam go przekonać: Jeśli nic ci się nie podoba, zabierz mamę do siebie, okazuj dobroć w praktyce.
Znasz przecież moją sytuację mieszkam z żoną w jej kawalerce, nie dam rady jej przekonać, żeby opiekowała się twoją teściową. Ty masz dom, dzieci, tam też jest twój mąż on może się zająć teściową, moja żona nie.
Więc zaproponowałam, że wrócimy z mamą do jej mieszkania, a brat i jego żona mogą się przeprowadzić do mamy. Wiktor zaczął się wykręcać, że pracuje i nie może się rozpraszać takimi obowiązkami, a ja po prostu chcę zrzucić z siebie ciężar.
Ten czas był jak ponury sen. Z jednej strony wiedziałam, że dom opieki to jedyne wyjście wszystkim będzie łatwiej, mama będzie pod opieką, ja odzyskam trochę życia. Bałam się jednak, że poczuję się wyrodną córką. Jan zapewniał mnie: Zosia, tam jej niczego nie zabraknie, a my też mamy prawo żyć normalnie.
Postanowiłam odczekać jeszcze tydzień, dać Wiktorowi szansę, by przemyślał sprawę. Jeśli nie przyjedzie, podejmę decyzję sama. Tak będzie lepiej dla wszystkich. Nikt nie zrozumie, jak trudno jest opiekować się osobą chorą, póki nie przejdzie tego sam. Brat niech tłumaczy się znajomym, ja mam już dość jego wymówek. Ja muszę wreszcie zrobić to, co jest konieczne.



